Swatki 2015. Jak i gdzie znaleźć miłość?

Agencje matrymonialne dla bogatych, wegetarian czy katolików, aplikacje na tablety i programy telewizyjne. W czasach gdy chorujemy na samotność, swatki mają pełne ręce roboty.

Zdjęcie

W branży matrymonialnej mówi się, że przyszłość wygląda różowo. /123/RF PICSEL
W branży matrymonialnej mówi się, że przyszłość wygląda różowo.
/123/RF PICSEL

Agata ma 45 lat i taką historię: szkoła, studium nauczycielskie, ślub z księciem na motorze w wieku 23 lat, a potem dwoje udanych dzieci i małżeństwo, które trwało 19 lat, a powinno o połowę mniej.

Aż dziwne, że kończyło się w takich bólach, bo ludzie, którzy się ze sobą rozstawali, byli już sobie całkiem obcy. Ktoś, kto przechodził kiedyś przez rozwód, wie, że to nic przyjemnego.

Reklama

– Wiadomo, że facet nie wyprowadza się tak po prostu, prawda? – Agata patrzy na mnie po belfersku, znad okularów. – To wygodne bestie. Jak już pakują walizki, znaczy, że idą do innej. Ładniejszej. Mądrzejszej. I oczywiście młodszej. Po takiej „imprezie” jesteś wrakiem.

Agata zaciąga się papierosem. Okulary ma jak trzeba: czarne oprawki z grubego, matowego plastiku. Pali mentole. Umalowana. Lakier do paznokci obowiązkowo dychę droższy od tego, który kupowała, kiedy jeszcze była mężatką. Kobieta musi o siebie dbać.

Po rozwodzie był płacz, leczenie, romans ze starszym kolegą, też nauczycielem (nieudany), za dużo wiśniówki (kac po czterdziestce to nie przelewki) i wszechogarniająca świadomość, że w twoim życiu, Agatko (tak się do siebie zwraca, gdy nikt nie słucha), nie zdarzy się już nic.

– Ledwo cztery dychy, niby jeszcze młoda, ale jak popatrzysz na to, czego szukają niektórzy panowie, czujesz się jak babcia. Siedzisz w knajpie i mruczysz do siebie: „Agatko, mamy problem”.

Zwolnij trochę

W branży matrymonialnej mówi się, że przyszłość wygląda różowo. Konkurencja jest ogromna, ale liczby mówią same za siebie: w Polsce jest dziś sześć, może siedem milionów osób, które nie mają partnera. Co roku jest ich o kilkaset tysięcy więcej.

Część z nich to radośni, wielkomiejscy single z wyboru, od 25 do 45 lat, przekonani, że jeszcze wszystko przed nimi. Są też wdowcy, rozwodnicy i tacy, którzy raz się nacięli i boją się dalej próbować. Ale każdego w końcu dopada samotność.

Pół roku po rozwodzie Agata po raz pierwszy siada do komputera. A tam randki dla katolików, swingersów, nastolatków, seniorów, wegetarian, podróżników, tradycjonalistów i wyzwolonych, takich z wartościami i takich bez.

Agencje matrymonialne dla bogatych, ubogich, z takim i takim wykształceniem. Wszyscy chcą się dać wyswatać.

Modę na swatanie podchwyciła też telewizja. W TVN furorę robi program „Kto poślubi mojego syna?”, a w TVP „Rolnik szuka żony”. Nawet Ewa Drzyzga w „Rozmowach w toku” bawiła się w swatkę. Do Polski z hukiem wszedł też najnowszy telewizyjny przebój „Adam szuka Ewy”, czyli randkowanie na golasa.

Kto pamięta czasy, w których emocje telewidzów rozpalała kultowa „Randka w ciemno”? Specjaliści mówią wprost: jesteśmy coraz bardziej samotni. Coraz lepsi w pracy i coraz gorsi w miłości. – I częściej zapominamy o własnych potrzebach – twierdzi Marta Manowska prowadząca program „Rolnik szuka żony”.

Gwiazda TVP nie ma wątpliwości, że rolnicy, którzy się do niego zgłaszają, mają dokładnie ten sam problem co mieszczuchy z korporacji. – Tak samo ciągle gdzieś biegną, nie mają kiedy się zastanowić nad tym, czego chcą, kim są. O zaprzyjaźnieniu się ze sobą nie wspominając. Wielu z nich dopiero w programie odkrywa, że warto poświęcić sobie trochę czasu.

Ludzie, którzy piszą do Manowskiej, mówią, że jej program daje im nadzieję. Że miłość nie ma wieku, może się przytrafić każdemu, w każdym momencie. – I przypomina im, że drugiej osoby szuka się najpierw w sobie – dodaje Manowska.

– Jeśli się szuka miłości, to w pierwszej kolejności trzeba obudzić w sobie pasję. Poznawanie innego człowieka to tak naprawdę poznawanie siebie. I rzeczywiście: wielu bohaterów pierwszej edycji programu, nawet jeśli nie znalazło partnerek, zaczęło żyć inaczej.

– Realizują swoje marzenia, przypominają sobie o rzeczach, na których im zależało. Nadal szukają, są otwarci na to, co przyniesie los – mówi Manowska.

– Oni mają taki sam jak my dostęp do świata kultury, informacji. I tak jak my nie mają czasu, żeby z tego wszystkiego korzystać. W tej naszej miejskiej dżungli też wcale nie tak łatwo jest poznać kogoś, by z nim być.

Żeby taką osobę znaleźć, ludzie zmieniają otoczenie, chodzą do knajp, szukają nowej pracy. Nie ma gotowej recepty. Niektórzy wyjeżdżają na wakacje.

Anna Klara Majewska, pisarka, autorka książki „Jak dobrze wyjść za mąż po czterdziestce”, poleca południe Europy. Włochy, Hiszpanię. – Tam jest ciepło, piękne światło, chce się wychodzić do ludzi – zachęca.

– Kobieta na każdym kroku słyszy, że jest atrakcyjna. Mężczyźni – od piekarza po hydraulika i faceta w barze – w bezpretensjonalny sposób wyrażają swoje zainteresowanie. Głupie? Być może, ale jakie przyjemne! Na przyduszoną ponuractwem i powszechnym brakiem uśmiechu Polkę działa to jak najlepsze spa. Jak wyjedzie z kraju, w którym nawet uśmiech jest podejrzany, to nareszcie może odetchnąć.

We Włoszech czy Hiszpanii prezenterki telewizyjne to często liftowane sześćdziesiątki, wciąż uchodzące za gwiazdy. A u nas – czterdziestka i pełne kształty? Dobre tylko na żer dla Pudelka.

Nowy model

– Tyle fajnych osób przepada z powodu tak idiotycznego szczegółu jak na przykład wzrost – mówi pisarka Katarzyna Grochola. – Ktoś ma pięć centymetrów za dużo albo za mało i już go eliminujemy. To nie piekarnia, nie powinno się wybierać po idealnym kształcie.

Grochola pracowała kiedyś w agencji matrymonialnej. Stare dzieje. I wiele historii, które się pamięta. – Potrafiłam rozmawiać z ludźmi – mówi. – A częściej po prostu ich słuchać. Do agencji wcale nie przychodzą desperaci. Raczej tacy, którzy zdali sobie sprawę z tego, czego chcą. A chcą być szczęśliwi, kogoś mieć.

Opowieść Grocholi o jej pracy to historia nieprawdopodobnych przypadków. Osoby, które wtedy poznała, czuły się samotne, opuszczone. Najczęściej z całą listą odhaczonych życiowych celów. Praca, samochód i pusty dom.

– Pamiętam dziewczynę, która nie chciała chłopaka powyżej 170 cm, bo sama była niska. Bała się, że będzie z nim wyglądać komicznie. W końcu stworzyła parę z najwyższym chyba facetem ze wszystkich agencji matrymonialnych świata: dwa metry dwanaście.

Spodobał się jej, nie zauważyła, jak był wysoki, bo siedział w zapadniętym fotelu. Bardzo śmiesznie wyglądali razem.

Inny przypadek: do biura przyszła karlica. Nie chciano jej przyjąć, bo nie wierzono, że kogoś dla niej uda się znaleźć. W następnym tygodniu przyszedł karzeł i dziś są małżeństwem. Cuda się zdarzają. Niestety, coraz rzadziej.

Ludzie, z którymi rozmawiam, którzy do mnie piszą, mówią, że tracą wiarę. W innych ludzi, w miłość. Mężczyźni są coraz słabsi, kobiety coraz bardziej przestraszone. We wszystkim mamy dziś łatwość: jednego dnia się schodzimy, drugiego rozstajemy, wszystko ma coraz mniejszą wagę i wartość, jest na chwilę.

– Bardzo ładnie przyjęła się moda na niezależność – mówi Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka z centrum psychoterapii Kucewicz & Piotrowicz. – To może trywialne, ale rzeczywiście jest tak, że partnerów wymienia się trochę jak telefon. Nie dlatego, że coś z nimi nie tak, ale dlatego, że jest szansa na nowszy model.

Świat się ciągle zmienia i my zaczynamy w inny sposób postrzegać relacje między ludźmi. Są wynalazki, jak aplikacja Tinder, które pozwalają na poznanie kogoś i w tym sensie mogą być dobrym wyjściem dla samotnych, ale też uprzedmiotawiają ludzi, którzy jak towar są poddawani natychmiastowej ocenie.

Szybko się poznają, często szybko lądują w łóżku i kończą znajomość. Człowiek ma niestety to do siebie, że jeśli jakieś zachowanie powtórzy kilka razy, to staje się to jego schematem funkcjonowania w relacjach. I wtedy jest mu piekielnie trudno zwolnić, zrobić coś inaczej, ale za to na dłużej.

Dlatego wiele osób oducza się budowania stałości, co jest dramatyczne, ale można sobie z tym poradzić, jeśli tylko uświadomimy sobie, że mamy z tym problem. Widzę jednak światełko w tunelu.

Myślę, i dostrzegam to wśród moich pacjentów, że następuje powoli powrót do tradycyjnych wartości, że ludzie nie pogardliwie, ale z zazdrością patrzą na pary z trzydziestoletnim stażem.

Normalni wariaci

– Faceci mówią tak: „Przerobiłem kilka związków, w pracy też. Kończą się źle” – opowiada Katarzyna Gajek, szefowa agencji matrymonialnej Aspire Matchmaking.

– Kluby? Nic poważnego, partnerki tam nie spotkasz. Zostają portale i agencje. Problem w tym, że agencje nie kojarzą się najlepiej. Ze sztuczną draceną, linoleum, zielonym obrusem… – I stuletnią panią Kazią, która kopci jak smok i w wielkiej stalowej szafie trzyma foldery innych stulatków szukających drugiej połówki – dopowiada Kamil.

Opalony, w sezonie żeglarz, na co dzień pracownik korporacji, 42 lata. Doświadczenie życiowe: nieudane małżeństwo, sporo lepszych i gorszych związków, kilka pięknych. Zwłaszcza jeden. Koniec końców też nieudany, bo Ona (Kamil mówi o niej Ona, niedoszła żona) wyprowadziła się trochę ponad dwa lata temu.

– Akurat byłem przed czterdziestką. Kryzys? Jaki kryzys? Byłem zakochany jak dwudziestolatek. Czemu się wyniosła? Narozrabiałem. Raz, drugi, trzeci. Pierwsze parę miesięcy było OK, potem, jak do mnie dotarło, że ona nie wróci, przestałem mieć nawet ochotę na seks.

Kamil z tego związku wyszedł dziarsko. Romans w pracy, balangi w klubach, podróże z kumplami. – Dobrze utrzymane, emocjonalne zombi. To ja – uśmiecha się. Gorzko, bo imprezy szybko przestały go bawić.

– Ja to nazywam syndromem pójścia w miasto – mówi Katarzyna Gajek. – Typowo męska reakcja na kryzys. Jak się zawali związek, panowie robią dobrą minę do złej gry. Są wyjazdy, imprezki. Refleksja przychodzi nieco później. U Kamila pierwsza myśl, że coś jest nie tak, pojawiła się rok po rozstaniu. Bo jak to? On, casanowa, siedzi sam w sobotni wieczór i nie ma z kim wyjść do knajpy?

Jeden kumpel pojechał na wczasy z dzieciakami, drugi ma romantyczny wieczór z dziewczyną. Były pijackie SMS-y do koleżanek, nieudane próby powrotu do byłych partnerek. – Standard – mówi Kamil. Kiedy zakładał konto na portalu randkowym, czuł się trochę nieswojo.

– Zawsze sądziłem, że to nie dla mnie. Że ja sobie poradzę sam, a to takie sztuczne, dla emerytów. Ale kiedy zacząłem wypytywać, to się okazało, że jeden kumpel też kiedyś miał profil, drugi poznał w sieci świetną dziewczynę. Pomyślałem, że spróbuję. Kumple z zazdrością mówili, że się rozbrykał, bo przez pierwsze dwa miesiące tylko randkował.

– Sama znam osoby, które poznały partnerów na portalach internetowych – mówi pisarka i malarka Hanna Bakuła. Czterokrotna mężatka. Zadowolona, jak podkreśla, ze swoich mężczyzn. – Niektórzy założyli rodziny, mają dzieci. Internet jest potężny, serwisy erotyczne aż dymią. Sama bym się nie zdecydowała, bo ja potrzebuję referencji do wszystkiego. Ale bardzo mi się to podoba. Taka wspaniała, słodka desperacja.

Agata portalom zawdzięcza drugą młodość. – Ile ja tego przerobiłam! – śmieje się. – Przez pierwszy rok na portalu byłam na randkach z kilkunastoma facetami, miałam trzech kochanków i jeden paromiesięczny związek. Było super! Znowu poczułam, że jestem kobietą, a nie jakimś tworem odstawionym do szafy.

Ludzie myślą, że na portalach są zboczeni, żonaci wariaci. Pewnie, że są. Ale są też tacy wariaci zupełnie normalni. Najbardziej szalony (i wciąż trwający) romans Agata przeżyła dzięki portalowi dla katolików.

– Trzeba było wypełnić bardzo poważną deklarację, że się wierzy, praktykuje, ma odpowiednie zamiary itd. A ja ani wierząca, ani praktykująca, ale wypełniam wszystko jak trzeba – opowiada. – No i poznałam Marka, mojego „dobrego katolika”, co się zapisał tam dla żartu. Jesteśmy razem rok. Jakbym go całe życie znała.

To nie jest supermarket

– Klienci myślą, że portale czy biura matrymonialne są dla desperatów, frustratów, facetów, którzy nie potrafią sobie poradzić w życiu – mówi Katarzyna Gajek. – Tymczasem jest zupełnie inaczej. I dodaje, że nie każdy może być klientem jej firmy.

Wymienia: – Wiek – przynajmniej 25. Wykształcenie – przynajmniej średnie. Stan wolny i żadnych niespodzianek. Żonatym szukającym romansu na boku albo amatorom jednorazowych historii dziękujemy na wstępie – zaznacza.

Zgłaszają się ludzie, którzy nie chcą albo nie mogą być na portalach. Ktoś jest prezesem dużej firmy albo ma znaną twarz. Przychodzi też sporo zamożnych osób, dla których ważne jest to, żeby majątek nie był jedynym afrodyzjakiem. Facet co jest prezesem i bogaczem, a chciałby na chwilę przestać nim być, bo już nie pamięta, czy ktoś go lubił, zanim zarobił pieniądze.

– Mam wielu klientów, którzy nie próbowali na własną rękę szukać partnera – opowiada Gajek. – Oni nie chcą tracić czasu. Przychodzą i mówią: „Kurczę, byłem na randce 20 lat temu, nie wiem co i jak”. Kiedy ludzie sami się dobierają, różnice często wychodzą po paru miesiącach. Bo ona nie mówiła, że nie chce mieć dzieci. Bo on nie mówił, że chce mieszkać sam. A my te rzeczy wiemy już na starcie.

Zaczyna się od serii kilkugodzinnych spotkań z pracownikami biura. Jest rozmowa, dużo pytań o doświadczenia i oczekiwania. Potem są spotkania w małych grupkach. Co kto lubi: przy sushi, grach planszowych, na ściance wspinaczkowej. Po dwóch, trzech spotkaniach klienci decydują się na wieczór sam na sam.

– Przychodzi wielu ojców, którzy nie chcą fundować dzieciom nowego związku co kilka tygodni – opowiada Gajek. – Na początku zwykle są nieśmiali, trzeba ich przekonać, że warto i że się da. Dzwoni telefon i w słuchawce od razu słychać skrępowanie. Działamy jak headhunterzy. Robimy testy. Sporo psychologii, doradztwa. To nie jest supermarket.

Często zanim agencje zaczną z kimś pracować, pomagają mu przepracować poprzednią relację. – Czyli pożegnać się – mówi Katarzyna Kucewicz. – To przepracowanie polega na tym, aby odżałować relację, odpowiedzieć sobie na pytania: czego mnie ona nauczyła? Jakie muszę wyciągnąć wnioski na przyszłość? Co mogę poprawić?

Każde doświadczenie rozstania może być dla człowieka ogromnie wartościową lekcją i warto jest ją odrobić, na przykład podczas psychoterapii. Często osoby w moim gabinecie skarżą się, że już nigdy nie poznają kogoś wartościowego.

Odpowiadam im, że faktycznie nikt nie zastąpi tamtej miłości, ale ktoś nowy wniesie coś zupełnie innego do ich życia. Warto pozwolić przeszłości odejść.

Gdzie mąż?

– Niech mnie pani wyswata – proszę w jednej z agencji. Średniej wielkości miasto, trochę ponad sto kilometrów od Warszawy. „Wystarczy jeden telefon, by mieć szansę odmienić swoje życie”, zapewniają. Mówię, że ja bym właśnie chciał odmienić. Pani po drugiej stronie słuchawki pyta o wiek i o to, czy interesują mnie kobiety, bo dla tych innych, niestety, nie ma oferty. W małych miastach jest ich chyba mniej. Tych gejów. Mówię, że chodzi o kobiety. Słyszę w słuchawce, jak zaciąga się papierosem.

– Bezrobotny? – przechodzi do rzeczy. – Dlaczego? – Ma pan pracę? – Mam. – Defekty urody? – Słucham? – Czy ma pan jakieś deformacje? – Ale… – Widoczne lub niewidoczne. – Chyba nie. – Choroby psychiczne? Alkoholizm? Narkotyki? Trzeba wypełnić kwestionariusz. Ze zdjęciem. Potem czekamy.

Agencje matrymonialne szturmem zdobyły rynek w latach 80. Wcześniej popularne były ogłoszenia w gazetach. Takie jak to z krakowskiego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z 1925 roku: „Inżynier, lat 46, wdowiec bezdzietny, znękany samotnością i pracą dla innych, odczuwa pustkę życiową – poszukuje wdowy z szlachetnem sercem, zrozumiałej, inteligentnej i majętnej. Wiek odpowiedni, religia chrześcijańska. Mam zamiar wydzierżawić średni młyn gospodarczy lub handlowy. Właścicielki młynów mają pierwszeństwo. Sprawa poważna, anonimy nieuwzględnione, dyskrecja i odpowiedź zapewniona na każdy list”.

Po wojnie ogłoszenia miały nieco inny charakter: „Szukam entuzjastki miłości, usposobienia zaborczego, kapryśnej, małej despotki, ładnej i bogatej” – to koniec lat 40. A to lata 60.: „Mam stanowisko i walory na dobrego męża”.

Na ogłoszeniach matrymonialnych można się było przejechać, czego dowodzi historia najsłynniejszego oszusta matrymonialnego Polski Ludowej Jerzego Kalibabki, który przez całe lata rozkochiwał w sobie i okradał kobiety z całego kraju. Kiedy wreszcie wpadł, akt oskarżenia oparto na zeznaniach ponad dwustu pokrzywdzonych. Kalibabka dostał 15 lat. Chwalił się potem, że gdyby żył w Stanach Zjednoczonych, dostałby 380.

Adam i Magda Grzesiakowie swatają ludzi od prawie trzydziestu lat. W tym czasie klient bardzo się zmienił. W latach 80. do biura zgłaszali się głównie emeryci. Często owdowiali, bez wielkich wymagań, marzyła im się jakaś bratnia dusza albo żeby miał kto zrobić herbatę. – Przychodziło mnóstwo kobiet po pięćdziesiątce – opowiada Magda Grzesiak.

– Bardzo trudny klient. Na tym rynku mają słabą pozycję. Z reguły lepiej wykształcone, z wymaganiami. Z kolei mężczyznom w Polsce z reguły wydaje się, że należą im się kobiety dużo młodsze, a sami są zapuszczeni, zdziesiątkowani przez nałogi. Nieporównywalnie łatwiej znaleźć partnerkę niż partnera.

Wszystko zaczęło się zmieniać mniej więcej 15 lat temu. Dziś typowy klient to człowiek sukcesu. Często przyjechał z małego miasta do Warszawy robić karierę. Tak długo ją robił, że zapomniał o życiu prywatnym.

– Około czterdziestki, z niezłym samochodem, dobrą pracą i mieszkaniem na kredyt – wylicza Adam Grzesiak. – U kobiet zaczyna się presja rodzinna. Boją się jeździć do domu, bo tam cała okolica patrzy, czy z chłopem przyjechała, czy bez. Bo ojciec kupił wódkę na wesele, jak ona skończyła 18 lat, a teraz ma 38.

Takie kobiety mają ogromne wymagania. Chciałyby zapłacić i wyjść z gwarancją, że za chwilę poznają wspaniałego faceta. A taki wspaniały facet wcale nie musi szukać takiej kobiety. Mężczyźni w tym wieku jeśli się do czegoś nadają, to już dawno są w związkach. Zostają pojedyncze osoby.

– Kobiety opłacają karierę wielkim wysiłkiem – dodaje Magda Grzesiak. – Często są błędnie przekonane, że jak już są bardzo zamożne, mają własne kancelarie, są prezeskami banków, to wprost proporcjonalnie wzrasta ich atrakcyjność. A to nieprawda. Bo mężczyzna jeśli ma podobną pozycję, woli kobietę, która będzie go podziwiać. A jeżeli niższą, to się już w ogóle przestraszy.

Zaprzyjaźnij się ze sobą

– Samotność może być tylko etapem, chociaż twórczym, bo często to ważny czas, żeby zweryfikować swoje oczekiwania, pragnienia, potrzeby – mówi Katarzyna Kucewicz.

– Wspieranie samego siebie i dodawanie sobie otuchy choćby słowami: „Jestem wspaniałą osobą, nie muszę się bać!”, podwyższa wiarę w siebie, a tym samym niweluje paniczny lęk. Wychodzenie z samotności polega przede wszystkim na uczeniu się pewności siebie i swoistego trzymania ze sobą sztamy.

Trzeba najpierw zaprzyjaźnić się ze sobą. Agata już się zaprzyjaźniła. – „Boże, Agatko, jaką ty jesteś fajną babą!”. Czasem tak do siebie mówię – opowiada. – I to na poważnie, nie z desperacji, wiesz, baba cała zaryczana i sobie wmawia, że jest fajna, ale w to nie wierzy.

Ja wierzę. OK, nie mam trzydziestu lat. Ale dalej jestem super, jestem sobą, tą samą od 45 lat. Po rozwodzie okazało się, że potrafię wziąć życie w swoje ręce i jeszcze, przysięgam ci, poszaleć bardziej niż moja córka. Że to, co się beznadziejnego stało: zdrada, rozwód, to wszystko był dopiero początek.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również

  • Upływ czasu jest często dużym problemem, szczególnie dla kobiet. Może nawet powodować niebezpieczną dla zdrowia fizycznego i psychicznego gonitwę do urodowej doskonałości. U pań dochodzą do tego... więcej