Tata z wózkiem, mama w pracy

Marta i Arek są tuż po trzydziestce, ale tworzą związek z prawie 17-letnim stażem. – Mieliśmy czas, żeby się dotrzeć – mówią ze śmiechem.

On wychowuje dzieci, ona zarabia na dom. Takie odwrócenie tradycyjnego modelu rodziny powoli przestaje dziwić, a nawet staje się modne. Marta i Arek na własnym życiu przekonali się, że męskość i kobiecość nie musi opierać się na schematach.

Połączył nas pomysł na życie – opowiadają Marta (33 lata) i Arek (33 lata) Szulcowie. – Oboje chcieliśmy mieć prawdziwą rodzinę, w której ludzie kochają się, szanują i mają dla siebie czas.

Reklama

Gdy decydowali się na małżeństwo, wydawało im się, że podstawowe życiowe kwestie mają przemyślane, przegadane, ustalone. Oczywiście, byli zakochani, ale… Oboje wiedzieli, że to może nie wystarczyć. Że nawet największa miłość przytłoczona codziennością może się zagubić, wypalić.

Małżeństwo to nasza broń przeciw światu

Kiedy wchodzili w dorosłe życie, byli ambitni i pełni planów. Zależało im na pracy, ale ani Marta, ani Arek szczęścia nie utożsamiali z karierą. Ustalili więc wspólnie, że to rodzina jest najważniejsza i że nie spędzą życia w pogoni za pieniędzmi.

Czasem sami się dziwią, jak idealnie udaje im się realizować zamierzenia sprzed lat. I że żadne z nich nigdy nie miało poczucia, że coś traci, że życie przecieka przez palce. Pracują i wychowują dzieci.

Tyle że on w domu, ona w biurze na etacie. Tego akurat nie planowali. Tak po prostu jakoś wyszło… Kilka miesięcy temu przeprowadzili się z centrum Warszawy do nowego domu w okolicy Puszczy Kampinoskiej – są tam idealne warunki dla trójki dzieci: sześcioletniego Stasia, czteroletniej Hani i rocznego Kazia.

Dziś jest nietypowy rozkład zajęć, bo starsza dwójka jest przeziębiona i zamiast iść do przedszkola, została w domu. Mama obiecała, że wróci wcześniej z pracy, zaraz ma wpaść lekarz.

Cała rodzina jak zwykle rezyduje w salonie, który przypomina dziecięcy pokój, bo Szulcowie urządzili dom pod kątem dzieci. W centralnym miejscu kuchni wisi tablica z imionami maluchów, a na niej plusy za dobre sprawowanie i minusy za bycie niegrzecznym.

Arek, karmiąc rocznego Kazia owocami, tłumaczy nam, że to taki minisystem motywacyjny, choć nie przewiduje kar. – Wczoraj byli u nas znajomi i dawali niespełna rocznemu dziecku słodycze.

To smak, który maluch powinien poznać znacznie później… – rozpoczyna „wykład”. Brzmi on tak, jakby wygłaszał go specjalista w dziedzinie żywienia niemowląt. Trochę dziwna wiedza u faceta? – Arek tylko się uśmiecha. Przy trójce dzieciaków miał do wyboru: nauczyć się lub zginąć.

A skoro zdecydował się zajmować dziećmi, musi to robić dobrze. Lubi być ojcem, dużo wie o wychowaniu dzieci. I chętnie dzieli się tą wiedzą. Choćby na stronie www.tatkowo.pl.

Założył ją rok temu z myślą o rozkręceniu sklepu internetowego z gadżetami dla dzieci. Można się z niej dowiedzieć, jak ubrać malucha na spacer i dlaczego smoczek nie jest najlepszym „uspokajaczem” dla niemowlaka.

Sprawiedliwie nie znaczy po równo

Gdy w drzwiach pojawia się Marta, dzieciaki rzucają się jej na szyję. – Haniu, a dlaczego chciałabyś zostać kobietą? – pyta mama. „Cialabym, bo ce sie zajmować dziećmi” – tłumaczy poważnie czterolatka.

Dla Marty to najlepszy dowód na to, że ona – główna żywicielka rodziny – sprawdza się także jako matka. – Pewnie, czasem kusi, by po myśleć, że ktoś, kto siedział w domu, na pewno jest bardziej zrelaksowany – mówi Marta.

– Ale wiem przecież, ile pracy, czasu, nerwów i wysiłku zajmuje opieka nad trójką dzieci. – Mamy z żoną układ partnerski – dodaje Arek – czyli taki, w którym nie da się wszystkiego dzielić po równo. To najważniejsze, czego dowiedzieliśmy się o życiu we dwoje.

Nauczyliśmy się i mówić, i słuchać

– Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po niespełna 16 lat – wspomina Marta. – Poderwał mnie na gadanie, a właściwie słuchanie, bo to ja mówię więcej. Ale my oboje naprawdę umiemy siebie słuchać.

Nigdy nie zdarzyło się, żeby któreś rzuciło niecierpliwie: „O co ci chodzi”, „Nie teraz” albo: „Nie wymyślaj problemów”. Nie da się zbudować związku, gdy człowiek nie mówi, co czuje, tylko liczy, że drugie się domyśli.

Chyba dzięki temu udało nam się licealny związek przebudować w dojrzały – uważa Marta. Choć przyznaje, że ona od początku wiedziała: „To facet na całe życie”. – To mąż musiał dojrzeć – ocenia. – To prawda, potrzebowałem czasu – mówi Arek.

– Chciałem mieć pewność, że znalazłem przeznaczoną mi drogę i… właściwą kobietę. Pobrali się po dziewięciu latach znajomości. Mieli wtedy po 25 lat i od razu postanowili mieć dziecko. Nie chcieli czekać, aż zrobią kariery, zarobią na większe mieszkanie, lepszy samochód.

Dwa lata po ślubie urodził się Staś. I… okazało się, że poza fizycznym zmęczeniem nie dopadł ich żaden kryzys. Arek pracował wtedy na infolinii w systemie trzyzmianowym i nawet gdy wracał po nocy, wyręczał Martę i zajmował się synkiem. Potrafił to, ale też zwyczajnie lubił.

Marta przyznaje, że dopiero wtedy w pełni dostrzegła zalety męża. To, jaki jest cierpliwy, konsekwentny, czuły. Dziecko bardzo ich do siebie zbliżyło. A Marta sama przed sobą przyznała się, że… Arek lepiej radzi sobie z dzieckiem niż ona. I wtedy zakiełkował pomysł: a może by tak zamienić się rolami?

– To nie jest tak, że całe życie marzyłem, żeby iść na urlop wychowawczy – opowiada Arek. – Ale też nigdy nie tęskniłem za karierą w korporacji, za pracą po 12 godzin na dobę. Gdyby Marta chciała zostać z dzieckiem, to ja utrzymywałbym ro- dzinę, ale ona wolała wracać do pracy – tłumaczy Arek.

Drugim argumentem okazała się twarda ekonomia. Policzyli, że gdyby pracowali oboje i wynajęli opiekunkę, finansowo wyszłoby na to samo. – Żłobka nie braliśmy pod uwagę – mówi Marta. – Oboje wiemy, że pierwsze lata są dla dziecka najważniejsze, decydują o późniejszym życiu – dodaje.

Nie obyło się jednak bez dylematów i wątpliwości. Arek przypomina, że to właśnie żonie było trudniej się przestawić. Marta zwyczajnie miała wyrzuty su- mienia. Bo z jednej strony był kilkumiesięczny Staś, którego karmiła jeszcze piersią, z drugiej praca: lubiana, dająca satysfakcję, pochłaniająca uwagę. Marta jest menedżerką.

W projektach, którymi zarządza, wszystko musi iść jak w zegarku. To nie jest praca, którą da się dobrze wykonywać, mając głowę zajętą czymś innym. – Gdyby Arek nie przejął opieki nad kilkumiesięcznym Stasiem, nie byłoby mowy o moim powrocie do pracy. Ale i tak zastanawiałam się, czy nie po- pełniamy błędu, czy Arek nie będzie się źle czuł.

Faceci boją się zostać w domu, ponieważ panuje przekonanie, że dziećmi może opiekować się tylko mięczak. Taki, któremu się w życiu nie udało, nie potrafił zarobić, schował się za żonę, która ma jaja. Nie będę ukrywać – bałam się, czy to nie wpłynie na to, co jest między nami – mówi Marta.

Oczywiście, wpłynęło. Ale zmiana okazała się odległa od obaw Marty o całe lata świetlne. Arkowi ojcostwo na pełen etat dawało satysfakcję, a ona poczuła, że ma w mężu oparcie, o jakim nawet nie marzyła. Wyłącznie dzięki niemu bez trudu odnajdywała się w obu rolach – matki i menedżerki.

Jeśli przetrwamy, to nic nas nie złamie

– Wszystko tak dobrze się układało, że kiedy Staś skończył roczek, pomyśleliśmy o drugim dziecku – opowiada. – Pracowałam wprawdzie na zlecenie, ale uznałam, że pracodawca doceni to, jak szybko wróciłam do pracy po pierwszym dziecku. Pomyliłam się. Zwolnił mnie, gdy tylko brzuch zaczął być widoczny. Byłam w szóstym miesiącu ciąży…

To był najtrudniejszy czas w ich wspólnym życiu, ale po kazał Marcie i Arkowi, że są razem naprawdę na dobre i na złe. Wiedzieli, że jeśli to przetrwają, przeniosą góry. Wspominają, że owszem, było napięcie i nerwy, ale żadna sprzeczka nie przerodziła się w walkę o pozycję w związku.

Zdali sobie sprawę, że gdy tworzą wspólny front, łatwiej im radzić sobie ze światem, który przynosi niespodzianki i problemy. Ustalili, że… oboje są gotowi na zmiany. Arek zadeklarował gotowość przejęcia finansowej odpowiedzialności za rodzinę.

Uznali jednak, że to Marta ma szansę na lepsze zarobki, więc to ona spróbuje pierwsza. I udało się. Nowy pracodawca uwierzył, kiedy obiecywała, że wróci do firmy od razu po urlopie macierzyńskim, czyli po 14 tygodniach.

Nie myślimy schematycznie

Wspólna strategia dała efekty. Budowali sobie życie już z dwójką dzieci. Marta przychodziła do biura z laktatorem i to na część etatu, bo żal jej było na cały dzień rozstawać się z Hanią.

– Dorobiliśmy się wtedy rytmu, który obowiązuje do dziś – opowiada. – Arek wziął na siebie gotowanie, bo to kolejna rzecz, w której jest lepszy ode mnie.

Ja piorę, prasuję i sprzątam, bo on tego nie cierpi. System działa znakomicie. Czasem aż się dziwimy, skąd bierze się tyle nieporozumień związanych z pojmowaniem partnerstwa. Nie musi być równo. Dla nas jest jasne, że każde z nas po winno robić to, co lubi i potrafi najlepiej.

Żeby związek przetrwał, trzeba zapomnieć o schematach, które nawet w czasach naszych rodziców się nie sprawdzały: facet do pracy, baba do garów. I jeszcze jedno jest ważne – nie wolno realizować siebie kosztem partnera, bo on też musi się czuć dobrze – Marta skrupulatnie wylicza składowe dobrego związku.

Oni umieją stosować te zasady w praktyce i właśnie dlatego od roku jest ich już pięcioro. – Kazio zamyka „listę”, plan zrealizowany – melduje Arek, a Marta dodaje, że gdyby nie mąż i zamiana ról, nie zdecydowałaby się na trójkę dzieci.

– Ale mam ten luksus, że siedzę w biurze spokojna, bo wiem, że nikt lepiej od męża nie zaopiekuje się dziećmi. Takiego spokoju nie dałby mi żaden żłobek, żadna niania – tłumaczy. Dziwi ją tylko, że choć tyle mówi się o parytetach, o wspieraniu rodziny w powszechnej świadomości zmienia się niewiele.

Owszem, wprowadzono urlopy ojcowskie, ale wiele stereotypów nadal pokutuje. Także wśród najbliższych. Na przykład mama Arka uważa, że mężczyzna siedzący z dziećmi w domu pozbawia się dobrej emerytury, zaś rodzice Marty dziwią się, że mężczyźnie może wystarczyć do szczęścia zmienianie pieluch.

Ze strony dalszych znajomych też zdarzają się kąśliwe uwagi o pantoflarzach… Arek nie zwraca na nie uwagi, ale Marta przyznaje, że bywa jej przykro, bo to właśnie wsparcie oraz siła Arka są jej napędem.

Bez męża nie zostałaby kierownikiem w dużej firmie, nie urodziła trójki dzieci, nie czułaby się spełniona. Dlatego boli ją to, że taki związek jak ich wciąż budzi tyle kontrowersji. – Niektórzy uważają, że „coś z tymi Szulcami jest nie tak” – oburza się.

– Dziwne, że nikt nie ma takich wątpliwości, gdy to mężczyzna-ojciec robi karierę. Wtedy nikt się jakoś nie zastanawia, czy to nie jest niesprawiedliwe w stosunku do kobiety… Marta tymczasem dostrzega jeszcze jeden plus ich modelu rodziny.

Uważa, że w związku łatwiej się porozumieć, jeśli partnerzy wiedzą, jak to jest po obu stronach barykady.

– Ciągle słyszę: „A mąż nie czuje się niedowartościowany, znudzony?”. Odpowiadam: „Ależ on pracuje, tylko że w domu!”. I paradoksalnie, właśnie kobiety zadają mi te pytania. Uważam, że to one mają problem, to one nie doceniają swoich mężczyzn, skoro sądzą, że facet nie potrafi wykąpać czy nakarmić dziecka. A może przeciwnie – są tak niepewne własnej kobiecości, że muszą ją udowadniać?

– Wiem, że niektórym trudno w to uwierzyć, ale ja naprawdę dobrze czuję się w roli etatowego ojca – tłumaczy Arek. – I już mi się nie chce tłumaczyć, że jestem w tym punkcie życia, właśnie dlatego że mi się udało, a nie przeciwnie.

Dodam jeszcze, że moja żona to nie jest chłop w spódnicy, tylko wrażliwa kobieta, która potrafi o siebie walczyć. Ale potrafi też kochać i… pozwala się kochać.

– A o urodzie coś będzie? – do pomina się Marta i w odpowiedzi dostaje od męża buziaka. – Ale nie będę kłamał – ciągnie Arek. – Uważam, że mężczyźnie jednak trudniej przychodzi zajmowanie się dziećmi. Wydaje mi się, że kobietom natura bardziej sprzyja. Czasem, gdy mam dość, bo krzyczą, biją się, na wszystko mówią „nie”, myślę sobie: to nie jest powód, żeby się poddać!

Dzieci tak mają, niezależnie od tego, czy zajmuje się nimi tata, czy mama. Szulcowie mówią, że są szczęściarzami, chociaż wiedzą też, że na wszystko w życiu trzeba zapracować. A to, co mają – trójkę udanych dzieci, dom, w którym tętni życie, i poczucie życiowego sukcesu – zawdzięczają sobie nawzajem.

– Gramy w drużynie, ponieważ małżeństwo to gra zespołowa – mówią jednym głosem. Marta opowiada, że przyszła wczoraj do biura pełna energii, uśmiechnięta, choć na dworze zimno, mokro i korki na drogach.

Na pytanie, jak to robi, odparła, że spędziła miły poranek, bo mąż zrobił śniadanie, nakarmił dzieci, a obiad na dziś ugotował wczoraj. „Ty to jednak masz fajne życie” – usłyszała...

Tekst: Elżbieta Turlej

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Olivia
Więcej na temat:

Zobacz również