Zwolnij - szkoda dnia

Zatrzymaj się w drodze do pracy, żeby nacieszyć oczy widokiem prószącego śniegu. Przy kieliszku szampana w sylwestra, żeby dobrze poczuć jego smak. W trakcie rozmowy z partnerem lub dzieckiem. Przez minutę skup się na jednym, bądź myślami tylko tu, gdzie jesteś. Warto wejść w nowy rok uważnie i powoli – przekonuje Jolanta Berezowska, psychiatra i psychoterapeutka.

Rozmawiała: Jagna Kaczanowska

Reklama

Jolanta Berezowska, psychiatra i psychoterapeutka, specjalistka w dziedzinie mindfulness

Twój Styl: Już w listopadzie zaczęłam myśleć, jak to będzie: Boże Narodzenie, potem sylwester, tyle dni wolnego. Miało być rodzinnie, ciepło. A jest mi smutno. Dlaczego?

Jolanta Berezowska: Może dlatego, że miała pani zbyt duże oczekiwania? Zbyt wiele planowała, wyobrażała sobie? W głowie mamy obraz jak z reklamy: śnieg prószący na dachy kamienic, migające światła, radość, beztroska, a my przy stole z całą rodziną i przyjaciółmi.

TS: To się nie może zdarzyć?

JB: Tego nie twierdzę. Ale często po Nowym Roku trafiają do mnie ludzie, którym te marzenia o radości, beztrosce i szczęśliwej rodzinie jednak się nie spełniły. Jeśli tak właśnie się dzieje, warto się zastanowić, co zmienić, by za rok wszyscy byli naprawdę zadowoleni. Pierwszy krok to zmniejszyć oczekiwania.

Jeśli nie będziemy fantazjować o mało prawdopodobnym pojednaniu z teściową, o mężu, który po miesiącach kryzysu w sylwestra szepce, że kocha – może się okazać, że wprawdzie nie jest wspaniale, ale wystarczająco fajnie. Bo rzeczywistość rzadko dorasta do marzeń.

TS: Marzenia dużo kosztują. Prawie co czwarty Polak finansuje świąteczne prezenty i sylwestrową zabawę na kredyt. Z psychologicznego punktu widzenia po co to robimy?

JB: Żeby kupić szczęście? Wcale mnie nie dziwi, że pod koniec roku zadłużamy się, żeby dogonić marzenia, poczuć radość, spełnienie, które pamiętamy z dzieciństwa. Przecież dla każdego z nas koniec grudnia jest wyjątkowym czasem. Chcemy, żeby to było widać, żeby nasi najbliżsi to poczuli, my też chcemy poczuć. Ma być inaczej niż przez cały rok, lepiej. Ale jak tego dokonać?

No cóż, nie każdy z nas ma pełen portfel, a sklepy są pełne. Handlowcy kuszą: albo fantazjujesz, albo realizujesz. Weź pożyczkę i dopnij swego. Mamy poczucie, że dzięki pieniądzom uda nam się stworzyć wyjątkowy nastrój. Zresztą w tym zawsze pomagały nam rzeczy, przedmioty. Prezenty, wyjazdy w niezwykłe miejsca, wykwintne jedzenie.

Dorastałam w niezamożnej rodzinie w PRL-u. Pomarańczy nie można było dostać ot, tak. Mama kupowała je raz do roku, właśnie pod koniec grudnia. Te pomarańcze były kwaśne, ale wyjątkowe, bo świąteczne. Długo je wspominałam. Było do czego tęsknić.

TS: O! A ja pamiętam swojego tatę, który jechał na wieś po szynkę do znajomego rolnika. Razem ją wędzili. Dojrzewała przez kilka tygodni, wisząc nad wanną. Odrywałam i zjadałam kawałki sznurka, którym była obwiązana. Pamiętam ich smak.

JB: No właśnie! I to było super! Wtedy – pół wieku temu, ćwierć wieku temu – prościej było „zrobić” święta i sylwestra, bo łatwiej było wywołać u domowników poczucie różnicy. Dzięki długim godzinom spędzonym w kolejkach. Szynka, pomarańcze, radziecki „szampan” to był luksus, na który czekało się miesiącami. Dziś mamy pod górkę, bo przecież wszystko jest. Szynka? Jaka? Szwarcwaldzka, babuni, włoska, hiszpańska? Pomarańcze? Małe, duże, słodkie, cierpkie, czerwone...

Trudno w tej sytuacji wprowadzić najbliższych w atmosferę, podać coś szczególnego. Tak samo jest z prezentami. Mama mi opowiadała, jak podczas wojny ktoś obdarował ją na Gwiazdkę kostką szarego mydła. Jak ona się cieszyła!

Gdybym dzisiaj chciała sprawić jej porównywalną radość, musiałabym się sporo natrudzić. To paradoks: łatwiej świętować i celebrować w trudnych czasach.

TS: Zadam dziwne pytanie: może nie trzeba niczego kupować? Taka celebra za darmo, bez drogiego szampana, nowych szpilek, wyjątkowej kolacji sylwestrowej?

JB: O, taką celebrę za darmo najlepiej się pamięta! Wiele lat temu dostałam od syna pod choinkę prezent, pudełeczko. Otwieram, a w środku deseczka z naklejoną kartką: „Absurdalny bon na dużo wolnego czasu”. Wtedy byłam wyjątkowo zapracowana, często nie było mnie w domu.

Świetny był ten podarek. Nie tylko dlatego, że zabawny. Także dlatego, że w ten sposób syn pokazał mi, czego w moim życiu brakuje. Najśmieszniejsze jest to, że – aby naprawdę skorzystać z tego talonu – musiałam sobie wolny czas dać, sama go wygospodarować. Udało mi się, bo po Nowym Roku wciąż miałam to pudełeczko od syna w pamięci. Nazywam coś takiego „uważnym prezentem”.

TS: Wspaniale, ale żeby zrobić komuś taki uważny prezent, trzeba go świetnie znać! A jeśli się nie zna nie tylko krewnych i znajomych, ale nawet własnego męża, dziecka?

JB: No właśnie. Proponowałabym w związku z tym zatrzymać się na chwilę, przestać pędzić, żeby się zastanowić. Tak jak ja zastanowiłam się wtedy nad paczuszką od syna. Co mogę zrobić, by więcej wiedzieć o najbliższych mi ludziach?

Niedawno rozmawiałam z młodą kobietą, bardzo zapracowaną, zabieganą. Miała dwie córki, które ciągle się kłóciły. Moja pacjentka nie mogła ich pogodzić, jej relacje z córkami były pełne napięcia. Poradziłam, by zaczęła rozmawiać z nimi osobno. Maryni mówiła: „To jest twój czas, twoje pół godziny”. A Ani: „A ty musisz teraz poczekać”. I wychodziła z Marynią do drugiego pokoju, rozmawiały tam przez 30 minut same, bez Ani.

Potem była zmiana. Wydaje się to oczywistością, ale czy pani wie, że większość moich pacjentów właściwie w ogóle nie rozmawia z bliskimi? Wymieniają informacje: „Zapłaciłaś rachunek za prąd? Tak, wczoraj”. Oddałeś auto do warsztatu? Zrobię to jutro”. A dzieciom zadają pytania i wydają polecenia: „Jak tam w szkole? No, dobrze, że fajnie. Idź odrobić lekcje. Śmieci wynieś”.

TS: A co dzięki tej radzie wydarzyło się w rodzinie Maryni i Ani?

JB: Ich matka po kilku tygodniach powiedziała mi, że dzięki tym rozmowom w cztery oczy dowiedziała się o swoich dzieciach więcej niż przez kilka wcześniejszych lat. Naprawdę zatrzymała się przy jednej córce, a potem przy drugiej. I nagle okazało się, że Marynia nie cierpi chodzić na treningi koszykówki, a najlepsza przyjaciółka Ani ma na imię Beata.

Że Marynia wiosną nieszczęśliwie się zakochała, a Ania bardzo przeżyła śmierć kolegi z tej samej klasy. Wcześniej po prostu nie było czasu na te zwierzenia. Chociaż nie: czas przecież był, on jest zawsze. Jakoś tak uciekał całej trójce między palcami. Jak nam wszystkim.

TS: Mam taką książkę Prawda zaczyna się we dwoje niemieckiego terapeuty Michaela Lukasa Moellera. On radzi, by żona i mąż spotykali się regularnie, o umówionej porze raz w tygodniu, i przez godzinę rozmawiali. Kiedy o tym komuś opowiadam, często słyszę: „Zwariowałaś? Nikt normalny nie będzie umawiał się z mężem. Męża ma się na co dzień, ciągle się z nim rozmawia”.

JB: Ależ to właśnie nie chodzi o takie rozmowy jak co dzień! Miałam znajomego terapeutę, dojrzałego, z kilkudziesięcioletnim stażem małżeńskim. Przeczytał książkę Moellera, zachwycił się nią i zaproponował żonie, by raz w tygodniu umawiali się na takie rozmowy we dwoje. To nie jest dialog, obowiązują pewne reguły. Nie pytamy, nie radzimy, nie przerywamy.

Prowadzimy monologi, najpierw ona, potem on. Mówimy: „Coś ci o sobie opowiem”. I snujemy historię. Z dzieciństwa, czasów pierwszej miłości, pierwszej pracy. A potem zamieniamy się rolami. Mój znajomy powiedział, że był zdumiony, jak bardzo ten nowy cotygodniowy rytuał zmienił życie jego i jego żony. Na lepsze.

TS: Może więc warto takie rozmowy we dwoje prowadzić nie tylko z partnerem, ale także z dzieckiem?

JB: Jak najbardziej. I z rodziną, właśnie teraz, gdy wszyscy spotykamy się z okazji świąt, Nowego Roku, Trzech Króli. To wspaniały pomysł. Przecież w tak licznym gronie widzimy się rzadko, niektórzy krewni przyjeżdżają z drugiego końca Polski. Naturalnie jest zagaić: „No i co się u was wydarzyło przez ten czas? Siadajcie, opowiadajcie o sobie”. Można przy okazji na głos zreasumować, co wydarzyło się w naszym domu od ostatniego sylwestra. Dla gości, ale i dla siebie.

Ale pani pytała o rodziny, w których te rozmowy, wymiana opowieści jakoś nie wychodzą. Bo ludzie są tak z sobą poróżnieni, niezainteresowani jedni drugimi, że krępujące jest dla nich nawet przebywanie blisko, przy jednym stole. Co można zrobić? Można jeść. Co dalej? Czasem oddelegowuje się dzieci do „robienia atmosfery”. „Pokaż, co tam ci mikołaj przyniósł! A jakie autko fajne, chodź, pojeździmy!”.

Wreszcie ktoś wpada na pomysł: skoro jesteśmy wszyscy tacy spięci, a przecież jest okazja, to trzeba się rozluźnić. Na stole pojawia się „luzownik”. Po wypiciu paru głębszych emocje biorą górę, zadawnione urazy wychodzą na wierzch. Zaczyna się koszmar.

TS: No właśnie. Często tak jest w trakcie zabaw sylwestrowych. Kupujemy sukienkę, robimy fryzurę, a potem jest rozczarowanie. Ktoś się upił, przy stole rozmowa się nie klei. Jak naprawić atmosferę?

JB: Nie trzeba jej naprawiać. Jestem terapeutą, nie uczę ludzi prowadzenia small talk na przyjęciach. Dlaczego uważa pani, że musi być miło? To trochę tak, jakby pani w naszym klimacie oczekiwała, że codziennie będzie słońce, bezchmurne niebo. Jeśli jest słońce – jest dobrze. Jeżeli deszcz – jest źle. Kiedy jest pani wesoła – jest dobrze. Jak jest pani smutna – jest źle.

Tymczasem wszystkie te stany emocjonalne są zupełnie normalne, tak samo jak ulewy i śnieżyce. Nie ma sensu nadawać im znaczenia pozytywnego czy negatywnego. Właśnie etykietując je w ten sposób, przysparzamy sobie cierpienia. Bo w sylwestra myśli pani „ależ nudna ta impreza”.

To jest stwierdzenie faktu. Ale z konieczności nadania statusu temu zdaniu roztrząsa pani dalej: „jest nudno, jest mi źle”. Dlaczego właśnie mnie to spotkało? Na pewno inni świetnie się bawią, trzeba było jechać do Szklarskiej Poręby, ale mąż się uparł na Zakopane. Co jest ze mną nie tak? Co mogę zrobić, by to zmienić?

TS: A mogę w ogóle coś zrobić?

JB: Znów to samo. Dlaczego tak się pani upiera, że musi coś zrobić, zmienić, ulepszyć? Proszę siedzieć, słuchać muzyki, patrzeć na gości. Smakować jedzenie. Nie zastanawiać się, jakie są różnice między tą imprezą a wymarzonym, idealnym sylwestrem, którego gotowy scenariusz ma pani w głowie. Wracamy do tego, co mówiłam na początku: proszę być. Nie oczekiwać niczego. Nie fantazjować.

TS: Wydaje mi się, że to nie jest możliwe.

JB: Żyjemy w kulturze nadmiernej aktywności. Uważamy, że tylko działanie, akcja mają sens. Brakuje nam równowagi między działaniem a nicnierobieniem. Dla wielu osób, szczególnie dla moich pacjentów, jest to szalenie trudne. Przychodziła do mnie na sesje kobieta, pani dyrektor dużej firmy. Osiągnęła sukces, zarabiała spore pieniądze. I w pewnym momencie zaczęła mieć kłopoty z sercem. Lekarz jej powiedział, że jeśli nie przyhamuje, zapłaci wysoką cenę. Zawał, udar – przeraziła się.

Przyszła do mnie z planem: nauczy się rozluźniać podręcznikowo i opanuje sztukę leniuchowania. Typowe podejście zadaniowe. Okazało się, że ona w ogóle nie potrafi usiąść na łóżku czy w fotelu. Jej wzrok zaraz przykuwał jakiś niedoskonały element otoczenia. Kwiatki mają sucho, więc się zrywała, żeby je podlać. W kącie pokoju są okruchy – natychmiast wyciągała odkurzacz. Ręce miała zajęte od rana do wieczora.

Dałam jej zadanie: poprosiłam, by nastawiła budzik tak, by dzwonił co godzinę. Gdy zadzwonił, miała usiąść. Bez celu i planu. Rozejrzeć się, ale nie realizować żadnych zadań. O, kwiatki! Ładne. Mają sucho. O, kąt! Okruszki. O, szyba! Ze smugami. A za szybą świat: jedzie tramwaj, na klonie siedzą wróble. I nic nie trzeba w żadnej z tych spraw robić.

Z początku to ją irytowało, taka bezczynność. Trwało kilka miesięcy, zanim uwolniła się od przymusu działania, zmieniania. I gdy to się już stało, okazało się, że nie pasowała już do swojego miejsca pracy, dotychczasowe obowiązki przestały jej odpowiadać. Zmieniła zawód. Zaczęła częściej bywać w domu i dzięki temu rozmawiać z córką, a wcześniej nie było kiedy. Ona naprawdę zwolniła. Stwierdziła, że szkoda jej życia na ten pęd.

TS: Nam w chwili lenistwa zaraz w głowie włącza się komunikat: „Nie siedź tak, nie marnuj czasu, zrób coś!”.

JB: A właśnie. Tego wymaga od nas cywilizacja, w której dorastaliśmy i żyjemy, cały świat dokoła nas pędzi. Mamy uczyć się przez całe życie. Znać trzy języki obce. Robić karierę. Jesteśmy aktywni, ale nie równoważmy tej aktywności trwaniem, kontemplowaniem. To często prowadzi do depresji, syndromu wypalenia zawodowego, chorób serca. A ja uważam, że czasem można po prostu być, bez celu, bez działania. Jak kot. Kot jest. Niemowlę też jest. Istnieje: je, trawi, śpi, ogląda.

Wiele osób mówi: „Człowiek, zwłaszcza dorosły, to nie kot”. No nie, ale może trochę się w tego kota pobawić, tak jak on po prostu być, obserwować świat bez poczucia, że coś z tym trzeba zrobić. Ściganie się z życiem, odhaczanie kolejnych pozycji na listach „koniecznie zrobić, trzeba zobaczyć” do niczego nie prowadzi. Czasami mniej znaczy więcej.

Miałam tego najlepszy dowód, gdy zabrałam przyjaciół do Indii, które dobrze znam. Gnaliśmy od zabytku do zabytku, obrazy przelatywały nam przed oczami, nie pozostawiając po sobie żadnego wrażenia. W końcu powiedziałam: Słuchajcie, to nie ma sensu! I w Tadż Mahal spędziliśmy cały dzień, leniuchując.

Leżeliśmy na nagrzanych słońcem płytach. Oglądaliśmy papugi. Patrzyliśmy na chmury. Po powrocie do Polski okazało się, że... właśnie ten dzień najlepiej pamiętam. Temu, kto żyje szybko, nie zostają z tego życia wspomnienia.

TS: Ale zostają selfie!

JB: Tyle że na nich nie zapisują się smaki, zapachy. Rodzenie się wspomnień to proces biochemiczny. Wymaga czasu. Wiele lat temu zajmowałam się fotografią analogową. Wkładało się papier do kuwety z wywoływaczem i czekało, aż na powierzchni papieru zacznie pojawiać się obraz. Kiedy już się pojawił – był na zawsze. Ale trzeba było swoje odczekać.

Tak samo trzeba zrobić w pięknej chwili, którą chcemy zapamiętać. Moim pacjentom daję zadanie domowe: widzisz coś, co cię wzrusza? Zatrzymaj się, doświadcz tego. Wróbel kąpie się w kałuży? Jakie to ładne! No dobrze, ale co to znaczy, że ładne? Co dzieje się z twoim ciałem w chwili, w której ta myśl przebiega ci przez głowę? Przeskanuj je.

Czujesz, że mięśnie ulegają rozluźnieniu, podnosisz głowę, na twarzy pojawia się uśmiech. W ten sposób możemy zapamiętywać maleńkie, codzienne przyjemności. Nasz mózg jest tak skonstruowany, że lepiej i łatwiej zapamiętuje to, co złe i groźne. Kiedyś naszym przodkom ta umiejętność ułatwiała przetrwanie. A dzisiaj? Zdolność lepszego kodowania tego, co zagrażające, działa na naszą niekorzyść. Świetnie zapamiętujemy, że ktoś zrobił nam przykrość, nakrzyczał, opryskał wodą z kałuży. A tego, że ktoś się uśmiechnął, dał krówkę w kolorowym papierku, powiedział komplement – jakoś nie.

W związku z tym w naszej głowie tworzy się obraz świata jako miejsca nieprzyjemnego, brzydkiego, okrutnego. A tak nie jest. Jeśli chcesz mieć dobre wspomnienia, zatrzymaj się w pięknej chwili. I pracuj nad tym, by ją zapisać w pamięci.

TS: Opowiem Pani coś z mojego dzieciństwa: siedzimy w drewnianym domku – ja, mama i siostra, jest lato. Jemy galaretkę z wiśni zerwanych w sadzie, z prawdziwą bitą śmietaną. Na stole stoi wazon z nachyłkami. Mama mówi: „Jak pięknie, umówmy się, że zapamiętamy ten moment”. To jedyna chwila, którą pamiętam z tych wakacji.

JB: Cudowny pomysł miała pani mama! A gdybyśmy teraz zatrzymały się na dłużej przy tym wspomnieniu, gdybym mówiła pani o galaretce, żółtych nachyłkach, a pani leżałaby zrelaksowana, mogłoby się zdarzyć, że poczułaby pani smak wiśni.

Dokładnie takie ćwiczenia robimy na warsztatach uważności z kursantami. Ostatnio pewien chłopak chciał cofnąć się w czasie do pewnego doświadczenia. I wszyscy mogliśmy obserwować, co się z nim dzieje: że znów ma sześć lat. W niektórych rodzinach święta i Nowy Rok też są okazją do takich zmysłowych powrotów.

Mówimy sobie: „Krysiu, a pamiętasz...”. I zaczyna się opowieść o przyjemnych doświadczeniach. To buduje nastrój. A przecież w każdej rodzinie są takie opowieści, warto je odświeżyć przy okazji wspólnych spotkań, obiadów, imprez.

TS: A może zamiast robić setki zdjęć, każdy swoim smartfonem, warto w sylwestra powiedzieć gościom, a zwłaszcza dzieciom to, co w tamte wakacje powiedziała moja mama: „Jest tak pięknie, umówmy się, że zapamiętamy ten moment”.

JB: Pewnie, dzieci chętnie dają się zaprosić do takich zabaw. Ale i nie odbierajmy im tych najnowszych zdobyczy techniki, zdjęcia nie są złe! Lepiej jednak, by było ich kilka, a nie setki. Kilka zdjęć to talizman, który pomaga przywołać wspomnienia. Kilkaset to przegląd klisz, jedna podobna do drugiej. Potem je oglądamy i mówimy: „Ty, zobacz, byłem tu, a w ogóle tego nie pamiętam!”.

TS: Mnie czasem zdarza się nie pamiętać drogi samochodem z domu do pracy.

JB: To bardzo powszechne. Włączamy automatycznego pilota i... wieczorem nic nie pamiętamy, nieraz z całego dnia. Pół biedy, kiedy przemknie niepostrzeżenie jeden dzień. Gorzej, gdy całe życie. Czasem czyta się na portalach społecznościowych opowieści ludzi śmiertelnie chorych. Mówią: gdybym miał drugą szansę, tobym zwolnił. Gdybym narodziła się jeszcze raz, jadłabym więcej lodów, nie dbałabym tak o linię.

Mamy jedno życie i jeśli ono tak sobie przemknie, bo zamiast być tu i teraz, byliśmy ciągle albo w rozpamiętywaniu przeszłości, albo planowaniu przyszłości, tak naprawdę w ogóle go nie mieliśmy. Nie żyliśmy. Oczywiście: ciężko pracujemy, mamy wiele obowiązków, brakuje nam czasu. Ja też tak mam.

Rzadko trafiają mi się dni wolne. No to staram się przynajmniej rozglądać bacznie dookoła, gdy idę do pracy. Przed budynkiem, w którym mam gabinet, jest bardzo ładne podwórko z ogromnym kasztanowcem. Zbieram jesienią kasztany. Wącham je.

TS: Dzieci robią tak w sposób naturalny. Dorośli jakoś nie potrafią.

JB: Dorośli mają poczucie, że muszą zrobić dużo rzeczy. Ważnych rzeczy. Trzeba napisać artykuł, leczyć ludzi, iść do banku, pojechać do supermarketu, bo są ręczniki w promocyjnej cenie i felgi. Ale z jesiennego dnia być może po wielu latach będę pamiętała tylko ten zapach kasztanów, a ręczników i felg już nie. Oczywiście trudno jest znaleźć równowagę między działaniem a trwaniem. Bo jak będę cały dzień zbierała liście, wąchała kwiatki, to kto zapłaci wieczorem rachunki?

TS: To jak długo zajmuje Pani wąchanie kasztanów?

JB: Dziesięć minut. Ludzie mówią: ale ja nie mam tych dziesięciu minut, mam pilne sprawy! Odpowiadam: to wstawaj wcześniej. Ja tak robię. Dzięki temu rano, gdy jestem w wannie, o niczym nie rozmyślam. Piję kawę, wolno, cieszę się jej aromatem – nie przełykam jej w biegu, pakując jednocześnie dokumenty do pracy. Mogę być. Uważnie.

TS: Myślę sobie, że zwłaszcza w końcówce roku warto „wstać wcześniej”: nacieszyć oczy ubraną jeszcze choinką, uważnie jeść smakołyki, które zostały ze świąt...

JB: Tym bardziej że to zapobiega przejedzeniu! Zamiast nałożyć sobie górę śledzi z cebulką, biorę na talerz jedno dzwonko. Wącham. Patrzę, w jakim jest kolorze. To nieprawda, że śledź jest szary albo srebrny. Na brzegu może być różowawy. Na środku niebieski. Potem jem. Powoli, jak dziecko, zanim nasłucha się tych wszystkich: „Przestań się guzdrać!”, „Nie baw się jedzeniem!”.

TS: No dobrze, jest sylwester. Umówiłam się z przyjaciółmi. Ciasto orzechowe jest pyszne. Ale mnie nie smakuje wcale, bo ciągle myślę o byłym mężu. Że jestem sama, nie ma go ze mną. Nie potrafię być tu i teraz, wciąż wracają do mnie obrazy minionych lat, kiedy witaliśmy Nowy Rok razem.

JB: Miałam pacjentkę, której mąż zginął w wypadku. Została z dwójką dzieci. Martwiła się, bo w Boże Narodzenie i sylwestra nie potrafiła się uwolnić od poczucia żalu, straty. Mówiłam: „On umarł. Ale ty żyjesz, dzieci żyją. Zobacz, co się dzieje: siadacie razem do stołu, a ty jakbyś odwracała się od dzieci, żeby być z mężem. A jego tutaj już nie ma”. Nie trzeba negować smutku. Jest czas na łzy i jest czas na świętowanie. Nawet będąc w żałobie, można przeżywać małe radości.

TS: Ale ja nie jestem smutna! Jestem wściekła. Były mąż właśnie pije szampana z młodszą żoną. Są szczęśliwi.

JB: Opowiem pani historię o dwóch mnichach tybetańskich. Zgodnie z tradycją buddyjską nie wolno im dotykać kobiet. Przychodzi więc dwóch mnichów nad rzekę, a tam przy brodzie stoi kobieta. Po stroju widać w dodatku, że prostytutka. Prosi, by ją przenieść, bo nie może zamoczyć sukni. Pierwszy z mnichów spełnia więc jej prośbę. Idą dalej we dwóch i drugi mnich gada do pierwszego: „Coś ty zrobił, jak mogłeś, zbrukałeś swoje szaty!”.

Trwa to pół godziny, pierwszy mnich nie wytrzymuje i mówi: „Ja ją przeniosłem i zostawiłem na brzegu. A ty ciągle jeszcze ją niesiesz”. Pani też ciągle niesie ten ból, złość. Przeżywa pani odejście męża i przez to sprawia pani, że on ciągle, w pani myślach, w pani uczuciach, odchodzi. Bo nie potrafi pani tego odpuścić. A przecież on odszedł półtora roku temu!

Tymczasem pani, zamiast być tutaj, z bliskimi, jest w jego mieszkaniu. A nawet nie w jego mieszkaniu, bo wcale nie wie pani naprawdę, czy on bawi się z żoną, czy są szczęśliwi. Pani jest zamknięta we własnej głowie. Proszę dać sobie szansę. Zjeść coś, przytulić się do przyjaciółki, włączyć do rozmowy ze znajomymi. Ktoś koło pani jest. Ktoś o pani ciepło i z miłością myśli. Czy to mało?

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Jolanta Berezowska, psychiatra, psychoterapeuta, nauczyciel w Polskim Instytucie Ericksonowskim. Prowadzi terapię indywidualną, małżeńską i rodzinną w Centrum Psychoterapii Tredo oraz warsztaty antystresowe i antydepresyjne. Mama dwóch dorosłych synów, mężatka.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Już w przedszkolu wkraczamy na arenę walki o władzę. Wszędzie spotykamy potencjalnych sojuszników, osoby neutralne i wrogów. Aby w tej grze przeforsować własne interesy, musimy nauczyć się reguł... więcej