Slow life. Jak zwolnić z życiu

Jak włączyć w codzienność ideę slow life? I co ona nam daje? O sztuce jedzenia śniadań i odzyskiwaniu smaku życia z psycholog Żanetą Rachwaniec-Szczecińską rozmawia Magdalena Jankowska

PANI: W latach 60. naukowcy prognozowali, że rozwój technologiczny skróci nam tydzień pracy do 14 godzin, a podstawowym problemem będzie nadmiar wolnego czasu. Chyba coś nie wyszło?

Żaneta Rachwaniec-Szczecińska: Najwyraźniej. Może nie wzięliśmy pod uwagę tego, że nowe technologie nie tylko ułatwiają pracę, ale i zabierają czas. Prowadzę szkolenia dla pracowników korporacji i często ich pytam, czy naprawdę mają aż tak dużo pracy. Czemu nie wychodzą o 17 do domu? I słyszę: nie wiesz, jak to jest, tak się nie da. Ale ja wiem, że się da.

Reklama

Sama pracowałam w korporacji i znam wszystkich złodziei czasu: odpowiadanie na dziesiątki nieważnych mejli, wpadanie na chwilę na Facebooka, multizadaniowość, która sprawia, że niczego nie robimy do końca, tylko każdą rzecz po trochu.

Jest jeszcze złudne poczucie, że musimy być obecni, bo bez nas wszystko się zawali, jeśli wyjdziemy, to coś nas ominie.

Ten lęk jest tak powszechny, że doczekał się nazwy – fear of missing out, w skrócie FoMO.

Tak, a tymczasem to życie omija nas. Zapominamy o rzeczach, które lubiliśmy. Znam osoby, które uwielbiały buszować po sklepach, a teraz nawet buty zamawiają przez internet, bo na „normalne” zakupy brakuje im czasu.

Slow life jest odpowiedzią na niedobór wolnego czasu?

Nie sądzę, żebyśmy mogli obiektywnie mówić o niedoborze czasu. To raczej kwestia decyzji, jakie podejmujemy. Doba każdego z nas ma 24 godziny, wszyscy mniej więcej tyle samo przeznaczamy na sen. Ale jedni z nas potrafią pracować i mieć czas dla siebie, a inni skarżą się na jego brak.

Robię niekiedy na warsztatach psychologicznych ćwiczenie z zapałką. Uczestnicy dostają do ręki długą zapałkę (tzw. sztormową) i zadanie: opowiadajcie o sobie, dopóki ona się pali. Pierwsza reakcja: jak to, tak krótko? A za chwilę okazuje się, że po dwóch, trzech zdaniach milkną. Rozdaję wtedy zwykłe, krótkie zapałki.

Mówię: powiedzcie to, co was najlepiej określa. I okazuje się, że można zdążyć. Mamy dużo czasu, lecz nie umiemy z niego mądrze korzystać. Dajemy się wpędzać w pułapkę wiecznego pędu. A także zawstydzać: jak to, nie zdążyłaś?

Chyba jesteś źle zorganizowana. Ale spytajcie tych pędzących organizatorów, czy w ogóle pamiętają, co jedli na śniadanie. Jakąś kanapkę. Jakiś jogurt. Ale jaki? Jak smakował? A chleb – czy miał chrupiącą skórkę?

No właśnie, przecież wszystko zaczęło się od slow foodu. Sprzeciwu Włochów wobec fast foodów i pospiesznego jedzenia.

Tak, jeszcze w latach 80. W Polsce dziś z jednej strony jest ogromne zainteresowanie zdrowym jedzeniem, regionalną kuchnią, a z drugiej praktyka idzie opornie. Mieszkam naprzeciwko parku Śląskiego w Katowicach, gdzie co sobota odbywa się „Śniadanie na trawie” – impreza, na którą przychodzą tłumy ludzi: młodzi rodzice z niemowlakami w chustach i starsze panie.

Chcą posiedzieć wśród zieleni, zjeść spokojnie posiłek. Prowadzę tam warsztaty: jedno z ćwiczeń to jedzenie żurawiny po ziarenku, z zamkniętymi oczami, żeby lepiej poczuć smak. I nawet 87-letnie panie robią to z ogromnym zaangażowaniem. To mnie bardzo cieszy, bo na co dzień mam zupełnie inne obserwacje.

Byłam ostatnio w gruzińskiej restauracji, o której przeczytałam w internecie sporo negatywnych opinii. Główny zarzut: bardzo długo czeka się na jedzenie. Tymczasem w menu na pierwszej stronie jest na ten temat informacja: na dania czeka się pół godziny, ponieważ przygotowywane są specjalnie dla klienta, nie odgrzewane. Wygląda na to, że nie umiemy się tym cieszyć.

Zamiast napić się czegoś, porozmawiać, poobserwować świat, powąchać, jak pachną dania przy sąsiednich stolikach, niecierpliwimy się, wyciągamy smartfony, obliczamy w myślach rachunek, ustalamy, o której uda się nam skończyć i wyjść. Sami wpędzamy się w poczucie niedoczasu.

Jednak są takie dni, kiedy naprawdę mamy tylko pół godziny na lunch.

To idźmy z pyszną kanapką do parku, zamiast się złościć w restauracji. Ktoś mi nawet coś takiego powiedział, że slow life to przywilej bogatych i starszych ludzi – tylko oni mają czas. Ale to nieporozumienie. Slow life to nie jest żaden wymyślny tryb życia, choć niektórzy tak sądzą – że to pieczenie chleba i przyrządzanie dań w wolnowarze. A tu chodzi o proste rzeczy.

O spokojne zjedzenie obiadu, choćby była nim garść czereśni. O pogadanie z właścicielem osiedlowej restauracyjki przy świeżym rogalu, niepołykanym w pośpiechu na jednej nodze, tylko smakowanym.

O wypicie porannej kawy na balkonie i przyglądanie się przechodniom. Nie chodzi o rzucanie pracy i wyjeżdżanie w Bieszczady, tylko o to, by w codziennym życiu na chwilę się zatrzymać i uważnie rozejrzeć.

Pani tak robi?

Mnie zmobilizowało do tego dziecko. Ono stwarza piękną rutynę. Na urlopie macierzyńskim można niespiesznie wstać, wyjść razem do lokalnego sklepiku, w którym sprzedawca mnie przywita słowami: „Jak wiosennie dziś pani wygląda.

Odłożyłem dla pani pomidorki, proszę powąchać, jak pachną”. Można ułamać piętkę chleba, własnoręcznie wybrać ogórki do kiszenia. „A chrzan?”, zapyta pani ze sklepiku obok i zagada gwarą, że bez chrzanu małosolne niedobre.

Pani w supermarkecie nie ma czasu pogadać z ludźmi. Potem wraca się do domu, przyrządza śniadanie i wspólnie z dzieckiem niespiesznie je zjada.

Czyli odzyskała Pani poranki. W „normalnym” trybie to pora pośpiechu, właściwie znika jako część dnia.

To prawda. Oczywiście nikt nie rzuci pracy, by cieszyć się życiem, ale można spędzać tak choć jeden ranek w tygodniu, to już coś. W ten sposób przypominamy sobie, że można inaczej. I sporo ludzi tak robi. Park Śląski jest jak katowicki Central Park, ogromna oaza zieleni w środku miasta: ludzie piknikują, spacerują z psami.

W strefie naszych „Śniadań na trawie” stoją food trucki z prawdziwymi hamburgerami z siekanej wołowiny, stoiska z babeczkami typu cupcake, kawą fair trade, sorbetami owocowymi, slow zapiekankami i kuchnią wegańską.

Spotykam się tam zresztą z moimi przyjaciółmi, wśród których są weganie, i wzajemnie namawiamy się na różne przysmaki, próbujemy ich (ostatnio skosztowałam sernika bez sera) i rozmawiamy o nich. Jeśli już uda się nam zasmakować w śniadaniach weekendowych, to może wymyślimy też coś na inne dni? Może będziemy jeść śniadanie na balkonie albo przy muzyce?

Bardzo wielu prostych rzeczy nie robimy, bo boimy się, że zajmą nam za dużo czasu. Ale ile właściwie? Dziesięć minut, góra kwadrans. Nie dajmy sobie wmówić, że slow life wymaga jeżdżenia na biobazary i przecierania warzyw przez sitko.

Mamy taką tendencję, że narzucamy sobie ekstracele. Dwa tygodnie temu jechałam z rodziną na Hel. I nie wiem, czemu zafiksowałam się, że musimy dojechać na 11, na karmienie fok. Z Katowic nad morze jest 600 km i kiedy dotarliśmy do fokarium, właśnie żegnano gości. Mam 30 lat, ale prawie się rozpłakałam. Bo tak się zakręciłam, że muszę to karmienie pokazać córeczce, że przeżyłam megazawód.

Tymczasem ona ma rok i jest równie szczęśliwa, gdy patrzy, jak foki wygrzewają się na kamiennym brzegu. To był tylko mój problem, ja wyznaczyłam sobie zadanie wymagające pośpiechu. Tak to się dzieje – wymyślamy np. superśniadanie i psujemy sobie poranek, bo nie wyszło.

Mamy też tendencję do odkładania pewnych rzeczy na specjalne okazje. Planujemy żyć inaczej w przyszłości, gdy będziemy bogatsi, kupimy większe mieszkanie, przyjdą wakacje, zmienimy pracę itd. A tymczasem fundujemy sobie przaśną codzienność.

W slow life nie ma niczego ważniejszego niż codzienność. Przecież nie wiemy, co będzie jutro. Gdy wracaliśmy z Helu do domu, mieliśmy poważny wypadek. Auto skasowane. Mogliśmy nie wrócić. To mi uświadomiło lepiej niż wszystkie książki, że czekanie na specjalne dni, odkładanie na później naprawdę nie ma sensu. „Teraz” jest ważniejsze. To my sami je kreujemy.

Ja na przykład nie mam ogrodu, ale mam balkon. Posadziłam w donicach pomidorki koktajlowe, zioła, kwiaty. Mało mnie to kosztowało – i czasu, i pieniędzy – a tak miło odpocząć tam wieczorem przy zapalonej świecy. Dziecko już śpi, a my z mężem siedzimy i gapimy się w niebo. Niczego nam nie brakuje. Użyła pani określenia „odzyskane poranki” – można powiedzieć, że odzyskałam też wieczory, nie czekając na dostęp do ogrodu ani na to, aż dziecko podrośnie. Ale też zanim do tego doszło, musiałam dokonać pewnych wyborów.

Wcześniej, jeśli miałam wolny wieczór, nadrabiałam zaległości. Próbowałam zabierać laptopa nawet do wanny, a potem zasypiałam na kanapie… Musiałam zrozumieć, że większość naszych planów nie wypala, bo chcemy zrobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, a przecież nie jesteśmy elastyczni. Trzeba poznać swoje preferencje, wyznaczyć pory pracy w zgodzie ze sobą.

Jeśli wiem, że lubię pospać, a najlepiej pracuje mi się wieczorami, to szukam pracy, która daje taką możliwość. Może coraz bardziej popularne home office? Wiemy, że ok. 13-14 przychodzi przesilenie, biologiczny spadek energii, więc lepiej na tę porę zaplanować sobie przerwę na lunch czy krótki spacer.

Ja sporo pracuję w domu, mam też wykłady, prowadzę warsztaty, ale nigdy w okolicy godziny 16, kiedy mój mąż wraca z pracy. Zauważyłam bowiem, że to dla nas obojga ważne, by się wtedy spotkać, być razem.

Oczywiście mogłabym wzruszyć ramionami, niech on się dostosuje, ale kto byłby wtedy zadowolony? Zmierzam do tego, by z przyczyn ambicjonalnych nie dokonywać wyborów powodujących konflikty. To psuje codzienność.

Psuje ją też chyba zanikanie podziału na czas pracy i wypoczynku. Te sfery coraz bardziej się przenikają – szef dzwoni po godzinach, mejle przychodzą w weekendy. Niektórzy mówią, że stale są w pracy.

Miałam podobne odczucie. Ponieważ sporo pracuję w systemie home office, czułam, że moja praca nigdy się nie kończy, nigdy nie jestem po godzinach. Próbowałam pracować w czasie, gdy dziecko się bawi, łapałam każdą chwilę – na spacerze załatwiałam służbowe sprawy, wisiałam na telefonie.

Jak policjant na służbie, stale na nasłuchu.

Ten policjant jest tylko w nas i pilnuje: odbierz, bądź czujna, nie relaksuj się. Ale tak się nie da. Potrzebujemy czasu na pracę i czasu na odpoczynek, one nie mogą się wzajemnie zjadać. Teraz nawet w domu pracuję o stałych godzinach, a gdy wychodzę na spacer, nie zabieram telefonu. Większość spraw może poczekać godzinę czy dwie, prawda? Ile jest tak naprawdę rzeczy, których nie możemy odłożyć? No właśnie, życia nie można odłożyć, śniadania, kochania, posiłku z dzieckiem.

Nie powinniśmy też chyba odkładać wakacji? Może to dobra pora na przełączenie się na rytm slow?

To zależy. Dla bardzo zapracowanych ludzi wakacje to często traumatyczne przeżycie. Pamięta pani taką sztukę Anny Burzyńskiej „Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę”? Kiedy tak zasuwamy w tych „naszych pracach”, to nie wiemy, co ze sobą zrobić w wolne dni, kiedy już nie jesteśmy pracownikami.

Mamy urlop, ale działamy według wzoru zadaniowego, „wypoczywamy”, odhaczając następne pozycje na liście, odfajkowując się na Facebooku. No przecież nie pojechałam na drugi koniec świata, żeby się wyspać…

Skądże, muszę zaliczyć wycieczki, sfotografować kolejne miejsca. I tak to działa: najpierw stres, gdzie pojechać, co ze sobą zabrać, potem – co tam zobaczyć, i w końcu, że już trzeba wracać. I to jest aprobowany sposób spędzania wakacji.

Aktywny.

Ano właśnie, bo przecież mamy obowiązek realizować swoje pasje. Filmowanie, nurkowanie, zwiedzanie. A może ja mam pasję do leżenia i przesypywania piasku między palcami? Może to mi jest potrzebne po roku harówki? To też jest dobre.

Wakacje slow life to urlop bez przymusu?

W zgodzie z tym, czego potrzebujemy. Może spotkamy fajnych ludzi, którzy nas zainspirują? Może w knajpce serwującej lokalne dania zaprzyjaźnimy się z kucharzem, który nas czegoś nauczy? Poodkrywaj sama, zejdź z drogi standardu.

Przypomnij sobie o innych zmysłach poza wzrokiem, jak ważny jest bliski kontakt, dotyk, przytulanie. Dzień nie musi być pełen wrażeń, może być miły, dobry. Nie musisz wypełniać planu, nadrabiać zaległości. To jest wielka pokusa: wykorzystać urlop i zrobić wszystko, czego nie udało się w ciągu roku. Tylko że to już nie jest urlop.

Można się jakoś przełączyć na tryb wakacyjny?

Na wakacjach nie stajemy się inną osobą, nie przestajemy być Kowalskim, który co chwilę sprawdza mejle. VIP-y jeżdżą na turnusy medytacyjno-modlitewne do Tyńca i opowiadają potem, jak się czują oczyszczeni. Ale choć może to być ciekawe, to odmienność takiego tygodnia od naszego zwykłego życia powoduje, że gdy mija, traktujemy ten czas jako przygodę, zamknięte doświadczenie.

Tym bardziej że takie wyjazdy są krótkie – z badań wynika, że samo przestawianie się na tryb wypoczynku zajmuje nam tydzień, a tu już trzeba wracać. Dopiero w drugim tygodniu wypoczywamy naprawdę.

Od czego więc zacząć?

Od małych kroków robionych codziennie. Spacerów z psem, na których jesteśmy tylko na spacerze. Powolnego ugotowania posiłku razem z rodziną. Popołudnia bez internetu. Jeśli nie nauczymy się zwalniać codziennie, na urlopie też będziemy się nieustannie zastanawiać, czy dobrze „prezentujemy” swoje życie na Facebooku, i odpowiadać na mejle.

Warto sobie uświadomić, że lepiej zwolnić na 10 minut niż wcale. Robimy często taki błąd, że chcąc zmienić coś w życiu, układamy plan maksimum. Od jutra będę codziennie biegać i zacznę się zdrowo odżywiać. To nierealne. Miałaś biegać godzinę, biegałaś 10 minut. Super! To lepsze niż nic.

Nie masz czasu gotować? Idź do restauracji ze zdrową kuchnią i zjedz posiłek powoli, smakując go i zastanawiając się, z jakich składników został przyrządzony. Dziś nie miałaś czasu? Nie szkodzi, może jutro się uda. Każdy mały krok jest sukcesem.

Jesz na śniadanie tylko jogurt? Wstań 10 minut wcześniej, podaj go sobie w filiżance, a nie w plastikowym kubku. Nie bądź dla siebie surowa, życie to nie zadanie. Żeby zwolnić, nie trzeba go wywracać do góry nogami.

Żaneta Rachwaniec-Szczecińska  – psycholog, socjolog, wykładowca na Uniwersytecie Śląskim. Animatorka społeczna, psycholog sportu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również