Szczęśliwe życie w pojedynkę

Kiedyś „kobiety samotne”, potem dumne „singielki”. Aż przyszedł czas, gdy kobieta wybierająca życie w pojedynkę nie musi niczego tłumaczyć. W Polsce jest pięć milionów jednoosobowych gospodarstw domowych. W większości kobiecych. Anna mieszka sama, bo poświęciła się pracy. Grażyna po rozwodzie smakuje wolność. Kamila buduje relacje z przyjaciółkami. Czasem tęsknią za partnerstwem. Nie mówią, że w pojedynkę jest lepiej. Ale twierdzą, że taki stan ma wiele zalet.

Kamila, 35 lat, księgowa. Samotnie wychowuje czteroletnią córkę. Z ojcem dziecka rozstała się trzy lata temu. Życie w pojedynkę to dla mnie... stan naturalny. Przez większość czasu albo jestem sama, albo się z kimś szarpię lub staram się o nim zapomnieć. Mój najdłuższy związek trwał niecałe dwa lata, pozostałe trzy – kilka miesięcy. Uczę się myśleć... że to nie moja wina. Bo przecież jestem ładna, mądra, uczuciowa. Winni są faceci. Szukam... nie szukam, odpuściłam.

Reklama

Nie chcę nudnych randek aranżowanych przez znajomych, nie mam czasu przesiadywać na portalach dla singli. Liczę, że kiedyś spotkam go przypadkiem.

Moja rodzina to... córka i sąsiadki. Proszę, tylko nie patrz na moje odrosty ani na bałagan w kuchni. Nie miałam kiedy ogarnąć mieszkania, a co dopiero ufarbować włosy. Alinka chorowała prawie dwa tygodnie, a ja mogłam wziąć tylko cztery dni wolnego w pracy. „Nie będę dawać ci taryfy ulgowej dlatego, że jesteś samotną matką”, powiedział szef. Zostawiałam więc córkę u sąsiadki i chodziłam do firmy. W nerwach, czy ona nie czuje się gorzej. „Dałaś jej krople? Zmierz jeszcze raz temperaturę”, pisałam sąsiadce w SMS-ach.

W korporacji wciąż słyszymy: „sto osób czeka na twoje miejsce”. Kiedyś się z tego śmiałam, mówiłam: „to zatrudnijcie tę setkę natychmiast!”, ale kiedy odeszłam od ojca Aliny, przestałam podskakiwać. Co każą, robię i siedzę cicho. Nadgodziny? Do 19 mogę zostać, nawet się cieszę, bo dodatkowo płacą.

Robocza sobota? Gorzej, bo chciałabym spędzić czas z dzieckiem. Raz przyprowadziłam Alinę do firmy, rozłożyłam jej zabawki pod biurkiem i prosiłam: „baw się cichutko, nikomu nie przeszkadzaj”. Wytrzymała!

Nie mogę stracić etatu, moich czterech tysięcy netto, bo kto by opłacił kredyt na mieszkanie, kto by nas utrzymał? Ojciec dziecka? Żyje jak król, ale przysyła 1100 złotych miesięcznie. Starcza na przedszkole, bo do państwowego córka się nie dostała.

Robert to był taki „facet nic”. Paprotka

Małomówny, niezaangażowany. Ktoś, kto jest w twoim życiu i czasem zastanawiasz się, po co i dlaczego. Ale znasz odpowiedź. Kiedyś uwierzyłaś, że wam się uda, bo bałaś się być sama. Kłóciliśmy się non stop, a ja coraz częściej się zastanawiałam, w czym moja rzeczywistość jest lepsza od sytuacji samotnych matek?

Bo jest ktoś, kto wynosi śmieci? Bo trochę lżej mi finansowo? Bo zamiast braku seksu mam seks sporadyczny? Mało.

Ale pewnie bym w to brnęła dla dziecka, gdyby nie jego napad szału. Któregoś wieczoru, w kłótni, pchnął mnie na ścianę. Upadłam i uderzyłam się w głowę. Chwilę potem przepraszał, ale ja wiedziałam jedno – jeśli wybaczę, będzie coraz gorzej.

Spakowałam go, mieszkanie było moje. „Wymknęło mu się!”, tłumaczyła moja matka. „Zmarnujesz sobie życie, jeśli z dzieckiem zostaniesz sama!”, wtórował jej ojciec. Gdy zostawiłam Roberta, nie odzywali się do mnie przez ponad miesiąc. „Pożyczycie mi swoje auto? Muszę rano zawieźć małą na szczepienie – poprosiłam kiedyś matkę. – Zadzwoń do Roberta i pogódź się z nim, on ma samochód” – odpowiedziała. Myśleli, że w ten sposób zmuszą mnie do powrotu.

W najtrudniejszym momencie od najbliższych nie dostałam wsparcia. Mimo to postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby we dwie nie żyło nam się gorzej.

Kiedy wróciłam do pracy, za opiekę nad córką płaciłam emerytowanej sąsiadce, a wieczorami organizowałam nam czas na kolejne tygodnie: wyjazd do kuzynów nad jezioro, bajki w Teatrze Młodego Widza, fitness dla mam i maluchów. Przed pracą wkładałam rolki i przez pół godziny jeździłam z wózkiem po osiedlu, żeby mieć ruch, być zdrowa, bo jestem dla Aliny matką i ojcem jednocześnie.

Mimo że spałam po kilka godzin, w firmie radziłam sobie ze wszystkim. Nie wiem, skąd miałam tyle siły. Taszczyłam ciężkie zakupy na trzecie piętro, a jeszcze dawałam radę wieczorem odkurzyć mieszkanie.

Jednak ze sobą czułam się słabo. Szara cera, podkrążone oczy, przesuszone włosy. Byłam tak zmęczona, że nawet makijaż wyglądał na mnie idiotycznie. „Ten cień do powiek cię postarza”, powiedziała mi koleżanka, więc prawie przestałam się malować. Nie miałam dla siebie kwadransa. Goliłam nogi w samochodzie, w drodze do pracy. Nosiłam zamszową torebkę pomazaną flamastrami przez dziecko i za duże sukienki, bo nie miałam kiedy zwęzić. Przed ciążą byłam grubsza, teraz wyglądałam jak patyk.

Zawsze marzyłam, żeby kupić sobie dżinsy w rozmiarze 34. Teraz wreszcie mogłam, ale kiedy miałam iść do sklepu? Poza tym było mi szkoda pieniędzy. Wiesz, co było straszne? Przez pierwsze pół roku nie przyznawałam się w pracy, że jestem sama. Nie chciałam współczucia, pytań: „i jak ty sobie radzisz?”, komentarzy: „co za porażka”.

Gdy ojciec Aliny odwiedzał ją w niedziele, wszyscy jeździliśmy do jego chorej na raka matki. „Dobiłaby ją informacja, że nie jesteśmy już razem”, prosił. Przyjeżdżał po nas, odwiedzaliśmy jego rodziców i szliśmy do parku na spacer.

Wiesz, co kiedyś sobie pomyślałam? „Ach, żeby zobaczył mnie ktoś z pracy, upewniliby się, że u mnie wszystko w porządku”. Teatrzyk. Po co to robiłam? Bo byłam zmęczona, przestraszona, czułam się przegrana. Ale w końcu musiałam otworzyć się przed koleżankami z pracy.

Alina chorowała, ja padałam na twarz. Prosiłam, żeby mnie kryły, gdy w ciągu dnia wymykałam się z firmy, żeby pojechać z dzieckiem do lekarza. Faceci w biurze zachowywali się tak, jakby można było zrzucać na mnie dodatkowe obowiązki i wejść na głowę, bo przecież jestem zdesperowana, sama. Jednak na koleżanki mogłam liczyć. To one uświadomiły mi, w jak kiepskim jestem stanie. Bez okazji zrobiły prezent: kilka ciuchów z sieciówek, torebka. „Wszystko poświęcasz dziecku, czas, żeby ktoś pomyślał o tobie”, usłyszałam. W supermarkecie kupiłam więc farbę: głęboki kasztan. Nakładałam ją jedną ręką, a drugą bujałam w foteliku dziecko. „Mama, piiić, mama lala, maaamaaa!” Biegałam po domu w tę i z powrotem, aż padłam na łóżko zmęczona. Zasnęłyśmy w ubraniach, zapomniałam o włosach. Obudziłam się z brunatnymi plamami na pościeli, brwiach i na twarzy. „Pomóż mi to zmyć!”, waliłam do drzwi sąsiadki.

Mężczyźni? Był Krzysztof, dwadzieścia lat starszy, doktor inżynierii, z którym poznała mnie koleżanka. „To dobry człowiek”, mówiła, ale nie uprzedziła, że wyglądał jak ziemniak nabity na dwie zapałki. Gruby tułów, chude nóżki, niski. Najgorsze, że wciąż gadał o swojej pracy, a gdy już nie miał nic do powiedzenia, zaczynał gwizdać. Spotykałam się z nim przez kilka miesięcy. Czemu? Chodziło o gesty. Wciąż powtarzał: „Usiądź wygodnie, a ja się wszystkim zajmę”. Wsiadałam do auta, a on składał wózek i chował go do bagażnika.

Robił zakupy w delikatesach i już w przedpokoju krzyczał: „Dziś zrobię spaghetti z mulami!”. Kupował Alinie zabawki, na które nie miałam pieniędzy, a gdy raz poszłyśmy na spacer, naprawił w domu cieknący kran, wiszący kontakt, chwiejące się krzesło i umył okna. To było dużo dla samotnej matki.

Tak bardzo żałowałam, że nie jestem w stanie zakochać się w Krzysztofie. Rozstaliśmy się w przyjaźni. Im Alina była starsza, tym żyło nam się lepiej. Pewnie, że chciałam kogoś poznać, ale nie bardzo miałam pomysł gdzie. Nie potrafię polować jak moja koleżanka z pracy, która od roku umawia się z facetami z internetu i wciąż wierzy, że uda jej się zakochać i rozkochać go w sobie. Wdzięczy się, przymila, prezentuje jak uczestniczka talent show w telewizji. Zagłosuj na mnie, bądź na „tak”, wciśnij przycisk!

Nic z tego nie wynika. Jedni chcą tylko seksu, a od innych ona nie chce niczego. Szkoda by mi było czasu. Najtrudniejszy moment mam już za sobą, teraz może być tylko lepiej.

Na moim piętrze jest sześć mieszkań – w dwóch mieszkają kobiety, które same wychowują dzieci. Czyli ze mną jest nas połowa. Którejś soboty zaprosiłam je do siebie na kolację. Starsza córka Edyty zajęła się dziećmi, a my do rana piłyśmy wino na balkonie, śmiejąc się i płacząc na zmianę. Zaczęłyśmy się przyjaźnić, bo nic tak nie łączy jak wspólna historia. Wspieramy się, podsyłamy sobie dzieciaki, jeśli jedna idzie na zakupy, wysyła sms pozostałym: „czy czegoś potrzebujecie?”. Gotujemy na zmianę. Siedem litrów zupy, trzydzieści naleśników. Myślę, że nasze dzieci są szczęśliwe, bo nad ich głowami nikt się nie kłóci. We wrześniu jedziemy pożyczonym kamperem do Francji – najpierw z dzieciakami do Disneylandu, a później na wybrzeże. „Jak jakieś lesbijki – komentuje moja matka. – Zamiast tracić czas, odblokuj się na facetów, uwierz w siebie, pewnie błąd jest po twojej stronie”, dodaje. „Jeśli kobieta wciąż nie może ułożyć sobie życia, prawdopodobnie jest z nią coś nie tak”, twierdzi mój ojciec. Czy słusznie? Nie sądzę. Mam kilka przyjaciółek neurotyczek, wariatek, za którymi ich faceci wskoczyliby w ogień. Może więc kiedyś ktoś skoczy za mną?

Grażyna, 54 lata, księgowa. Od dziesięciu lat mieszka sama, ma dwie córki. W dniu, w którym rozstałam się z mężem... świętowałam z przyjaciółkami. „Zaczyna się dla mnie nowy rozdział, życie bez wroga”, wznosiłam toasty. Nie naprawiłam małżeństwa, ale uratowałam siebie.

Żałuję, że jestem sama, gdy... mam nieprzewidziane wydatki

Ząb do wstawienia albo zepsuje mi się zmywarka. Myślę wtedy: „Grażyna, a może powinnaś sobie kogoś znaleźć? Przydałaby ci się druga pensja”.

Jestem sama, bo mam wymagania. Mogłabym o nich opowiedzieć, ale boję się, że pęknie pani ze śmiechu, gdy usłyszy o pięćdziesięcioczteroletniej księgowej z Rzeszowa, która marzy o Piersie Brosnanie. A właściwie co w tym złego, że podoba mi się przystojny sześćdziesięcioletni aktor? Nic.

Nie jestem dobra z psychologii. Gdybym była, inaczej pokierowałabym życiem. Wesele w Sorrento oglądałam ze trzy razy. Brosnan gra tam biznesmena, który zakochuje się w walczącej z rakiem kobiecie w swoim wieku. Te romantyczne sceny nad Zatoką Neapolitańską, ach, jak ja na nich płakałam!

Mam swoje lata, ale chciałabym jeszcze namiętnie całować się na włoskiej plaży. Niestety, zadbanych, wolnych sześćdziesięciolatków z klasą nie ma, a ponieważ moje dwudziestotrzyletnie małżeństwo było jednym wielkim kompromisem, na kolejne nie mam już czasu.

Dlatego jestem sama i się z tego cieszę.

Moje zdjęcie ze ślubu – proszę spojrzeć, jaka byłam piękna i młoda. To jedyna fotografia, którą zachowałam, bo tylko na niej jestem bez niego, sama. Przez pierwsze trzy lata byliśmy nawet szczęśliwi. Ale gdy urodziły się dzieci, Jarek zaczął pić coraz częściej. Nie awanturował się, po prostu wyłączył z naszego życia, a z czasem zaczął znikać na noce. Nie chciał się leczyć. Dlaczego nie odeszłam?

Wie pani, jak to jest być w nerwach dwadzieścia cztery godziny na dobę? Słyszeć w nocy, jak on wstaje, potyka się o meble, z których spada cenna porcelana, i budzi dzieci. W nerwach nie myśli się o sobie. Są ważniejsze sprawy – córki, praca, dom, dbanie o pozory. Lata mijały, a ja stawałam się terminatorem odciętym od uczuć! Wie pani, co jest najzabawniejsze?

Po przeszczepie wątroby przestał pić i wtedy mnie zostawił

Któregoś wieczoru oznajmił, że odchodzi do innej kobiety. Zaczęłam szlochać, ale nie z żalu po nim. Ten płacz to była ulga. On uwolnił mnie od siebie.

Gdy się wyprowadził, dostałam tyle energii, że mogłam góry przenosić. Zaprosiłam koleżanki i pierwszy raz od lat się upiłam, bo nie musiałam niczego pilnować, mogłam stracić kontrolę. Miesiąc później wzięłam kredyt pod zastaw mieszkania i na działce po rodzicach zaczęłam stawiać dom. 120 metrów. „Dla kogo to robisz? Córki niedługo się wyprowadzą”, mówili znajomi. „Jak to dla kogo? Dla siebie!”.

Miałam plan: grządki pomidorów, ganek porośnięty winogronami. Zatrudniłam Ukraińców, ale żeby praca szła szybciej, musiałam im pomagać. Na urlopie szpachlowałam, malowałam, wierciłam. Kiedy zepsuła się wkrętarka, wsiadłam na rower i pojechałam do marketu budowlanego. Na miejscu wzięłam jeszcze przecenione krany, sekator i kilka puszek bejcy.

Zjeżdżając z górki, straciłam równowagę i upadłam. Złamałam obie ręce, więc przez kolejne dwa miesiące mogłam się tylko przyglądać budowie i liczyć na pomoc córek, bo sama nie mogłam nic zrobić. „Taką cenę płacisz za niezależność”, żartowały koleżanki. Naprawdę nie była duża. Miałam połamane kości, ale wreszcie robiłam coś tylko dla siebie!

Córki nastolatki miały własne życie, więc wieczorem siadałam przed komputerem i szukałam warsztatów, kursów, dodatkowych zajęć. Jeździłam na wczasy z detoksem owocowo-warzywnym, na posty orkiszowe św. Hildegardy, na tańce przy bębnach. Spotykałam tam kobiety po przejściach, które robiły w życiu coś fajnego, i znów czułam swoje ciało!

Jedyny minus – popsuły się moje przyjaźnie z mężatkami. Nie dlatego, że były zazdrosne albo mężowie nie pozwalali im spotykać się ze mną. Po prostu ja nie mogłam patrzeć na moje fajne koleżanki, które podtrzymywały przy życiu coś, co nie istnieje.

Obserwowałam, jak starały się dla mężczyzn, którzy ich nie zauważali, jak za pomocą botoksu i liftingu zmieniały swoje twarze w woskowe odlewy w nadziei, że zatrzymają tym młodość i męża. „Twojemu związkowi potrzebna jest eutanazja”, mówiłam, a one się obrażały. Prowadziły życie glamour, ale za drzwiami działy się dramaty. Zupełnie jak u mnie kiedyś. Nie mogłam już na to patrzeć.

„Czterdzieści sześć lat? Dziewczyno, wyglądasz na trzydzieści kilka!”, mówili mi znajomi. I tak się czułam. Gładsza skóra, weselsze oczy, faceci się za mną oglądali. Ale ja nie chciałam nikogo. Przez co najmniej sześć lat nie myślałam o mężczyznach. I chyba nie dziwi się pani dlaczego. „Mamo, znajdź sobie kogoś. Zrób to dla nas”, zaczęły wreszcie prosić córki. Rozumiałam, o co im chodziło. Dorastały i bały się, że na stare lata będę dla nich ciężarem.

Naprawdę nie potrzebowałam nikogo, ale zaczęłam bać się samotnej przyszłości. „Teraz dobrze mi się żyje, ale kiedyś zostanę z jedną emeryturą i to raczej niską”, myślałam. Pojechałam do biura matrymonialnego dla vip-ów.

Konsultantka usiadła obok, złapała mnie za rękę i ze współczuciem wyszeptała: „Szkoda pani pieniędzy. Faceci w pani wieku szukają trzydziestolatek”. Szok, smutek? Nie. Wie pani, co poczułam? Ulgę, że już do żadnego faceta nie będę musiała się naginać. Jednak zostawiłam w biurze ankietę i zdjęcia.

Po tygodniu odezwał się emerytowany kierowca autobusów, z którym po prośbach i groźbach córek umówiłam się w cukierni. Brązowe zęby, wymięta koszula, nie chciał nic jeść, zapłacił tylko za swoją kawę.

Zadzwonił też były wojskowy. Miał męski głos, „Przyjadę po panią”, zaproponował. Czekał na mnie pod blokiem z kwiatami. Jednak gdy wsiadłam do jego starego passata, poczułam zapach gazu. „To chyba wina instalacji, pojadę wkrótce na przegląd”, powiedział. Ale ja bałam się jechać samochodem, który mógł eksplodować. Wysiadłam. „Zmarnowałaś mój czas!”, krzyknął za mną. „I gaz”, dorzuciłam. Tak naprawdę on w ogóle mi się nie podobał. Bo z Pierce’em Brosnanem tobym mogła wylecieć w powietrze.

I to tyle, jeśli chodzi o przygody z facetami. Dziś mam 54 lata i już nie wyglądam na trzydzieści kilka, to jasne. Nawet nikt od lat nie dał mi czterdziestu paru, a to smutne. Zwłaszcza teraz, gdy myślę, że jeszcze chciałabym przeżyć romans. Ale gdy patrzę w lustro, wydaje mi się, że jestem gruba, i wstydziłabym się rozebrać przy zapalonym świetle. Po plaży chodzę w pareo, które sięga do kolan, nurkuję wyłącznie w kombinezonie z pianki. I choć koleżanki mówią, że wyglądam dobrze, bo wciskam się w rurki z Zary w rozmiarze 40, ja wiem, że wejdę w nie, jeśli będą mieć elastan.

Ale cóż, na romansach życie się nie kończy. Jeszcze coś pani pokażę, zdjęcia mojego domu. O, to są grządki pomidorów, a tu, na ganku porośniętym winogronami, stoi metalowa wanna. Latem wlewam do niej ciepłą wodę, zapachowe olejki, kąpię się, czytam książki i czuję się jak w spa.

Mieszkam sama, radzę sobie. Sprzedałam mieszkanie, córkom kupiłam kawalerkę, za resztę spłaciłam większą część kredytu na dom. Zamężne koleżanki odwiedzają mnie w domu, który sama wybudowałam, siadają na huśtawce w pięknym ogrodzie, który zaprojektowałam, i mówią: „Nie martw się, w życiu zaczyna dziać się najlepsze, gdy myślisz, że już po wszystkim”. Odpowiadam: „Moje życie skończyło się, gdy wyszłam za mąż. A najlepsze dzieje się teraz”.

Anna, 43 lata, dyrektor w spółce giełdowej. Nie ma dzieci, od dwunastu lat jest sama. Miewa romanse. Ideał... ktoś, kto osiągnął więcej niż ja. Więcej widział, zdobył. Trudno mi spotkać takiego faceta, bo niełatwo mnie przeskoczyć. Zwiedziłam pół świata, znam trzy języki, ćwiczę taekwondo, gram w golfa. No i zarabiam lepiej niż większość mężczyzn. Doprowadza mnie do szału... Rodzina traktuje mnie jak kobietę, która nie wyrobiła normy, zawiodła.

Mama wstydzi się, że nie mam męża, a kuzynka podejrzewa, że jestem czyjąś utrzymanką

„Ma wielkie mieszkanie, dobry samochód i nie ma męża, to niby skąd wzięła na to pieniądze?”, tak o mnie mówi. Ale najbardziej zdziwiłam się, gdy przeczytałam najnowszą część przygód Bridget Jones. Pięćdziesięcioletnia wdowa po Darcym wciąż desperacko ugania się za facetami. Nie dojrzała tak jak jej rówieśniczki. Smutne. Na szczęście ja takich kobiet nie znam.

Miała na imię Laura, chodziłyśmy razem do podstawówki, była królową klasy. Z dziewczynką, której ojciec przywoził zabawki ze Stanów, każdy chciał się przyjaźnić. Ja też. Ale mną gardziła. Nosiłam stary zielony plecak po bracie, a gdy rozwalił mi się piórnik, wkładałam kredki do puszki po kakao. Pamiętam przerwę, na której „królowa” wręczała zaproszenia na swoje dziewiąte urodziny. Byłam jedną z dwóch dziewczynek, które go nie dostały. Pół lekcji ocierałam łzy w swój szary, brzydki sweterek, ale już pod koniec dnia rozpacz zastąpiła złość. Przysięgłam sobie, że kiedyś Laura mnie popamięta. Zobaczy w sportowym samochodzie i opadnie jej szczęka. Ani matka, ani ojciec nie zaszczepili we mnie takiej ambicji jak tamta dziewięciolatka. Ze średniaka stałam się najlepszą uczennicą.

Prymusem byłam też w liceum, na studiach, na zagranicznych stypendiach, a potem w korporacjach, dla których pracowałam. Gdy skończyłam 27 lat, awansowałam w dziale finansowym międzynarodowego koncernu. Wyjazdy, drogie wina, własne mieszkanie – zaczęło się dla mnie lepsze życie. Miłość? Na facetów byłam zamknięta. Nie miałam dobrych wzorców. Babcia nienawidziła dziadka, ojciec gardził matką, moją siostrę narzeczony zdradził kilka dni przed ślubem. I mnie ktoś złamał serce.

Szczęścia szukałam poza związkami. Kontrakt w Berlinie, Londynie, Monachium, kilka lat spędziłam za granicą. „Pieniądze szczęścia nie dają. Znajdź sobie kogoś, bo kiedyś pożałujesz, że jesteś sama”, mówiły koleżanki, które wychodziły za mąż. Nawet im zazdrościłam, bo wydawały się szczęśliwie zakochane, a ja tego stanu nie znałam. Ale kiedy spotykałam je kilka lat później, zaczynałam myśleć: „Chyba lepiej, że jestem sama”. Moje szalone, pełne energii koleżanki wyglądały tak, jak gdyby ktoś spuścił z nich powietrze. Jakby rodzina powoli wyciągała z nich życie strzykawkami.

Pamiętam Kaśkę, która wpadła do mnie z dwuletnimi bliźniakami. Dwaj grubi chłopcy wieszali się na szyi matki, jeździli samochodzikami po jej głowie, rozgniatali sobie maliny na twarzach, a potem dotykali jej bluzki. Kaśka nie reagowała, siedziała nieruchomo jak Budda i tylko mówiła: „No, opowiadaj dalej, jak było w Londynie, a ten Berlin? Boże, ty tam mieszkałaś, a ja nie zdążyłam cię odwiedzić”.

Pamiętam też telefon Patrycji w środku nocy, która zaczęła mówić o mężu: „W weekendy jeździł na zakupy do Reala. Dziwiłam się, czemu tak daleko, bo obok mieliśmy Piotra i Pawła. No i odkryłam, że obok hipermarketu mieszkała jego kochanka. Jestem w rozsypce, ale nie odejdę. Mamy malutkie dzieci”. Dramat gonił dramat. Dlatego cieszyłam się, że nie miałam takich zmartwień, że mogłam zadzwonić do przyjaciółki z Berlina i powiedzieć: „Zaszalejmy w ten weekend w Pradze”. Jechałyśmy do naszego ulubionego hotelu, który na dachu ma jacuzzi. Kąpałyśmy się, piłyśmy wino i zachwycałyśmy się widokiem na Hradczany.

Faceci nie byli nam potrzebni. Ale zdarzało się, że o kimś myślałam, z kimś się spotykałam. Z dziennikarzem niemieckiej telewizji, didżejem z Austrii, biznesmenem z Krakowa, fotografem z Poznania. Poznawałam ich na bankietach, u znajomych, na służbowych spotkaniach. Mieli wspólną cechę: każdy robił coś wyjątkowego i żaden nie chciał się wiązać, co mi odpowiadało. Zakochiwałam się, dobrze bawiłam, przez żadnego nie płakałam, a życie poświęcałam pracy, dodatkowym studiom, sobie. Kupiłam skuter i jeździłam nim po mieście. Zabierałam siostrę na festiwal Burning Man na pustyni w Newadzie. Nurkowałam w cenotach, naturalnych wapiennych studniach na Jukatanie.

Nie byłam egoistką: wyremontowałam dom rodziców, siostrzenicy opłacałam studia. Gdy ktoś pytał, jak mi się udało zajść tak wysoko, odpowiadałam: „Bo walczyłam tylko na jednym ringu. Zawodowym. Kobiety mają ich za dużo: dzieci, mąż, dom, praca. A wtedy trudno zwyciężać”. Przez lata żyłam w męskim świecie. Podtrzymywałam relacje zawodowe, jeżdżąc na turnieje golfowe, pijąc whisky, której nie znosiłam, paląc śmierdzące cygara. Byłam zdecydowana, konkretna, gotowa rzucić wszystko i wylecieć do kontrahenta na drugi koniec świata. W moim mieszkaniu stała spakowana walizka z kosmetykami, marynarkami, sukienkami. Wpadałam, łapałam ją i jechałam na lotnisko. Żyłam tak, jak żyją faceci na wysokich stanowiskach. Z tą drobną różnicą, że za moimi kolegami stały żony, które dbały o dom, o nich, wychowywały dzieci.

Za mną nie było nikogo, a przynajmniej nikogo, kto robiłby coś dla mnie za darmo. Sprzątała gosposia, jadłam w knajpach, zakupy przywoził sklep internetowy, a o badaniach przypominała aplikacja w iPhonie. Mogłam liczyć na dwie przyjaciółki, które były zajęte prawie tak jak ja.

Rodzice? Siostra? Nie przejmowali się mną, mówili: „Och, ona ma beztroskie życie, jest bogata”. O moim awansie na dyrektorskie stanowisko w spółce giełdowej pisały branżowe portale. Poczułam, że zawodowo osiągnęłam już prawie wszystko.

Zaczęłam rozdawać karty, nie musiałam sobie już niczego udowadniać. I właśnie wtedy zapragnęłam zostać matką. „Jeśli nie teraz, to nigdy”, myślałam.

Wyobrażałam sobie nawet, że przy mojej firmie stworzę przedszkole i żłobek, żeby ułatwić życie pracującym matkom. Faceci? Gdy masz pieniądze i władzę, mniej się boisz, że ktoś cię skrzywdzi, upokorzy i wszystkiego pozbawi. Wiesz, że w razie czego łatwiej będzie ci się podnieść. Ale kiedy zaczęłam być gotowa na związek, mężczyźni przestali być gotowi na mnie.

Wysoka pozycja w pracy to, niestety, gorsza w miłości. Po awansie stałam się przezroczysta. Skończyły się telefony, sms-y, zaproszenia na kolację, byłam jak aktorka, która chwilę temu występowała na scenie, ale niespodziewanie ktoś wyłączył jej światło. „Czuję się przy tobie gorzej”, powiedział kolega. „Wyrosłaś na konkurencję”, dodał inny.

Adorowali mnie tylko młodzi chłopcy z firmy, którzy myśleli, że to pomoże im zrobić karierę. „A weź sobie takiego: młodego, ładnego, głupszego – doradzała przyjaciółka z Berlina. – Bądź jak facet, oni tak robią”.

Umówiłam się na randkę z 28-latkiem. Przesiadywał na Facebooku, nie oglądał filmów, nie czytał książek, opowiadał gówniarskie żarty, których nie rozumiałam. Miałam śmiać się z grzeczności? Nie jestem kukłą! W tym wieku, z moją pozycją zasługuję na więcej.

Kilka dni przed czterdziestymi drugimi urodzinami znalazłam na Facebooku Laurę z mojej podstawówki. Zaczepiłam ją na czacie. Napisała, że robi „menikir”, ma dwoje dzieci i trzeciego męża. Zapytała, co u mnie. Wyjaśniłam w czterech zdaniach. Nie odpisywała, odezwała się wieczorem: „Serio tylko praca? A widziałaś taki film Raj: miłość. O babkach po pięćdziesiątce, których nikt nie chce, więc jeżdżą do Kenii na seks z czarnymi chłopakami. Ogarnij się, bo to cię czeka. Kiss”.

Podeszłam do okna swojego biura, skąd mam widok na miasto, i zaczęłam się śmiać. Słowa Laury nie motywują jak kiedyś. Niedawno zadzwoniła do mnie młodsza siostrzenica, która dostała się na studia w Warszawie. „Ciociu, będę mogła u ciebie jakiś czas pomieszkać? – Mam duże mieszkanie, zostań pięć lat!” – zaproponowałam. Przyjeżdża w październiku, więc będę miała rodzinę. I tym wszystkim, co mam i wiem, wreszcie z kimś się podzielę.

Natalia Kuc

Model mama plus dziecko nikogo nie dziwi. Co więcej, takie kobiety są świetnie zorganizowane i w pracy, i w domu. Nie marnują czasu, nie pozwalają sobie na słabsze dni. Wielozadaniowość czasem je męczy, ale satysfakcja, że dają radę w pojedynkę, jest duża.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Jeśli twój wnuk jest niejadkiem, warto wypróbować proste lecz skuteczne sposoby. Dzięki nim maluch nie będzie dłużej kręcił nosem nad talerzem. więcej