Konkubinat. Związek na (wieczną) próbę?

SĄ tacy, którzy twierdzą, że wspólny dom, kredyt czy dzieci łączą silniej niż akt ślubu. Efekt? W Polsce rośnie liczba związków nieformalnych. Jakie są tego emocjonalne konsekwencje? Magdalena Kuszewska

Reklama

Koszmarne słowo! No co ja zrobię, że „konkubent” kojarzy mi się z rubryką kryminalną – mówi Alicja (41 l.), pediatra i lekarz rodzinny. – Partner? Jeszcze gorzej. Partnera to ja mam w biznesie: wspólnika w mojej przychodni dziecięcej. O Arturze, z którym żyję w związku od 13 lat, mówię „nie mąż”. Kiedyś gdzieś to usłyszałam i bardzo mi się spodobało. Artur uparcie nazywa mnie żoną, choć w związku małżeńskim nie jesteśmy i nie będziemy.

Dlaczego? Nie potrafię wyjaśnić. Po prostu oboje tego nie czujemy. Może dlatego, że pochodzimy z rodzin niepełnych? I mamy głęboko zakodowane, że następstwem ślubów są głównie problemy i komplikacje?

Rodzice Alicji rozwiedli się, kiedy miała cztery lata. W tamtych czasach rozwody należały do rzadkości, ale ojciec był adwokatem, a matka – radcą prawnym. Potem przez wiele lat toczyli w sądach batalię o trójkę swoich dzieci.

Artur, nie mąż Alicji, wychował się bez matki, która uciekła za granicę do innego mężczyzny, porzucając rodzinę, w tym jedynego syna. Rodzice Artura rozstali się na odległość, per procura. – Mamy wspólne dziecko, psa, polisę na życie i samochód – objaśnia Alicja.

– Kredyt na mieszkanie wziął Artur, oficjalnie kawaler – dostał lepsze warunki. Żyjemy jak każde przeciętne polskie małżeństwo, chociaż w świetle prawa jesteśmy sobie obcy. Nawet nie chcę myśleć o tym, co byłoby z nami w sytuacjach granicznych, np. współdecydowania podczas poważnej choroby, niemożności odebrania dokumentów w zastępstwie itp.

Ale nie chcemy wziąć ślubu tylko po to, żeby życie było łatwiejsze. Bardziej skłaniamy się ku wizycie u notariusza i sporządzeniu oficjalnych upoważnień dla siebie nawzajem. Jednak na razie ten temat jakoś ucieka. Podobnie jest ze ślubem. Kiedyś bliscy i znajomi ciągle nas o niego dopytywali. Od kilku lat mamy spokój.

Papier na miłość

Z badań wynika, że większość Polaków uważa ślub za gwarancję stałości i trwałości związku. Skoro w polskim prawie nie ma uregulowań dla konkubentów, a sam konkubinat nie kojarzy się najlepiej, to skąd bierze się coraz większa liczba związków nieformalnych?

– Jedną z kluczowych przyczyn jest malejąca od blisko trzech dekad presja społeczna, nakazująca formalizowanie związków – ocenia socjolog, dr Julita Czernecka z Zakładu Socjologii Płci i Ruchów Społecznych na Uniwersytecie Łódzkim. – Polacy coraz łaskawiej patrzą na pary żyjące bez ślubu. Ze spisu powszechnego, który przeprowadził Główny Urząd Statystyczny w 2011 roku, wynika, że związków kohabitacyjnych bez dzieci było wówczas 1,3 proc., zaś związków z dziećmi – 1,6 proc.

Dla porównania według spisu z 2002 roku było ich odpowiednio: 0,8 i 1,3 proc. Ale takich par, szczególnie w środowisku wielkomiejskim, przybywa – dodaje Czernecka. Z kolei CBOS dwa lata temu przebadało reprezentatywną grupę Polaków i już 5 proc. zadeklarowało bycie w związku nieformalnym.

– Jednak jak się spojrzy na Polskę w kontekście innych państw, to jesteśmy w opozycji do wielu krajów. Na przykład w Szwecji kohabitowało już nawet 80 proc. par – mówi dr Czernecka. – Polacy nadal są rozdarci między takimi wartościami jak indywidualizm i poczucie wolności a tradycyjna rodzina. A zatem, choć związków nieformalnych przybywa, to trend ten rozwija się najszybciej głównie wśród dwóch grup społecznych.

Pierwszą stanowią ludzie z wyższym wykształceniem: nowocześni, otwarci, dobrze sytuowani, mieszkający zwykle w dużych miastach. Druga grupa zaś obejmuje osoby biedne i niewykształcone, mieszkające w większych i mniejszych miastach. W środowisku wiejskim, choć związki kohabitacyjne również występują, presja społeczna do zawierania małżeństw ciągle jest silniejsza.

Alicja przyznaje, że na początku związku z Arturem przez krótki czas marzyła o ślubie na greckiej wyspie. Skrycie czekała na zaręczyny. Ale on reagował alergicznie na wścibskie pytania otoczenia („To kiedy pobawimy się w końcu na waszym weselu?!”). Na szczęście marzenie o ceremonii (tak, bardziej chodziło o ceremonię niż o tzw. papier) szybko przestało być dla niej ważne.

Ich dziesięcioletni syn raz tylko zadał pytanie, dlaczego mama z tatą nie mają ślubu. Alicję zdumiała, a zarazem ucieszyła prosta odpowiedź Artura: „Miłość nie potrzebuje papierka, synu!”. I tyle.

– W klasie młodego połowa dzieciaków ma rodziców po rozwodzie, a takich par jak my są jeszcze dwie – uśmiecha się Alicja. – Naprawdę, konkubinat nikogo już w Polsce nie dziwi.

Niegotowi na ślub

Maria (52 l.), architekt wnętrz, wspomina, że żyli z Krzysztofem jak stare dobre małżeństwo. I to przez prawie 20 lat. Mieli oddzielne konta i jedno wspólne, na które odkładali pieniądze na podróże do ukochanej Japonii. Mieli również sportowe pasje: wspinaczkę, trekking, kajaki. Dwa lata temu Krzysztof wyjechał na kurs wspinaczkowy, który organizował dla dużej firmy PR-owej.

– Intuicja podpowiadała mi, że powinnam jechać razem z nim, ale akurat była wiosna, miałam nawał klientów – mówi Maria. – Krzysiek wrócił inny, odmieniony. Zaniepokoiłam się, ale nie zadawałam żadnych pytań. Podświadomie bałam się usłyszeć bolesną prawdę. W snach widziałam u jego boku młodą kobietę z długimi rudymi włosami.

Tydzień po powrocie z kursu Krzysztof pękł. Przerwał jedzenie kolacji i powiedział Marii prosto w oczy, że się zakochał. Nie chce jej dłużej oszukiwać. „Ona” okazała się młodszą o 16 lat pracownicą dużej korporacji, w marynarce, ołówkowej spódnicy i szpilkach. Zabawne, zawsze się z takich śmiał. – W sumie zachował się OK – twierdzi Maria. – Zostawił mi wszystko, wyszedł z domu w przysłowiowej koszuli. Czuł, że zawalił. Racja!

Marię jego zdrada nie zabolała tak bardzo jak fakt, że Krzysztof… wziął ślub. Pół roku po wyprowadzce z domu. – Nagle okazało się, że on kogoś poprosił o rękę! Choć wcześniej deklarował, że nie cierpi formalności i jest wolnym człowiekiem, i tylko ja go rozumiem! Nie mogłam w to uwierzyć. Ukradkiem śledzę jego profil na Facebooku; często zamieszcza tam prywatne zdjęcia. Jak zobaczyłam ślubne, nie spałam dwie noce. Panna młoda w białej sukni, z długim rudym warkoczem. Obok on, taki ucieszony, w sztruksowym garniturze. Ostatnio na zdjęciu pojawił się bobas. Wnioskuję, że został ojcem – po pięćdziesiątce.

Ze mną nie mówił o dzieciach, krzywił się, kiedy płakały gdzieś w knajpach. Jestem wściekła, rozżalona i zagubiona. Nie wiem, czy żyłam z oszustem, z kimś, kogo nie znałam, czy to „ona” wyzwoliła w nim ogromne zmiany. Obawiam się, że nie traktował mnie poważnie i nie kochał tak mocno jak jej. To boli najbardziej.

Maria jest teraz pewna, że konkubinat oznacza: a) niegotowość, b) niedojrzałość, c) niepewność co do wspólnego życia. Według znajomego Krzyśka, spotkanego przypadkiem na ulicy, on po prostu dojrzał z wiekiem do pewnych decyzji. Kto ma rację?

– Obydwoje – komentuje psycholog i trenerka Anna Kędzierska. – Bo do małżeństwa dojrzewa się z wiekiem i dzięki doświadczeniom życiowym. A jednocześnie myślenie o drugim człowieku jako o mężu czy żonie wiąże się z uznaniem drugiej, konkretnej osoby za kogoś wyjątkowego. Niewykluczone więc, że Krzysztof nie widział w Marii swojej żony i nie był gotowy do małżeństwa nie tylko z nią, ale w ogóle – dodaje.

Małżeństwo humanistyczne

Sylwia i Wojtek (35 l.), menedżerowie w prywatnych firmach, mają urokliwą sesję ślubną nad jeziorem Niegocin. Na serdecznym palcu każde z nich nosi cienką obrączkę z białego złota. Piątego sierpnia tego roku obchodzili pierwszą rocznicę ślubu.

– Ale w świetle prawa jesteśmy konkubentami – śmieją się. Jak to możliwe? On jest protestantem, ona katoliczką. Zakochali się w sobie niedawno, oboje są po przejściach (on: zerwane zaręczyny, ona: rozwód).

„Papier”, jak twierdzą zgodnie, jest im do niczego niepotrzebny. Wzięli więc tzw. ślub humanistyczny. Wynajęli stuletni dom na Mazurach, a potem na pomoście nad jeziorem przyrzekali sobie miłość „do końca świata i jeden dzień dłużej”. Sami stworzyli słowa przysięgi, na koniec puścili żartobliwą „Papayę” w wykonaniu Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka. Świadkami prywatnej ceremonii było 20 najbliższych im osób. Potem imprezowali do rana w gospodzie.

Wszystko było: balony, życzenia, prezenty, szampan, łzy wzruszenia. Nawet cygańska orkiestra. Zabrakło księdza lub urzędnika stanu cywilnego, dokumentów i podpisów.

Dr Czernecka dowodzi, że śluby humanistyczne, czyli nieformalne, są coraz popularniejsze. – Z mojego, jako socjologa, punktu widzenia najistotniejsze jest to, że pary decydują się na złożenie przyrzeczenia w otoczeniu społeczności: rodziny, przyjaciół, bliskich. Oto najnowsza odpowiedź na małżeństwa tradycyjne. Śluby humanistyczne są alternatywą dla tych, którzy mają różne, trudne do pogodzenia wyznania religijne albo niechęć do formalności. Okazuje się też, że tego rodzaju uroczystości mają dla par taką samą psychologiczną moc jak tradycyjne.

Związek na próbę

Ponad połowa Ślązaków uważa konkubinat za najlepszą formę związku. Fanami tego typu relacji są również mieszkańcy Pomorza i Wielkopolski, jak wynika z badań. Dr Julita Czernecka komentuje: – Czasami konkubentami są ludzie po rozwodach, którzy zdążyli zniechęcić się do tradycyjnych form. Bardzo istotne są tutaj wolność, samostanowienie o sobie. Nie ukrywajmy: znacznie łatwiej rozstać się, będąc w związku kohabitacyjnym niż małżeńskim. Nie trzeba niczego podpisywać, toczyć walki w sądzie.

W Polsce pewna część środowisk inteligenckich stawia małżeństwo i konkubinat na równi, bo uważają, że kredyt lub potomstwo łączy silniej niż akt ślubu. Ale najwięcej par kohabitujących tworzą młodzi, traktujący ten etap przejściowo. Planują ślub, lecz z różnych przyczyn – chęci robienia kariery czy po prostu braku funduszy bądź czasu na organizację wesela swoich marzeń – nie decydują się na niego. Chcą się najpierw „sprawdzić”, pomieszkać ze sobą, pobyć. I to jest bardzo dobry pomysł, bo wówczas najlepiej poznajemy partnera.

Amerykanka Harriet McManus, fanka małżeństw i współautorka książki „Living together: myths, risks and answers” (Żyjąc razem: mity, ryzyka i odpowiedzi), twierdzi, że kobiety i mężczyźni decydują się na konkubinat z diametralnie różnych powodów. Panie zwykle traktują kohabitację jako wstęp do małżeństwa, początek wspólnej życiowej drogi, zaś panowie cieszą się po prostu z dzielenia rachunkami z drugą osobą i… regularnego seksu.

McManus, której fani konkubinatów zarzucają stereotypowe myślenie, nie wyssała tych teorii z palca. Przestudiowała wyniki badań naukowych po to, aby stwierdzić, że żadne z nich nie wykazało wyjątkowych korzyści płynących z kohabitacji. Emocjonalnie konkubinaty nie są zatem ani trwalsze, ani „lepsze” niż małżeństwa. Prognozy mówią, że będzie ich coraz więcej. Zupełnie tak jak skutków, które za sobą pociągają.

Ślub to nie papier

PANI: Dla większości Polek „papier”, czyli sformalizowanie związku, nadal jest ważny. Dlaczego?

Anna Kędzierska, psycholog: Ślub to nie papier. Ani ceremonia, ani biała suknia i smoking. Ślub jest decyzją, do której ludzie dorastają, zamknięciem etapu narzeczeństwa i otwarciem nowego rozdziału w życiu. To sakrament, który łączy dwoje ludzi aż do śmierci. I może właśnie dlatego ma on tak duże znaczenie – bez względu na płeć, jak wynika z mojego doświadczenia.

Z kolei konkubinat zyskał popularność w starożytnym Rzymie, począwszy od czasów cesarza Augusta. Był korzystniejszy dla mężczyzn, bo konkubiny nie posiadały praw żony, a dzieci nie dziedziczyły majątku po ojcu. Dziś oczywiście wiąże się tylko z częścią tych negatywnych konsekwencji, ale ta perspektywa może wyjaśniać, po co kobietom ślub. Chcą się czuć ważne i uszanowane jako wybranki.

Oczywiście może się zdarzyć, że i ona, i on godzą się na życie bez ślubu.

Czy bycie w permanentnym, wieloletnim konkubinacie jest dowodem na to, że traktujemy relację przelotnie?

Może, ale nie musi być komunikatem: „Jestem z tobą tymczasowo. W każdej chwili mogę odejść”. Szybciej i zwykle taniej jest się rozstać, kiedy żyjemy w konkubinacie, niż gdy mamy ślub. Wiąże się to także z odbiorem społecznym. Inaczej oceniani są małżonkowie, którzy się rozwodzą, a inaczej para, która się rozchodzi.

Konkubinat w swoją społeczną definicję ma wpisaną nietrwałość, więc jeśli ludziom się nie układa, to po cóż mają być razem? Mogą się rozstać i już. Małżeństwo zaś – społecznie, kulturowo i religijnie – rozumiemy jako związek stały.

Dowodem na to jest na przykład dążenie par homoseksualnych do zawierania związków małżeńskich. Jest w nich coś tak po ludzku ważnego, jakaś magia…

A jaka jest różnica między konkubinatem a małżeństwem z punktu widzenia psychologa?

Małżeństwo przypomina pracę na umowę, zaś konkubinat – pracę na czarno. Każda opcja ma wady i zalety. W umowie masz prawo do urlopu, a jednocześnie obowiązuje cię okres wypowiedzenia, na przykład trzymiesięczny.

Aby w małżeństwie „rozwiązać umowę”, też jesteśmy zobowiązani do cierpliwości, nie możemy, ot tak, rzucić wszystkiego, spakować walizek i iść do nowego życia, związku.

W konkubinacie za to możemy się rozstać z dnia na dzień, co u niektórych burzy poczucie bezpieczeństwa, stałości. Słyszałam, jak ludzie mówią, że zamiast ślubu łączy ich kredyt, ale… to takie mało romantyczne! (uśmiech)

Jesteśmy rozdarci między indywidualizmem i poczuciem wolności a tradycyjną rodziną

Paulina Holtz (38 lat), aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie (gra w spektaklu „Lilla Weneda” w reż. M. Zadary), znana z serialu „Klan”:

„Roztrząsanie i rozstrzyganie kwestii związków nieformalnych uważam za przedziwny objaw. My, jako społeczeństwo, myślimy o szczęściu i relacjach zupełnie inaczej, niż patrzę na to ja. Bo nie pojmuję, dlaczego ślub w jakiejkolwiek formie miałby determinować lub gwarantować nam cokolwiek? Tym bardziej że nie istnieją przesłanki wskazujące, że zawierając małżeństwo, będziemy szczęśliwi, piękni, bogaci i nieśmiertelni (uśmiech).

Już sam fakt dyskusji na temat związków nieformalnych świadczy o tym, że nadal traktujemy tę formę współistnienia jako coś, z czego trzeba się tłumaczyć. Albo wymaga się wyjaśniania, o co w tym chodzi. Dla mnie, żyjącej od lat w takim związku, zastanawiające jest, dlaczego w naszym społeczeństwie istnieje tak duża presja, aby zawierać małżeństwa. Rozumiem oczywiście, jeśli ta potrzeba wynika z przekonań, wiary, emocji i serca, lecz nie pojmuję, jeżeli ślub jest zawierany wyłącznie z powodu tradycji lub pod presją rodziny.

Ja tej presji nigdy nie odczuwałam, moja mama (aktorka Joanna Żółkowska – red.) też żyła jako wolny człowiek, więc chyba mam łatwiej niż inni. W dużym mieście zazwyczaj jest z tym prościej.

Na ślubie byłam gościem pierwszy raz dopiero jako osoba dorosła, ale być może to także kwestia środowiska, w którym funkcjonuję. Mam oczywiście świadomość, że są cudowne związki małżeńskie, które opierają się na zaufaniu, miłości, poczuciu bezpieczeństwa.

Ale wiem też, że podpisanie „papierka” tego nie zapewni ani nie zagwarantuje. Bo potem, w ogólnym rozrachunku, okazuje się, że bez względu na formę i tak czeka nas ciężka praca nad relacją, podobne dylematy, takie same chwile szczęścia, czasami zdrady i powroty, czasami wsparcie do grobowej deski.

Czy kiedykolwiek zakładałam wzięcie ślubu?

Sylwia Chutnik (36 lat), pisarka, kulturoznawczyni, działaczka społeczna:

„Hm, może tylko dla wesela! Dzięki niemu jest to wspaniały dzień szczęścia kochających się ludzi. Wiem, że w Polsce polega ono głównie na wydawaniu pieniędzy na wódkę oraz konkursie przesuwania jajka przez nogawkę, ale mnie chodzi o symbolikę: zapraszamy gości, aby wszyscy świętowali nasze szczęście. Cudowne!

Pamiętajmy jednak, że wiele osób bierze ślub, bo najłatwiej jest żyć formalnie. Kiedy poszłam z moim partnerem do notariuszki, aby spisać testament (na wszelki wypadek), ona westchnęła i zapytała: „Czemu państwo po prostu nie weźmiecie ślubu, zamiast kombinować?”. No właśnie, my wolimy żyć po swojemu niż dawać się biurokratyzmowi. I absolutnie nie o hierarchię tutaj chodzi.

Nie ma sensu przekonywać, że jedna forma wspólnego życia jest lepsza od drugiej. Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od siebie, ale i od nas jako „elementu” społeczeństwa. Osobiście lubię czuć się „nielegalna”, być poza klasycznymi kategoriami małżeńskimi. Potrzebujemy w Polsce związków partnerskich, aby, po pierwsze, uregulować kwestie spadkowe, opiekę nad dzieckiem oraz sytuacje skrajne, na przykład dostęp do informacji, jeśli partner/ka znajdzie się w szpitalu.

Natomiast jest to dość spory skok obyczajowy, ponieważ wychodzimy z dualizmu „świętości małżeńskiej” oraz życia na kocią łapę. Dajemy sygnał, że państwo i społeczeństwo nie mają prawa oceniać formy związków. Wszystkie osoby (w tym także tej samej płci), które chcą razem żyć, mają do tego prawo. Ich dzieci również mają prawo czuć się bezpieczne, kiedy rodzice wybiorą inną formę niż małżeństwo.

Zawsze chciałem mieć żonę i dzieci

Krzysztof Kiersznowski (64 lata), aktor znany z seriali „Blondynka”, „Barwy szczęścia”, a także z filmów „Kiler” J. Machulskiego i „Boisko bezdomnych”:

„Za czasów mojej młodości było tak, że chłopak miał dziewczynę, narzeczoną albo żonę. Jeśli nie, to znaczy, że po prostu był starym kawalerem. Chyba w latach 70. i 80. w Polsce wykluł się taki model życia, w którym obowiązki ograniczyliśmy do minimum, żądając w zamian coraz więcej przyjemności. Stąd właśnie konkubinat.

Moim zdaniem to, co jest w związku najważniejsze, to poczucie bezpieczeństwa obu stron. Przecież na świecie zdarzają się i oszuści, i bandyci, i złodzieje. Ważne jest, aby móc potem (w razie ewentualnego rozstania) dochodzić swoich praw. Wydaje mi się, że ten słynny „papierek” w jakiś sposób jednak obie strony zabezpiecza. Ale to, jaką formę życia ludzie wybierają, jest ich prywatną sprawą. Jeśli związek nieformalny komuś dzisiaj wystarcza, to chyba dobrze?

Jeżdżę ostatnio sporo po Polsce, także ze spektaklami, i zauważyłem, że domów weselnych przybywa z roku na rok. Nie jestem pewny, czy konkubinat nie dotyczy tylko pewnych bardzo wąskich, określonych grup.

Małżeństwo wciąż pozostaje chyba najpopularniejszą formą bycia razem. Ja zawsze chciałem mieć żonę i dzieci. I tak się przed laty stało. Mój ślub był skromny – teraz weselisko kojarzy się z tłumem ludzi, z wielkimi wydatkami, czego nie rozumiem i co mnie trochę dziwi.

Jestem po rozwodzie i myślę, że drugi raz bym się nie ożenił. Ale nie dlatego, że mam awersję do ślubu albo jakieś specjalnie złe wspomnienia, przeżycia. Powody są zupełnie inne, nawet nie potrafię ich teraz tutaj wskazać. Po prostu tak czuję.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Zobacz również