Sekret szczęśliwych żon

Gdzie na świecie kobiety są najszczęśliwsze w małżeństwie? Co sprawia, że jako żony czują się spełnione, a ich związki trwają długo? I czy mimo różnic kulturowych można się od nich uczyć? Szukając odpowiedzi na te pytania, Fawn Weaver przejechała sześć kontynentów. Jej książka opisująca tę niezwykłą podróż stała się bestsellerem.

Twój Styl: Odkryłaś coś, co niezależnie od szerokości geograficznej wyróżnia szczęśliwe żony?

Fawn Weaver: Spośród tych, które spotkałam, wszystkie co do jednej wyglądały młodziej niż wskazywały na to ich metryki. I prawie żadna nie zrobiła sobie nigdy operacji plastycznej! Czuły się akceptowane takimi, jakie są.

Reklama

TS: Jak w ogóle wpadłaś na to, by badać sekrety szczęśliwych żon? Przed napisaniem książki pracowałaś w biznesie.

FW: Miałam zły dzień. Kierowałam wówczas siecią hoteli i odkryłam, że jeden z pracowników mnie oszukuje. Zdenerwowana zadzwoniłam do męża.

Jest menedżerem w dużej firmie, zazwyczaj bardzo zajętym, ale zamiast powiedzieć: „Mam teraz tysiąc pilnych spraw, pogadamy w domu”, rzucił od razu: „Zaraz po ciebie przyjeżdżam. Idziemy na spacer”.

Podczas spaceru zatrzymaliśmy się przed księgarnią. Pewnie dlatego, że na wystawie prezentowano poradniki dla małżeństw. Uderzyło mnie, że wszystkie tytuły stawiały małżeństwo w negatywnym świetle! Większość doradzała, „co robić, gdy on cię zdradza” albo „gdy cię nie rozumie”, jak wygrywać „wojny małżeńskie” albo wprowadzała w „ciemną stronę związków” itp.

Serial Gotowe na wszystko, który bił wtedy w Stanach rekordy popularności, też rozpowszechniał obraz małżeństwa jako gehenny. Pomyślałam, że coś jest nie tak. Przecież ja i Keith nie jesteśmy jedynym szczęśliwym małżeństwem na świecie. Czemu nikt nie pisze o ludziach takich jak my?! I postanowiłam, że ja to zrobię.

TS: Skąd pomysł, by w tym celu objechać świat?

FW: Jeszcze tego samego wieczoru założyłam w internecie stronę. Nazwałam ją Klub szczęś- liwych żon (www.happywivesclub.com). Chciałam, żeby kobiety, które czują się szczęśliwymi żonami, opisywały tam swoje związki.

Informację o klubie wysłałam do pięciu przyja ciółek. Nic więcej, a mimo to w ciągu czterech tygodni do klubu zapisało się 12 tysięcy kobiet z 22 krajów świata! Nie mam pojęcia, jakimi drogami dotarła do nich wiadomość o moim pomyśle, ale okazało się, że szczęśliwe żony jednak istnieją. (śmiech)

Ciekawiło mnie, czy ich relacje małżeńskie bardzo się różnią w zależności od kontynentu, kraju, zasobności portfela itp.

TS: Bohaterki książki znalazłaś właśnie przez klub internetowy?

FW: Nie. Jadąc na drugi koniec świata, chciałam mieć pewność, że trafię do właściwych ludzi. Dzięki kontaktom biznesowym mam mnóstwo znajomych. Poprosiłam, by znaleźli w swoich krajach małżeństwa z co najmniej 25-letnim stażem.

Zaznaczyłam, że nie chodzi mi o pary, które „jakoś funkcjonują”, tylko o naprawdę świetne związki. Potem zaczęłam korespondować z tymi małżeństwami, umawiać się i jeździć. Podróże zajęły mi pół roku.

TS: Wszyscy chcieli rozmawiać? W książce pytasz o intymne relacje, konflikty, trudne okresy.

FW: Nikt nie odmówił. Szczęśliwi ludzie lubią się dzielić swoimi historiami. Nawet gdy ich droga do szczęścia bywała wyboista. Chyba czują jakiś rodzaj wdzięczności i dumy, że im się udało. Pracując nad książką, kilka razy usłyszałam od moich rozmówców, że czekali, by ktoś zapytał ich o klucz do szczęśliwego małżeństwa.

TS: Co najczęściej okazywało się tym kluczem?

FW: Opowieści były różne, ale kiedy zaczęłam spisywać te dziesiątki nagranych rozmów, dotarło do mnie, że jest kilka rzeczy, które wciąż się powtarzają. W książce zrobiłam ich ranking. Nazwałam go małżeńską ściągą.

TS: Co się znalazło na szczycie rankingu?

FW: Wzajemny szacunek – z naciskiem na „wzajemny”. Bo w wielu kulturach, zwłaszcza patriarchalnych, dużo mówi się o szacunku w małżeństwie, ale jest on rozumiany niemal wyłącznie jako posłuszeństwo należne mężowi.

Kobieta, nawet jeśli jest otaczana opieką, musi się godzić na rolę służebną wobec męża. O wzajemnym szacunku w takim układzie nie ma mowy, bo żona z definicji liczy się mniej niż jej partner. Może dlatego nie udało mi się znaleźć szczęśliwych żon w krajach islamskich.

Ale spotkałam wspaniałą parę tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewałam. To byli ludzie z Indii, których małżeństwo przed czterdziestu laty zaaranżowali ich rodzice. W dniu ślubu byli dla siebie zupełnie obcy. I czuli wobec siebie nieufność.

Wyjątkowe było to, że mąż wywodził się z inteligenckiej rodziny, w której od pokoleń traktowano kobiety jak równorzędne mężczyznom. Jego ojciec w dniu ślubu powiedział mu nawet:

„Pamiętaj, kiedy już poślubisz Aishę, będzie ci we wszystkim równa. Jesteś jej winien szacunek taki sam jak ona tobie”.

Podejście nietypowe dla tego kręgu kulturowego, ale mężczyzna potraktował słowa ojca poważnie i dzięki temu z czasem stali się z żoną przyjaciółmi. A w końcu po latach szczerze się w sobie zakochali.

Jako dojrzali już ludzie mieli poczucie, że lepiej nie mogli trafić! Jednak na tle innych aranżowanych małżeństw, które spotkałam, byli unikalnym zjawiskiem.

TS: Jakie inne uniwersalne cechy szczęśliwych małżeństw odkryłaś?

FW: U par, które opisałam w książce, w ogóle nie występował problem podejrzliwości, kontroli, sprawdzania lojalności drugiej strony itp.

TS: Nikt nigdy nie nadużył nieograniczonego zaufania?

FW: W większości tych małżeństw nie było zdrad. W kilku się zdarzyły, ale z reguły na początku związku i najczęściej był to jednorazowy incydent, który uświadomił tym ludziom, że przez skok w bok mogli zniszczyć relację z najważniejszą dla nich osobą.

Uderzające było też to, że niezależnie od szerokości geograficznej – pamiętam podobne historie z USA, Brazylii i Japonii – szczęśliwi małżonkowie potrafili szczerze rozmawiać o zdradzie z przeszłości, bez oskarżeń, żalów, pretensji.

I że po tym epizodzie żadne z nich nie wpadło na pomysł, by nagle zacząć bardziej kontrolować partnera. Choć wspominali o okresach oddalenia – nawet kilkuletnich. Czasem korzystali też z terapii dla par. Szczęśliwe małżeństwa to nie związki bezproblemowe.

TS: W książce sporo miejsca poświęcasz rytuałom szczęśliwych par.

FW: Bo to też jest uniwersalny wyróżnik dobrych małżeństw. Każda z par opisanych w książce miała co najmniej jeden taki niepowtarzalny rytuał. Coś, do czego dopuszczony był tylko współmałżonek i nikt inny.

Pewne małżeństwo z Izraela przez 40 lat raz w tygodniu, zawsze tego samego dnia o tej samej porze, celebrowało godzinę wyłączności. Dzieci miały wtedy wychodne, a oni zazwyczaj robili sobie drinki z palemką i cieszyli się sobą. Mąż uczył się dla żony robić coraz to inne koktajle. I tak jest do dziś. Ich dorosłe już dzieci do tego stopnia nauczyły się respektować godzinę wyłączności, że nigdy nie wpadają do rodziców w tym czasie.

Z kolei para z Australii przez 30 lat celebrowała randki małżeńskie. Raz na dwa tygodnie małżonkowie wyznaczali sobie wieczór na kino, teatr, tańce w klubie.

Większość małżeństw też czasem gdzieś wspólnie wychodzi, ale randki dwójki Australijczyków różniły się od większości tym, że były nieodwołalne i nieprzesuwalne. Przez lata przyzwyczaili swoich znajomych, rodzinę, a nawet szefów, że wieczór zarezerwowany na randkę ze współmałżonkiem jest święty. Nie było wtedy mowy o nagłej delegacji, przeciągniętym zebraniu.

Dawało im to poczucie, że są w swoim związku bardzo ważni, pierwszoplanowi. Ten rytuał prze- niosłam zresztą do mojego małżeństwa.

TS: Co szczęśliwe pary mówiły o roli pieniędzy w sukcesie ich małżeństwa?

FW: Pieniądze na pewno nie są gwarancją udanego związku. Mieszkam w Santa Monica. To jeden z najbogatszych regionów USA, a współczynnik rozwodów przekracza 50 procent! Zauważyłam za to inną prawidłowość. Wiele szczęśliwych małżeństw zaczynało wspólne życie w skromnych warunkach, czasem od zera. A mimo to po latach osiągało dobrą sytuację materialną.

Zazwyczaj też oboje małżonkowie dzięki strategii naprzemiennego wsparcia odnosili jakiś zawodowy sukces. Ciekawym przykładem jest para z Buenos Aires. Ona dziś jest wziętym chirurgiem, on sędzią. Oboje pochodzą z dzielnic nędzy i zaczynali od zera.

Przez lata żyli bardzo skromnie, ale mieli plan – przez ich rodziny uznawany za nierealny – że zdobędą wykształcenie i wyrwą się z nędzy.

Najpierw on pracował jako robotnik i zarabiał na jej studia medyczne. Potem ona, już jako lekarz, finansowała jego naukę. Prawnikiem został dobrze po trzydziestce. Dziś oboje żyją na wysokim poziomie.

TS: Scenariusz, w którym wnosimy do związku po równo, stwarza większą szansę na szczęś- cie, niż gdy jedna ze stron obdarowuje drugą fortuną?

FW: Gdy ktoś wnosi do małżeństwa znacząco więcej od drugiej strony, istnieje pokusa, by w sytuacji kryzysu czy konfliktu wypomnieć tę „zasługę” współmałżonkowi. U jednej ze stron rodzi to poczucie wyższości, u drugiej – upokorzenia. Oczywiście jeśli ludzie są dojrzali, a relacja naprawdę opiera się na szacunku, nie na jego pozorach, nie musi tak być. Ale bywa.

TS: Wśród szczęśliwych żon były takie, które zarabiały więcej niż mąż?

TS: Tak, głównie w Stanach i Europie. Warunkiem szczęścia było to, że mąż, korzystając z atutów takiego układu, naprawdę potrafił go docenić i okazać wdzięczność kobiecie za to, że dzięki niej żyje na wysokim poziomie. To jest możliwe tylko w związku, w którym między małżonkami nie ma rywalizacji i nie mierzą oni swojej wartości efektywnością finansową.

Pamiętam małżeństwo lekkoatletów z Wielkiej Brytanii. Ona zakwalifikowała się na olimpiadę, jemu zabrakło setnych sekundy w biegu sprinterskim i odpadł. Nie zareagował zazdrością, tylko zaczął wspierać karierę sportową żony.

Przez kilka lat był jej menedżerem i doradcą. Zarabiała dużo więcej od niego. Ale gdy przestała startować, on dzięki jej pieniądzom poszedł na wymarzone studia, których nie skończył w młodości.

Został psychoterapeutą sportowców. Takie naprzemienne wsparcie w dobrych małżeństwach jest częste. Na pewno nie istnieje w nich zazdrość o sukcesy czy pozycję drugiej strony.

TS: Świetne małżeństwo to bardziej przyjaźń czy kochanie?

FW: Wszystkie pary, z którymi się spotkałam, zapewniały, że ich związek to coś dużo więcej niż przyjaźń. Ale jednocześnie wszyscy małżonkowie uważali swojego partnera za najważniejszego przyjaciela.

W kwestii przyjaźni zapamiętałam jeszcze i to, że z reguły pozbywali się bez żalu znajomych, którzy krytykowali ich męża czy żonę. Szczęśliwi małżonkowie są dla siebie zazwyczaj absolutnie najważniejszymi ludźmi na świecie.

TS: A jak się do tego mają dzieci?

FW: Dzieci są dla nich ważne, ale dobre pary w relacjach z dziećmi widzą z reguły czasowe wyzwanie, którego się wspólnie podjęli. Kochają dzieci do końca życia, ale mają świadomość, że ich wychowywanie trwa tylko jakiś czas – kilkanaście lat, czasem około dwudziestu. Podczas gdy ich małżeńska relacja jest na zawsze.

Nie ma to nic wspólnego z zaniedbywaniem potrzeb dzieci. Szczęśliwi małżonkowie najczęściej są też dobrymi rodzicami. Od innych różni ich to, że wychowując dzieci, dbają też o czas tylko dla siebie jako pary. Że się widzą ponad głowami dzieci.

TS: Czy coś z tego, co usłyszałaś od dobrych małżeństw, uważasz za radę nad radami?

FW: Tak. Brzmiała ona: „plan B wykluczony!”. Jeśli cenisz swój związek i chcesz, żeby dojrzał do naprawdę szczęśliwej relacji, w chwilach kryzysów nie uciekaj od niego nawet w myślach. Nie fantazjuj o rozwodzie, innym lepszym facecie. Każde ze szczęśliwych małżeństw przechodziło kryzysy, czasem bolesne. Ale ponieważ z góry uznawały, że „plan B nie istnieje”, wszystkie problemy traktowały jako przejściowe. I życie to potwierdzało.

TS: W książce piszesz, że dobre małżeństwa na różne sposoby pracują nad swoimi relacjami. Ty poprosiłaś męża, żeby zrobił listę sześciu rzeczy, które mogłabyś poprawić w sobie, żeby być lepszą żoną. Sama zrobiłaś listę 12 takich rzeczy, żeby porównać z tym, co będzie u niego.

FW: I okazało się, że tylko jeden punkt na obu listach nam się pokrywał! Dużo o tych listach rozmawialiśmy. Przestałam się wtedy frustrować mnóstwem spraw. Choćby tym, że w moim związku gotuje Keith, a nie ja. Zawsze myślałam, że czuje o to do mnie żal. A on oświadczył, że w ogóle nie ma problemu. W tygodniu i tak jemy w pracy, a w weekendy gotowanie go odpręża.

Z kolei jedna z książkowych par opowiadała o listach, które od czasu do czasu do siebie piszą. Ktoś powie, po co list, skoro mieszkamy razem? A okazuje się, że wielu parom list pomaga wyrażać głębokie emocje lepiej niż rozmowa. Poza tym listy są romantyczne i można je sobie przeczytać po latach. (śmiech) Sama praktykuję i zachęcam.

TS: A czego szczęśliwe małżeństwa na pewno nie robią?

FW: Nie słuchają rad innych na temat tego, co powinny robić lepiej. Są dla siebie autorytetem w sprawie swoich intymnych relacji. I zostawiają sobie strefę, do której nikt – ani najlepsza przyjaciółka, ani najlepszy kumpel – nie mają dostępu. Mają sprawy, o których wiedzą tylko i wyłącznie oni. I ta świadomość daje im radość.

TS: Szczęśliwe małżeństwa się kłócą?

FW: Oczywiście. Ale rzadko się na siebie obrażają. Emocje raczej ich nie ponoszą. Potrafią powiedzieć coś w stylu: W ogóle się z tobą nie zgadzam, wkurza mnie to, co mówisz, ale pogadajmy o tym jutro, bo teraz nie chcę tego rozstrzygać, jestem zmęczona. Kłótnia nie oznacza też u nich zerwania kontaktu.

W ich spory jakby z góry wpisane jest założenie: Tak, mamy słabszy moment, ale oboje wiemy, że dojście do jakiegoś kompromisu jest kwestią czasu. W dobrych małżeństwach ludzie, nawet mówiąc sobie trudne rzeczy, nigdy nie są wobec siebie złośliwi, sarkastyczni, nie szydzą z siebie i się nie poniżają.

TS: Kiedyś znajomy zapytał cię przy twoim mężu, po co w ogóle napisałaś książką o szczęś- liwych żonach. A twój mąż odpowiedział: „Jak to po co?! Żeby zająć pierwsze miejsce na liście bestsellerów »New York Timesa«”. Udało się?

FW: Na razie dotarłam do trzeciego miejsca. Chyba bardziej mnie cieszy, że książkę przetłumaczono już na kilkanaście języków. Niedawno dowiedziałam się, że właśnie przekładana jest na litewski. Może dzięki jej lekturze szczęśliwych żon na świecie będzie więcej. To moja tajna misja.

Rozmawiała Anna Jasińska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Twój Styl

Zobacz również

  • Już w przedszkolu wkraczamy na arenę walki o władzę. Wszędzie spotykamy potencjalnych sojuszników, osoby neutralne i wrogów. Aby w tej grze przeforsować własne interesy, musimy nauczyć się reguł... więcej