Syn związał się ze starszą kobietą. Jak sobie z tym poradzić

Matka zawsze przeżywa, gdy syn odchodzi do kobiety, którą kocha. Bywa jeszcze trudniej, kiedy „tamta” jest dużo starsza. Bo przecież ona może nim rządzić, manipulować, odciąć od rodziny albo nie chcieć mieć dzieci. No i ta jej przeszłość, wiadomo jaka? Barbara i Anna znalazły się w takiej sytuacji. Ich synowie stracili głowy dla dojrzałych kobiet. Jak tu do takiej powiedzieć „córko”? I w ogóle jak z tym żyć?

Tekst: Natalia Kuc

Nie pozwolę ci manipulować

Reklama

Barbara, szefowa w firmie szkoleniowej: Kobieta, która zabrała mi syna, to Alicja. Jej imię z trudem przechodzi mi przez gardło, więc będę mówić „ona”. Sprawiła, że gdy zatęsknię za Kamilem, musi mi wystarczyć album ze zdjęciami. Nawet mam pod ręką jeden, pokażę pani. Proszę, to on. Przystojny, prawda? I pomyśleć, że mógł mieć każdą. To zdjęcie zrobiłam mu w kwietniu 2011.

Obronił dyplom z wyróżnieniem, za pół roku miał zacząć staż w Komisji Europejskiej. Byłam taka dumna! Ale zmarnował szansę, zawiódł wszystkich, mnie, męża, promotora, nie wyjechał do Brukseli. Dlaczego? Powinna pani raczej zapytać „przez kogo”. Przez nią. Trzynaście lat starszą brunetkę o ordynarnych rysach twarzy, dla której stracił rozum.

Niestety, nie mam jej zdjęcia, jedyne podarłam dwa lata temu. Dokładnie wtedy, kiedy Kamil wykrzyczał do mnie: „Zatruwasz nam życie! Nie chcę cię znać!”. Od tego czasu nie odzywa się ani do mnie, ani do ojca. Boże! I pomyśleć, że to ja poznałam go z tamtą kobietą.

Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Przyjęłam ją do pracy na stanowisko doradcy zawodowego. Była koleżanką koleżanki. Nie miała imponującego CV, nie zrobiła na mnie wrażenia, ale jej współczułam. Od znajomej wiedziałam, że mąż zostawił ją z sześcioletnią córką i wyniósł z mieszkania prawie wszystko, łącznie z półkami na książki.

„Ma pani tę pracę!”, zawołałam z litości, gdy po rozmowie szykowała się do wyjścia. Była wdzięczna. Przez kolejne miesiące starała się, przychodziła do biura punktualnie, uśmiechnięta, serdeczna, zaczęłyśmy gadać jak koleżanki. Opowiadała o nieudanym małżeństwie, córce chorej na astmę, słuchałam, doradzałam i jak to ja, współczułam. „Zasługujesz na dobry związek. Zobaczysz, wkrótce poznasz porządnego faceta”, powiedziałam któregoś razu. No i ten dzień nadszedł kilka tygodni później. Dlaczego? Bo zaprosiłam ją do domu na kolację!

Tego wieczoru wyglądała lepiej niż w pracy, atrakcyjniej, aż zażartowałam do męża: „Tylko się nie zakochaj, jest ode mnie młodsza i sporo szczuplejsza”. Po winie zrobiła się swobodna, kokieteryjna, więc choć miał ją odwieźć Waldek, stwierdziłam, że będzie lepiej, gdy poproszę o to syna. „Mamo! Pojutrze mam egzamin!”, buntował się Kamil, ale ja nalegałam: „Ona mieszka na drugim końcu miasta i nie stać jej na taksówkę, a tobie przerwa dobrze zrobi”.

Wstawał nadąsany, więc pouczałam: „Nie zachowuj się jak buc, bądź dla pani Ali miły!”. Pojechali. Kamil wrócił po trzech godzinach, wiem, bo zapomniał kluczy. „Po drodze wpadłem do kumpla”, powiedział. Jasne, że mu uwierzyłam. Wie pani, mój syn nie sprawiał problemów. Miał dziewczyny, jednak nigdy to nie było nic poważnego. Imprezował, jak to młody, ale nie zaniedbywał nauki. Najlepszy uczeń, student, ambitny, wszystko do czasu.

Nawet zazdrościłam...

Zaczął o nią wypytywać, wychodzić wieczorami. A ona? Inaczej się ubierała. Szare kostiumy zamieniła na obcisłe dżinsy. Wełniany płaszcz na ramoneskę. Zaczęła malować paznokcie na czerwono, a czasem na pomarańczowo. – „Ala, ty kogoś masz. I to młodszego!”, wypaliłam na zebraniu. Zaśmiała się. „Nie chcesz, to nie mów, ale wszystkie ci zazdrościmy”.

Tak, ja to powiedziałam. Byłam zawiedziona, że nie chce powiedzieć, z kim się spotyka. „Boi się zapeszyć”, tłumaczyłam sobie i trzymałam za nią kciuki. Długo niczego nie podejrzewałam. Jeżeli syn znikał na noce i mówił: „jadę do dziewczyny”, rozumiałam i nie nalegałam, żeby nam ją przedstawił. Gdy wieczorem wracał z kina i zaśmiewał się z dialogów Allena, a ona na drugi dzień w pracy mówiła to samo, nie sądziłam, że to podejrzane.

Kiedy opowiadała, że weekend spędzi na Mazurach, a ja wiedziałam, że Kamil też tam jedzie, pomyślałam: „jaki zbieg okoliczności”. Co tu było podejrzewać?! Kamil miał 24 lata, a ona 37! Przepraszam, muszę zapalić, zróbmy sobie krótką przerwę... No dobrze, o wszystkim powiedział mi syn. Przy kolacji. Darujmy sobie szczegóły, to zbyt bolesne. Mówił, że jest zakochany w Alicji, a jej córka za nim przepada. Ciśnienie mi skoczyło, musiałam wyjść na balkon.

Kamil kontynuował: „Dziewczyny w moim wieku to idiotki”. Za to ona? Słuchałam, jaka jest ciepła, dobra i kobieca. Świetnie gotuje, imponuje mu wiedzą i dzięki niej odkrył Serge’a Gainsbourga oraz Maanam. „Podszkoli się seksualnie i się odkocha”, powiedział mąż, a ja dostawałam ciarek na myśl, że ona go dotyka. Analizowałam, co mi mówiła o swoim małżeństwie, i już nie widziałam w niej ofiary byłego męża, tylko pijawkę, której on miał dosyć. Żałosna intrygantka. Chciała wziąć sobie młodszego mężczyznę, którym będzie mogła manipulować. Wreszcie w związku być górą. Życzyłam jej wszystkiego dobrego, ale nie z moim dzieckiem!

Całą noc nie spałam. Obmyślałam scenariusz rozmowy z nią. No i wierzyłam, że gówniarzowi przejdzie. Zaprzeczała, że to była jej inicjatywa. „Uczuć nie można kontrolować, Barbaro. Nie traktuj go jak dziecka! Kamil to mężczyzna w każdym calu”. Bezczelna. Przypomniałam jej, ile ma lat i że biologia niesprawiedliwie obchodzi się z kobietami. „Z roku na rok będziesz wyglądać coraz gorzej. Naprawdę wierzysz, że wam się uda?”. Milczała. Chciałam ją powstrzymać. Dokładałam jej zadań w pracy, zwoływałam zebrania na 19, żeby tylko się nie spotkali. Szlag mnie trafiał, gdy słyszałam, jak ćwierkała przez telefon: „Naprawdę poczekasz na mnie? Zrobisz kolację?”.

Nie zamierzała się wycofać. Gdyby jeszcze Kamil nie zaniedbywał przez nią obowiązków – lekcji francuskiego, nauki. Gdyby wciąż na piątki zdawał egzaminy. Gdyby pieniędzy, które dostawał od nas, nie wydawał na nią. Kiedy w jego plecaku znalazłam zestaw kucyków Pony i damskie perfumy Yves Saint Laurent za prawie 300 złotych, wybuchłam: „Czy ty w ogóle myślisz?! Za rok się odkochasz i skrzywdzisz nie tylko Alicję, ale też i jej dziecko!”.

To wtedy powiedział nam o propozycji stażu w Brukseli, którą dostał. Odetchnęłam. Aż krzyknęłam z radości! Wiedziałam, że ten związek nie przetrwa. Od tego czasu obserwowałam ją w firmie, jak siedziała przy biurku przygaszona. Z radości zaprosiłam ich nawet do nas na Wielkanoc. Wpadli wieczorem, a ja byłam miła!

Do chwili, aż Kamil wyciągnął gitarę ojca: „Ala, zagrajmy coś z naszych ulubionych piosenek”. Usiadł na podłodze, ona koło niego i zaczęła śpiewać po angielsku, takim niby-szeptem. „Zostałaś Jane Birkin!”, parsknęłam śmiechem, ale moja teściowa, którą też zaprosiliśmy, popsuła mi humor: „Ta kobieta uparła się na Kamila, jej determinacja jest niebezpieczna”.

Rujnujesz mu przyszłość

Kilka miesięcy później syn ogłosił: „Zostaję w Warszawie, tu będę szukał sobie pracy”. Wściekłam się. – „Zwolnię ją jeszcze dzisiaj – mówiłam, ale Waldek powstrzymywał: – Wtedy on weźmie jakąkolwiek pracę, żeby pomóc. Trudności ich wzmocnią”. Nie słuchałam, dałam jej wypowiedzenie i popełniłam błąd. Tego samego wieczoru Kamil wyprowadził się z domu, niedługo potem zatrudnił się jako kelner. A ja zaczęłam wariować.

Wysyłałam jej sms-y: „ty k..., rujnujesz jego przyszłość”. Ona pokazywała je Kamilowi, a syn mi groził: „Przestań albo więcej mnie nie zobaczysz”. Koleżanka zapytała: „Czemu tak ci przeszkadza ta różnica wieku? A Demi Moore i Ashton Kutcher? Tak podobał ci się ich związek. – Bo nie pomyślałam, co czuje jego matka! Zresztą, co mogła czuć. Syn związał się z gwiazdą, dzięki niej jego kariera nabrała tempa. A co ma zyskać Kamil? Pasożyta, który będzie wysysał z niego młodzieńczą energię, który będzie chciał go usidlić, bo jest już w tym wieku, że musi mieć kogoś na stałe”.

To tak jak z tolerancją wobec gejów. „A niech sobie żyją w spokoju”, myślisz, dopóki ta sprawa nie dotyczy twojego dziecka. Błagałam córkę koleżanki, w której Kamil podkochiwał się w liceum, żeby się z nim umówiła. „Zaczepiłam go na Facebooku, ale napisał mi, że ma dziewczynę”, powiedziała. Dziewczynę! Rozważałam dwie strategie: pomóc mu finansowo, żeby nie musiał kelnerować i poszukał lepszej pracy. Opcja druga: nie dać mu grosza, żeby zaczęli kłócić się o pieniądze.

Wybrałam rozwiązanie numer dwa. „Mamo, mówiłaś kiedyś, że masz odłożone dla mnie 20 tysięcy – powiedział któregoś dnia Kamil. – Dałabym ci je, syneczku, gdyby nie ta larwa...”. To wtedy powiedział, że nie chce mnie znać. Był maj 2012. Od tego czasu widziałam go raz: przed hipermarketem. Na mój widok uciekł do samochodu. Zmiękłam. Próbowałam się pojednać. Wiedziałam, że jej matka nie lubi Kamila, więc chciałam być tą lepszą. Z okazji urodzin wysłałam mu na konto trzy tysiące. Nawet nie zadzwonił. Odwiedził babcię w szpitalu, ale wcześniej się upewnił, że mnie tam nie będzie. Gdy chciałam się dowiedzieć, co u syna, dzwoniłam do jego przyjaciela.

Na początku był zdawkowy, ale od zeszłego roku mówi więcej. „Wie pani, ta cała Alicja działa mi na nerwy – opowiada, a ja się ożywiam. – Jest zazdrosna, nie pozwala mu wychodzić z kumplami, zarzuca, że jest nieodpowiedzialny. Kamil robi bokami: dostał pracę w ministerstwie, dorabia nocami w knajpie. – Nie zbuntuje się? – pytam. – Słucha się jej, jest głupio zakochany”. No cóż... Pozostaje czekać.

W końcu moje dziecko przejrzy na oczy, znudzą go płyty Gainsbourga, zmęczą pretensje, zakocha się w innej. Bo gdy parę dopada kryzys, pomaga rodzina, przyjaciele, którzy mówią: „daj spokój, odpuść, pogadajcie”. Oni tego nie usłyszą. Nikt nie kibicuje temu związkowi. Są sami. Wciąż wierzę, że odzyskam syna, a on spotka dziewczynę w swoim wieku, która nie będzie ciągnąć go w dół. I wygram tę wojnę z Alicją.

I tak postawię na swoim

Anna, księgowa: Przepraszam za spóźnienie, ale godzinę latałam po mieście w poszukiwaniu śmietany ryżowej. Potrzebna jest do wegańskiego gulaszu. Od kiedy synowa została weganką, na to samo namówiła mojego syna. Zgodził się, pewnie. W końcu to zakochany trzydziestolatek, młodszy od niej o dziesięć lat, więc intelektualnie podporządkowany – na wszystko się godzi.

Miesiąc temu przyszedł do mnie: „Mamo, włosy wypadają mi garściami”. Wysłałam go na badania i wyszło: za mało żelaza i witaminy B12. „Zacznij jeść mięso, nabiał”, prosiłam. Wtedy zadzwoniła ona: „Proszę nie ingerować w dietę Michała. I nie opowiadać mu bzdur, że mięso jest zdrowe”. Kupiła mu B12 w kapsułkach i sproszkowane algi. Co mam mówić? W końcu od roku jest jego żoną. A ja nie chcę już otwartej walki, którą prowadziłyśmy kiedyś.

Przedstawił nam ją na weselu mojej chrześnicy. Ładna, świetnie ubrana, córki siostry mówiły, że miała torebkę z logo znanego projektanta. Wyglądała na starszą od Michała, ale najwyżej o pięć lat. Dlatego zmartwiłam się, gdy syn wyznał, że jego dziewczyna za pół roku kończy czterdziestkę. Zrozumiałam, że jeśli to coś poważnego, nie dadzą mi wnuków.

Był nią zafascynowany: „Dorota jest dyrektorem marketingu, do wszystkiego doszła sama”, opowiadał. „Świetnie zna francuski, bo trzy lata mieszkała w Paryżu”. „Sześćdziesięciometrowe mieszkanie urządziła tak, że wygląda na dwa razy większe”. Słuchałam i powątpiewałam: ładna, fajna, mądra, tylko czemu nie była mężatką? Podróżowali. Tajlandia, Meksyk, Wyspy Kanaryjskie albo karaibskie, nie pamiętam. „Michał, skąd ty masz na to pieniądze? – dziwiliśmy się z mężem. – Przecież w banku zarabiasz cztery tysiące”.

Twierdził, że polują na najtańsze bilety i śpią w hostelach. Dorota jakoś nie wyglądała na kobietę, która toleruje niewygody. Dlatego zaczęłam bać się najgorszego, że ona go utrzymuje w zamian za seks. O takich przypadkach było wtedy głośno – do kin wchodził Sponsoring. „O co ty mnie podejrzewasz?! Jak możesz?!”, krzyczał syn, aż wreszcie przyniósł mi umowę z bankiem. Żeby zaimponować Dorocie, wziął kredyt na 50 tysięcy. Przeraziłam się, ale z drugiej strony mi ulżyło. Zaproponowałam: „Jakoś z ojcem pomożemy ci to spłacić”. Dorota była dla mnie uprzejma, choć trzymała dystans. Moje gotowanie uważała za przaśne.

Gdy jeszcze jadła mięso, zrazów nigdy nie tknęła, a w mielonych dłubała widelcem. Nie smakowały. Była pewna siebie, wiedziała, czego chce, i swoje zdanie narzucała Michałowi. Gdy mówił coś nie po jej myśli, używała argumentów: „Przemawia przez ciebie młodzieńczy idealizm. Pogadamy, jak dojrzejesz”. Jak mogła traktować go tak z góry? Któregoś razu oznajmili, że nie wpuszczają do domu księdza po kolędzie. – „Wychowałam cię na katolika – powiedziałam synowi. – Dorota ma jazdę na Kościół – odpowiedział. – A ty nie masz własnego zdania?” – drążyłam. Chyba nie miał. Ustępował, bo była starsza, doświadczona, więcej zarabiała. Imponowało mu, że mieszka w jej mieszkaniu na Powiślu. Obiad u nich.

Michał podawał do stołu, zbierał naczynia, ona siedziała i piła wino. – „Dorota, ty odpoczywaj, do późna wczoraj pracowałaś”, mówił mój syn. „Niedługo zacznie nosić ją w lektyce”, szepnęłam mężowi. Zagotowałam się godzinę później, gdy mianował ją rodzinnym autorytetem! „Dorota, wytłumacz mamie, o co chodzi z antybiotykami podawanymi zwierzętom, dlaczego mięso jest szkodliwe”. „Wyjaśnij rodzicom, czemu to ważne, żebyśmy weszli do strefy euro. Wiesz, że oni się tego boją?”.

– „Gówniara pouczała mnie na jego prośbę. Jest ode mnie szesnaście lat młodsza! – krzyczałam do Mariana w samochodzie. – Zachowujesz się jak ona względem Miśka. Myślisz, że skoro jesteś starsza, wiesz lepiej, ale prawda jest taka, że nie miałaś zbyt wielu argumentów” – odpowiedział. Byłam wściekła, ale oliwy do ognia dolała koleżanka z pracy: „Anka, moim zdaniem Michał szuka w Dorocie matki. Czegoś, czego nie dostał do ciebie”.

Jak mogła tak powiedzieć? Co niby zrobiłam źle? Starałam się, jak mogłam, pracowałam, sprzątałam, gotowałam, wychowałam jego, a potem młodszą córkę. Może i bywałam sfrustrowana, oschła, ale kto się mną przejmował? Na pewno nie mąż, dla którego najważniejsza była praca i gra w brydża. Pragnęłam szczęścia swojego syna, ale od tamtej pory cieszyłam się, ilekroć się pokłócili. Miałam nadzieję, że ten związek się rozpadnie. Niestety, było inaczej.

„Mamo, tato, Dorota jest w ciąży”, Michał mówi rozemocjonowany. Przestraszyłam się. Matka mojego wnuka niedługo miała skończyć 41 lat, więc się zmartwiłam, czy dziecko urodzi się zdrowe. Ale zaraz przyszło wzruszenie: zostanę babcią. Odłożyłam broń, wiedziałam, że muszę ich wspierać.

Mamo, nie bądź toksyczna

Na początku czułam radość. Pierwsze usg., pomyślne wyniki badań, aż w końcu informacja: to dziewczynka! Michał chodził dumny, my z mężem również. Dzięki znajomościom Doroty syn dostał lepiej płatną pracę, a ona była dla mnie milsza. Do czasu, kiedy zaczęłam dopytywać o ślub.

– „Może go weźmiemy po urodzeniu dziecka, a może nigdy. To nie ma dla mnie znaczenia – odpowiedziała Dorota. – A dla Michała?”, zapytałam. Milczała. Bo syn chciał się oświadczyć. „Nie musimy brać ślubu, ale pierścionek muszę jej dać”, mówił. Nie miał kasy, więc dałam mu ten, który należał do mojej matki. Złoty z rubinem i brylantami. – „Dorotko, nie wzięłaś pierścionka – zauważyłam, gdy odwiedzili nas niedługo po zaręczynach. – Wzięłam – odparła i pokazała inny.

– Tamten wydał nam się staromodny, więc sprzedaliśmy go i kupiliśmy skromniejszy – tłumaczył mój syn. – Pozbyliście się jedynej pamiątki po mojej mamie?!”. Zamknęłam się w pokoju i zaczęłam płakać. Jak mogła mnie tak upokorzyć? „Przepraszam, że tego z tobą nie skonsultowałem – mówił syn. – Ale jeśli chcesz, żebyśmy się dogadali, musisz przestać być toksyczna”. Ja toksyczna? Wiedziałam, że cytował jej słowa. Gdyby mój syn związał się z rówieśniczką, na pewno bardziej by mnie szanowała. Tak jak chłopak mojej córki, dwudziestoczterolatek, który jest dla mnie miły, uczynny, czasem nawet się poradzi. Nie zarabia kokosów, więc cieszy się z każdego drobiazgu, który im kupujemy.

U Michała jest odwrotnie. Gdy zaoferowałam, że kupię dla wnuczki wózek, od Doroty usłyszałam: „Nie trzeba. Przecież stać nas na to”. Zaczęłam rozumieć jej strategię. Uważała, że pieniędzmi kupuje się do kogoś prawa. Że jeśli pozwoli mi dawać prezenty, poczuję się pewniej, a syn zacznie się ze mną liczyć. Dlatego postanowiłam, że dam im ten wózek! Wydałam trzy tysiące, żeby miał wszystko! Skórzaną rączkę i hipoalergiczny materacyk! – „Przecież mówiłam, że nie trzeba” – żachnęła się Dorota. – Najwyżej sprzedacie tak jak pierścionek – powiedziałam, ale Michał postanowił: wózek zostaje.

– Jesteśmy ci bardzo wdzięczni, mamo”. Ona się tylko uśmiechała. Prosiłam, żeby dla dobra dziecka zaczęła jeść mięso. Fukała. Któregoś razu zasugerowała, że powinnam pomyśleć o psychoterapii, żeby „pozbyć się potrzeby kontroli wszystkiego i wszystkich”. Miała czelność mi doradzać, rozmawiać jak równa z równym, twierdzić, że wie najlepiej, co dla mojej rodziny dobre!

– „Zmuś ją do jedzenia mięsa! Tu chodzi o twoje dziecko! – krzyczałam na syna. – Dorota jest pod kontrolą lekarki weganki i niedobory uzupełnia koktajlami z pietruszki” – mówił. Co mogłam zrobić? Nic. Na szczęście Lenka urodziła się zdrowa. Dzięki niej na jakiś czas zapomnieliśmy o niesnaskach. Gdy patrzyłam, jak na sali szpitalnej Dorota czule się nią zajmuje, jak tulą się ze sobą z Michałem, wszystkie grzechy jej odpuściłam, dotarło do mnie, że są rodziną. Ale ja miałam trzymać się z boku.

Po pięciu miesiącach Dorota miała wrócić do pracy, szukali opiekunki. Zaproponowałam, że zajmę się wnuczką, bo swoją pracę i tak wykonuję w domu. Nie chciała. „Ojej, dziecko to duże obciążenie dla starszej osoby”, mówiła. Od Michała dowiedziałam się, o co chodzi: „Niania będzie robiła to, co my jej powiemy, a ty zaczniesz wychowywać Lenę po swojemu i konflikt gotowy”. Bali się, że zacznę karmić dziecko mięsem, dawać mu słodycze, za ciepło ubierać i jak ona się wyraziła: „wdrażać komunistyczne wychowanie”. A co to niby miało znaczyć?! Woleli obcą osobę ode mnie...

Cios. Musiałam się z tym pogodzić. Dorota ma duży wpływ na mojego syna, a ja nie chcę stracić kontaktu z nim i z dzieckiem, więc udaję, że się na wszystko godzę. Wnuczkę odwiedzam co weekend i dwa razy w tygodniu, gdy ich nie ma. Mówię opiekunce: „idź, załatw swoje sprawy”. A wtedy wyjmuję słoiczki z przecierami z warzyw i... indyka. Lenka się zajada.

Mogę grać potulną, przytakiwać Dorotce, pozwalać, by syn był dla niej podnóżkiem, bo to jego wybór, jest dorosły. Gdy wnuczka podrośnie, popracuję nad tym, żeby była asertywna względem matki. Nie tak jak jej ojciec.

Natalia Kuc

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Zakochałam się w koledze z pracy. Nie zamierzam rozbijać jego rodziny, ale on twierdzi, że nigdy nie był szczęśliwy w małżeństwie. Zapewnia, że od dawna nic go z żoną nie łączy i kocha tylko mnie.... więcej