Psychoterapeutki - optymistki mimo wszystko

Dobrym żyje się łatwiej. Tym, którzy popełnili przestępstwo, wpadli w nałóg, skrzywdzili rodzinę, ziemia usuwa się spod nóg. Kara? Tak, ale i szansa poprawy. A ona zależy od tego, czy ktoś poda rękę. Sylwia jest terapeutką uzależnionych. Czasem ostatnią osobą, która wierzy, że wyjdą z nałogu. Małgorzata zajmuje się pogubioną młodzieżą. Ale dodaje siły także rodzicom. Ola, kuratorka, pomaga skazanym wrócić do normalnego życia. Zawodowe optymistki.

Reklama

Sylwia Minda, 29 lat, terapeutka uzależnień

Rok temu, kwiecień

Ósma rano. Sylwia dopija kawę. Sweter czy T-shirt? Sweter – wieczorem, kiedy będzie wracała, może być chłodno. W tle piosenka Adele, Sylwia lubi płyty z serii Smooth Jazz Cafe. Jazz koi. Filiżanka już w zlewie, terapeutka wychodzi do pracy. Kierunek: Hoża, Monar.

Ósma rano. Marcel, trzydziestolatek, z ociąganiem odsłania zasłony. Już nie lubi tego mieszkania. Został w nim sam. Ona odeszła. Kretynka. To dla niej miał przestać brać. Mogła poczekać jeszcze miesiąc, dwa, na pewno by się udało. On jej udowodni. Dziś ma pierwszą terapię, tym razem wytrzyma... Marcel czesze włosy palcami, wychodzi. Kierunek: Hoża, Monar.

W drzwiach gabinetu terapeutka w szarym swetrze. Nie, chyba się pomylił. Spodziewał się kogoś starszego. Podają sobie ręce, ona ma silny uścisk. – Wielokrotnie spotkałam się z reakcją: „Pani ma się mną zająć?! Ma pani jakieś doświadczenie?” – opowiada dziś Sylwia. Wygląda bardzo młodo. – W takiej sytuacji pytam: „a czy mój wygląd ma jakieś znaczenie dla tego, co chcesz tu osiągnąć?”. Z reguły szybko dochodzimy do wniosku, że nie – mówi.

Skończyła studia na Akademii Pedagogiki Specjalnej, jest terapeutką w poradni Monar i warszawskim ośrodku Victi dla uzależnionych od narkotyków i hazardu. Od trzech lat prowadzi terapię indywidualną. –

W liceum i na studiach byłam wolontariuszką, odwiedzałam dzieci z porażeniem mózgowym, zespołem Downa, pracowałam w pogotowiu opiekuńczym dla dziewcząt – wylicza.

Przed obroną dyplomu miała już CV liczące dwie i pół strony. – Każdą praktykę po otrzymaniu wpisu do indeksu zamieniam w wolontariat – opowiada. Powołanie? – Za duże słowo. Po prostu lubię pracować z ludźmi. Wierzyłam, że to może być sposób na życie – wyjaśnia. Dlaczego w czasie przeszłym?

– Pod koniec studiów zaczęłam rozglądać się za pracą. Wysłałam dziesiątki aplikacji: ośrodki uzależnień, więzienia. Ściana. Jak to? – Zwątpiłam. I spróbowałam uciec przed przeznaczeniem – mówi.

Scena sprzed kilku lat. Anglia. Sylwia uśmiecha się zza lady, starsza pani dopytuje: „Może ta herbatka z rozmarynem jednak będzie lepsza?”. Sylwia konwersuje uprzejmie, podaje kolejne paczuszki, próbuje oswoić przyjemny, bezstresowy zawód. Pęka po kilku tygodniach. Pakuje walizki, wraca do Polski.

– Zrozumiałam, że choćbym miała zapukać do stu kolejnych drzwi, chcę pracować jako terapeutka, nie odpuszczę.

Lipiec ubiegłego roku „Nie gadaj ze mną, wyrzuć mnie na zbity pysk, jestem słabiak, kawał dupka!” Marcel zaćpał. Ponad trzy tygodnie nie brał niczego. I teraz się złamał. A już miał szansę na stanowisko szefa zespołu, miał też pomysł na kampanię reklamową dla znanej marki. Już wysłał SMS do byłej dziewczyny: „Popełniłaś błąd, daję radę, jestem czysty od miesiąca”.

Wie, co robi się z takimi jak on. Już raz, kiedy był na stażu w Irlandii i po ostrym braniu pojawił się u terapeuty, zatrzaśnięto mu drzwi przed nosem. Teraz terapii szokowej nie będzie? – Każdy terapeuta ma własną filozofię. Moja polega na akceptacji człowieka ze wszystkimi jego słabościami – mówi Sylwia.

Wspomina, jak pod koniec studiów na dwa lata zaczepiła się w radomskim wiezieniu. – Stworzyłam program reedukacji, wydawaliśmy pismo – ewenement, wspólnie więźniowie i studenci mojego wydziału – opowiada. Wtedy żyła... więzieniem. Choć wciąż słyszała: nie boisz się? Przecież to typy spod ciemnej gwiazdy.

– Nie bałam się nigdy, nie prosiłam o ochronę, po zakończeniu programu dostałam prezent – wszystkie wydania gazety przetykane kartkami, na których każdy z więźniów opisał, co zmieniło się w nim na lepsze. Nie mogłam się od tego oderwać. W tym jest sens mojej pracy – tłumaczy.

Wie, że ludzie błądzą albo wpadają w bagno po same uszy. – Ale każdy zasługuje na szacunek. Jeszcze w trakcie studiów poznałam wolontariuszy, którzy pracowali w programie tzw. redukcji szkód. W uproszczeniu: akceptując stan, w jakim znalazła się osoba uzależniona od narkotyków czy alkoholu, pracuje się nad tym, żeby straty, które wyrządza uzależnienie, były jak najmniejsze – mówi Sylwia. Kilka lat temu zaangażowała się w ten program.

– Znajdowaliśmy ludzi w najgorszym stanie. Bezdomnych, brudnych, bez pieniędzy, na śmiertelnym głodzie. Co można dla nich zrobić? Wymienić strzykawki na czyste, zostawić jałowe igły, załatwić dostęp do substytutów narkotyków – metadonu, suboksonu, wywalczyć miejsce w szpitalu na detoksie, zorganizować dokumenty, ubranie – wylicza. Kontrowersyjne? – Problem zamieciony pod dywan nie znika. Nie odwracam się od ludzi takich jak Marcel. Zrobiłeś błąd, masz kryzys? Najważniejsze, żebyś się nie wycofał z terapii.

Październik ubiegłego roku

Jest dobrze. Pięknie. Ciepło. Marcel, leżąc na kanapie, ogląda film, który sam wyświetla się na suficie. Czy to ranek, czy noc? Gdzieś miał iść, coś zrobić... Szef dzwonił cały dzień, Marcel nie odbierał. Ma prawo nie iść do pracy, jest wolnym człowiekiem. Wolno mu kupić sobie działkę, kto mu zabroni? Jakaś Sylwia? Małolata, co pewnie sama nigdy nie spaliła skręta? Jest dobrze i ciepło. Nieodebrane 23 połączenia. Szef, bank, kurier.

Sylwia nie zadzwoniła. Choć Marcel pierwszy raz od pół roku nie przyszedł na terapię. – Nie dzwonię, nie dopytuję. Czekam. To mój podopieczny decyduje o sobie. Ale gdy ktoś „wypada”, oczywiście zaczynam się zastanawiać, czy miałam na to wpływ – mówi Sylwia.

Wie, ile pracy wkładają w wychodzenie z nałogu jej pacjenci.

– To przede wszystkim trud odstawienia narkotyku, ale wielu z nich bardzo dużo kosztuje także wejście w kontakt ze mną. Terapia to relacja. A oni nie potrafią budować relacji. Dla niektórych to pierwszy raz, kiedy przez całą godzinę ktoś ich słucha, próbuje zrozumieć. Są zawstydzeni, że znaleźli się w centrum uwagi – opowiada.

Jej emocje? – Nie ucieknę od nich. To trudna praca oparta przede wszystkim na empatii – mówi.

Dlatego starannie oddziela życie prywatne od spraw zawodowych. Mieszka ze swoim partnerem. W domu ma ulubione książki Larssona, ukochaną muzykę. Dużo jeździ rowerem, chodzi na fitness. Pasje to odskocznia. Także – superwizje. Raz na jakiś czas Sylwia spotyka się z własną superwizorką. – Razem analizujemy to, co się dzieje, szukamy wyjścia, jeśli coś idzie nie tak. Muszę mieć wentyl bezpieczeństwa – mówi.

Czy „wypadnięcie” pacjenta traktuje jak prywatną porażkę? – Bronię się przed tym słowem. Czasem się nie udaje i nie wolno mi obarczać winą siebie. Jeśli tylko daję z siebie wszystko, jestem w porządku – wyjaśnia. Pacjenci nie znają jej numeru telefonu. – Nie jestem pogotowiem. Z czasem odgrodziłam skutecznie swój obszar prywatny. Zastanawiałam się: może tak nie wolno, bo co, jeśli od tego, że nie odbiorę połączenia, będzie zależało czyjeś życie? Ale przecież ono nie leży w moich rękach. Czasem słyszę: „To pani jest terapeutką, niech pani znajdzie dla mnie najlepsze rozwiązanie”. Nie znam go. Mogę być obok, gdy ten człowiek go szuka. Ale Bogiem nie jestem.

Marzec tego roku

Jego pierwsze „czyste” urodziny od... ilu lat? Nie pamięta. Marcel kupuje sobie prezent – nowy laptop. Dostał kredyt, bo ma pracę. Gorszą niż tamta, z której go w końcu wyrzucono, ale wkrótce się odbije.

Sprząta mieszkanie, jada regularnie, potrafi znowu obejrzeć bez zaśnięcia cały film. Musi przyznać rację Sylwii. Łatwiej mu znieść głód narkotykowy, gdy nie pije. Marcel miał kryzys, ale wrócił na terapię. Wkrótce chciałby ją skończyć. Nie brał niczego od wielu tygodni.

– Nagroda dla mnie? Nie oczekuję jej i nie ma tak, że pewnego dnia siadamy i mówimy: koniec terapii, sukces, możemy się rozejść. A ja idę kupić sobie za to nową torebkę. Nagrody są małe, mogą się zdarzyć każdego dnia – mówi Sylwia.

Przykład: X zawsze bał się odmówić kumplom, którzy ciągną na imprezę, ale pewnego dnia powiedział: dość, dziś nie. Y każde pieniądze, które jej wpadały, wydawała na amfetaminę, a pewnego dnia pierwszy raz wolała kupić sobie za nie krem. Z nie rozmawiał z matką od trzech lat, a wczoraj wieczorem do niej zadzwonił. Marcel często spóźniał się  na terapię, aż za którymś razem przyszedł punktualnie i odtąd już nie nawalał.

– Moja radość to drobne postępy podopiecznych – wylicza Sylwia. Czy satysfakcja przekłada się na pieniądze? – Miewam miesiące, że opłaty i superwizje kosztują więcej, niż zarabiam. Czasem trzeba naruszyć oszczędności, ale czy to jest najważniejsze? – pyta.

Nie lubi rozmawiać o pieniądzach. Po prostu są lepsze i gorsze miesiące. – Jeśli mamy na rachunki i zostaje coś na kawę w Starbucksie, jest OK. A zupełnie w porządku, jeśli dwa razy w roku mogę wyjechać w jakieś ładne miejsce – uśmiecha się. Czy będzie OK, kiedy założy rodzinę, urodzi dziecko?

– Jakoś to zorganizujemy. Chyba najważniejsze, że robi się to, do czego jest się naprawdę przekonanym.

Sylwia żegna się z Marcelem. Powstałą więź oboje rozrywają z żalem, ale i ulgą. Choć terapeutka mówi: – Nigdy nie mogę mieć pewności, czy mój pacjent nie wróci na złą drogę. Nie śledzę jego dalszych losów. Przyjmuję, że brak wiadomości jest dobrą wiadomością. Nie mogę obciążać się stresem: a może on znowu zaćpał, wylądował pod mostem? Wolę wierzyć, że sobie poradził.

Ja w ciebie wierzę

Małgorzata Karpińska, 60 lat, terapeutka

Wilga pod Warszawą

Damian, 16-latek, jest zdenerwowany, obgryza paznokcie. Jego mama, ładna brunetka w okularach z modnym logo, denerwuje się jeszcze bardziej.

Przywiozła syna do ośrodka w Wildze. Przygotowała mu rzeczy na tydzień, poprasowała koszulki, nawet majtki. Damian tydzień temu pobił nauczyciela. Przeklina i pali. Teraz, siedząc w gabinecie wychowawcy, boczy się. Ma iść obejrzeć dom, jakąś świetlicę? OK, pójdzie. Ale tylko dlatego, że jednak woli to miejsce niż poprawczak.

„Wspólny dom” w Wildze to pierwszy w Polsce niepubliczny ośrodek socjoterapeutyczny dla młodzieży w wieku 13–21 lat. Z autorskim programem, który zainicjowała Małgorzata, psycholog.

– Dwadzieścia lat temu dzieciaki trafiały do ośrodków wychowawczych jak do przechowalni. A ja zawsze wierzyłam, że do prawdziwej zmiany prowadzi długa terapia w przyjaznym klimacie. I że jeśli „uchwyci” się młodego człowieka w odpowiednim momencie, można go naprostować. Znalazłam kilkoro ludzi, którzy myśleli podobnie.

„Wspólny dom” powstał w 1993 roku, w samym środku lasu – opowiada. Cieszy się, kiedy dzieciaki takie jak Damian decydują się zostać. Nawet jeżeli ich motywacja jest „krzywa”, czyli nie wynika z chęci poprawienia się, tylko ze strachu przed zamknięciem w poprawczaku. Damian przechadza się po domu z posępną miną. Oprowadza go dwóch mieszkańców. Pokazują pokoje, jadalnię, sale do zajęć, tłumaczą, że do szkoły chodzi się w pobliskim Izdebnie. I że nie wolno tu pić, palić, kląć, być agresywnym. Wszelkie dragi oczywiście wykluczone.

– Pacjenci mają tydzień na sprawdzenie, czy dadzą radę sprostać wymaganiom. Jeśli się wahają – jeszcze tydzień albo dwa. W tym czasie także społeczność i terapeuci decydują, czy „nowy” się u nas odnajdzie.

Oprócz rezygnacji ze wszystkich nałogów obowiązuje wstrzemięźliwość seksualna, tzw. zakaz par. Zabieramy komórki, odcinamy dostęp do internetu. Młody człowiek przyjeżdża ze swojego świata pełnego bodźców i trafia na odludzie między wiewiórki. Nie wiem, czy sama bym tak umiała – mówi Małgorzata.

Po miesiącu

Damian jest jednym z jej trzech indywidualnych podopiecznych. Małgorzata wie, że przez ostatnie tygodnie obserwował ją uważnie, sondował, czy można zaufać. Dzisiaj mają porozmawiać o tym, co dalej, nad czym będą pracować.

Ona nie od razu przechodzi do rzeczy. Opowiada: „Wiesz, że do ośrodka przyjeżdża były kierowca rajdowy Krzysztof Szajkowski? Z chętnymi buduje samochody własnej konstrukcji, nazywamy je »szajowozami«”. Damian podnosi głowę, słucha. Mógłby się na to zapisać? Jasne. Chyba że woli gotowanie w pracowni kulinarnej – uśmiecha się Małgorzata. Lody powoli puszczają.

– Staram się znaleźć indywidualny klucz. Każdy dzieciak, który coś nawywijał, ma swoją historię. Ja ją odkreślam grubą krechą. Ile ćpał, co ukradł, kogo pobił, co zrobił nauczycielowi – o tym mogę przeczytać w aktach. Nie dokładam mu na plecy własnej krytyki – mówi Małgorzata.

Wie, że młodzież jest dzisiaj trudniejsza. – W gimnazjach pali się trawę, młodzi ludzie mają kłopoty w szkole, czasami wolniej myślą, a to efekt zmian w mózgu wywołanych przez dopalacze. Ale takie są czasy, dorośli muszą nadążyć – opowiada. Jej zespół to 11 osób. – Część pracuje od samego początku. Pozostali to byli stażyści, nie ma tu ludzi z przypadku. Fascynuje mnie ich zaangażowanie – mówi Małgorzata.

Wychowawcy prowadzą terapię indywidualną i regularne zebrania społeczności. – Wychowankowie sami dbają o dom, sprzątają, uczymy ich odpowiedzialności. Ale zdarzają się konflikty, bo przecież nie trafiają do nas anioły. Czasem wykańcza mnie jedna godzina w ośrodku – opowiada.

Odpoczywa w domu. Mieszka sama w centrum Warszawy. Czyta książki, planuje wyprawy nad morze albo w Bieszczady. Spotyka się z przyjaciółmi w ulubionej włoskiej knajpce. I z synem, który mieszka w pobliżu. Przy obiedzie uciekają od rozmów o pracy, bo syn i synowa również są psychologami. Ale na szczęście on jest także muzykiem w punkrockowym zespole Skowyt, gra na perkusji.

Małgorzata mu kibicuje, jeździ na koncerty. Na sprawy prywatne zostawia dużo miejsca.

– Wilga jest dla mnie bardzo ważna. Ale równie ważne, żeby nie zgubić granicy, gdzie praca, a gdzie moje osobiste życie.

Trzeci miesiąc terapii Damiana

– „Syn powiedział mi, że jego zdaniem jedno jajko kosztuje pięć złotych. Rzeczywiście on nigdy nie był na zakupach?” – pyta Małgorzata. Kobieta w markowych okularach spuszcza głowę. No nie, zakupy robi ona, czasem mąż. Damian ma tylko się uczyć. Jest taki wrażliwy...

Małgorzata pyta: „Pamięta pani sytuację, że on zawinił, a pani wyznaczyła karę?”. Kobieta szuka w pamięci. Nie. Terapia dla rodziców to obowiązkowy punkt programu. – Zawsze podkreślam: to nie wywiadówka, tylko czas dla was, na wasze sprawy, emocje – mówi Małgorzata.

– Rodzice są pogubieni, bezsilni. Mają poczucie winy, że ich dziecko trafiło do ośrodka, że zajmują się nim obcy ludzie, bo oni nawalili.

Powielają podstawowy błąd – zdejmują z dziecka odpowiedzialność, gdy trzeba ponieść konsekwencje. A my przekonujemy: jeśli syn znowu narozrabiał, nie chroń go, nie idź do następnego dyrektora załatwiać nową szkołę, tylko powiedz: koniec, sam odpowiadaj za siebie.

Ale nie mam zamiaru dobijać rodziców: no to teraz zobaczcie, coście swoim podejściem narobili, kogo sobie wyhodowaliście – to by było głupie. Wolę im pokazać, że jeszcze mają wpływ, tylko muszą przemyśleć, co dla ich dziecka jest najlepsze – opowiada Małgorzata. Na kolejnym spotkaniu z matką Damiana mówi: „Co prawda pani syn pierwszy raz wziął szczotkę do ręki u nas, ale już tak się wyszkolił, że zaliczy na medal test białej rękawiczki”. Mama ma łzy w oczach.

Małgorzata nie komentuje niczego. Dawno przestała się dziwić. Spotyka tak różnych rodziców i dzieci. Opowiada:

– Przyszedł do nas kiedyś chłopiec, który całe życie spędził na jednej z najgorszych ulic warszawskiej Pragi Północ. Kiedy znalazł się w Wildze, nie potrafił nawiązać żadnej relacji, był totalnie zagubiony. Są jeszcze enklawy biedy i zacofania, o jakich nam się nie śniło – mówi.

Szkoliła streetworkerów – wolontariuszy, którzy pracują z dziećmi na ulicy. Dziś robi im superwizje. Uczy cierpliwości i empatii. Traktowania każdego dziecka z szacunkiem.

Damian, Osiem Miesięcy w Wildze

Po co go wezwała, przecież dzisiaj nie ma w grafiku terapii... Małgorzata ma poważną minę, patrzy mu w oczy. A potem się uśmiecha. „Mam coś dla ciebie”, otwiera szafkę. Wyjmuje telefon Damiana. „Starałeś się. Od dzisiaj masz status opiekuna, a to oznacza, że możesz korzystać z komórki”.

On wcześniej drwił z tych „harcerskich” stopni – domownik, opiekun, rezydent... Teraz jest z siebie zadowolony. Wysyła SMS do mamy: „Mam znowu telefon”. I dopisuje: „Chciałbym już być w domu”. –

Żegnając się z nimi, nigdy nie mam pewności, że dalej wszystko pójdzie dobrze. Czasem wysyłane z powrotem dziecko, które się poprawiło, przekonuje mnie optymistycznie: „dam sobie radę”, ale ja wiem, że wraca w te same warunki. Wtedy po prostu się boję, że cała praca jego i nasza pójdzie na marne – mówi Małgorzata.

– A najbardziej mi przykro, gdy któryś z podopiecznych rezygnuje. To jego decyzja, a ja muszę ją uszanować. Albo kiedy musimy kogoś wypisać. Reguły ją jasne. Wróciłeś z przepustki i przemyciłeś trawę? Byłeś agresywny, bojkotujesz życie w społeczności? To do widzenia.

Kiedyś te rozstania nie dawały mi spokoju. Miałam wyrzuty sumienia, że odbieramy młodemu człowiekowi szansę. W końcu zdecydowaliśmy, że po okresie karencji można do nas wrócić.

Podopieczni za pierwszym razem nie rozumieją, co tracą. Dostają drugą, trzecią, czasem nawet czwartą szansę. Jeśli dochodzi do kolejnego powrotu, mamy do czynienia z kimś już zupełnie innym, dojrzalszym. Nie ma nic lepszego, niż usłyszeć od takiego dzieciaka: „teraz wam udowodnię, że potrafię się zmienić, pójdę jak burza”.

Każdy ma w sobie światło

Aleksandra Podmiotko, 37 lat, kuratorka

Pierwsze spotkanie

Karol nienawidzi ludzi. Odsiedział cztery lata za rozbój, nielegalne posiadanie broni i kilka drobniejszych przestępstw. Dwa tygodnie temu wyszedł na zwolnienie warunkowe. Już nie ma pracy ani żony.

Nie ma nic oprócz kuratora, którego najwyraźniej też nienawidzi. Tak mówią jego oczy. Bardzo niebieskie.

„Muszę mieć jakiś hajs i mieszkanie, na razie mieszkam u brata. Niech pani coś zrobi, bo znowu pójdę kraść”. Niebieskie oczy patrzą butnie. To wrogość czy strach? „Dobrze, a co pan da z siebie?”.

Pytanie dziwi Karola. Ładna, szczupła blondynka. Gładko zaczesane włosy, dżinsy i ciemna bluzka. Aleksandra jest kuratorem sądowym, zajmuje się readaptacją przestępców – tych, którzy odbywają wyrok w zawieszeniu, są zwolnieni przedterminowo z więzienia, mają zasądzony dozór kuratora. Ludzie różni jak ich przestępstwa.

– Dozoruję skazanych po odsiedzeniu dziesięciu lat za zabójstwo, gwałt, rozboje z użyciem broni, ale także chłopaków, których skazano za posiadanie marihuany – tłumaczy.

Jest też wiceprezesem warszawskiego oddziału Stowarzyszania Penitencjarnego „Patronat”, które opiekuje się skazanymi odsiadującymi karę i tymi tuż po wyjściu na wolność. – Potrzebują pomocy w powrocie do świata, który zmienił się pod ich nieobecność. Trzeba to z nimi ogarnąć – opowiada Ola.

Dozoruje około 100 podopiecznych. Może bez zapowiedzi wejść do ich domu między szóstą a dziesiątą wieczorem, odwiedzić ich w pracy albo wezwać do sądu. Gdy jako kierunek studiów wybrała resocjalizację, babcia ostrzegała: „Nie idź do TAKIEJ pracy, to niebezpieczne”.

– Czy się boję? Mam głowę na karku. Zimą nie włóczę się późno po terenie, jeśli widzę imprezę, nie wchodzę do mieszkania. Zawsze mogę poprosić o asystę policjanta – opowiada. Wiedziała, że ta praca nie będzie łatwa i przyjemna. Po co więc ją wybrała?

– Miałam przekonanie, że w każdym człowieku, niezależnie, co złego zrobił, jest źródło siły, która może go zmienić. Tylko trzeba poszukać, dokopać się. Wierzyłam, że potrafię to zrobić.

Karol, miesiąc później

Małe mieszkanie na warszawskiej Woli. Cerata w zieloną kratkę na kuchennym stole. Karol wystukuje widelcem wzór: białe pole – zielone – białe – zielone. Jest spięty. Na koszuli ma ślady jakiegoś proszku. Mąka? W kuchni pachnie ciasto. Niemożliwe, piekł coś?

„Skroili mi wczoraj rower, nie mam czym jechać do pracy na budowę. Załatwi pani jakiś nowy?”. Ola kręci głową – nie jest od załatwiania rowerów. „To od czego pani jest?!”.

Ona wytrzymuje jego spojrzenie, tłumaczy: „Zarobi pan, odłoży, kupi nowy rower”. Karol zaciska pięści.

– Już się nauczyłam, że choć na zewnątrz kolce i skorupa, w środku może być ciepły człowiek. Ale przeważnie na początku i tak mam ciężko. Dla skazanego kurator to przymus. Muszę udowodnić, że mam pomysł na naszą współpracę i że mogę pomóc zmienić jego trudną sytuację – wyjaśnia Ola. Oczywiście, że pomaga, ale postawa roszczeniowa ją irytuje.

– Z czasem zrozumiałam, że moje idealistyczne wyobrażenie o źródle wewnętrznej mocy to jedno, a życie drugie. Dotarło do mnie: niektórzy wcale nie chcą się zmieniać. Chcę tego tylko ja. A to za mało – mówi. W domu ma dużo książek psychologicznych, o rozwoju duchowym. Szuka odpowiedzi na pytanie, które odebrało jej spokój: czy jeśli kierunek, w którym idzie jej podopieczny, jest zły, ona ma obowiązek „nawracania” na siłę?

– Bo może po prostu każdy z nas ma do przejścia własną drogę? Może musi zebrać różne doświadczenia, także te najgorsze? – pyta.

Kiedy w głowie ma za dużo pytań, idzie na jogę, tańczy, spotyka się z przyjaciółmi. To ją porządkuje. Życie prywatne jest ważne, bo gwarantuje równowagę. Ola ma dwoje dzieci – szesnastoletniego syna i o pięć lat młodszą córkę. Na rozmowę z nimi czas znajdzie zawsze.

Jest także mediatorką w Fundacji Dobrych Rozwiązań. Szuka takich dla swoich podopiecznych. Niedawno pracowała z Renatą, która po wyjściu na wolność musiała zamieszkać w schronisku. Ale tam żyć nie umiała. – Przypomniałam sobie, jak mówiła, że lubiła kiedyś robić na drutach. Poprosiłam: „Zajmij tym ręce i głowę, wycisz się”. Po jakimś czasie wiadomość: „Kupiłam druty i wełnę, siedzę w kącie, robię szalik i myślę ciepło o pani. Dam radę”.

Jeśli jej podopieczny zaczyna sobie radzić, Ola to docenia. – Ważne jest dobre słowo. Ale mogę też np. zamienić wizytę na kontrolny telefon, dać znak rosnącego zaufania – tłumaczy. Gdy sytuacja rozwija się naprawdę dobrze, ona może wnioskować o wcześniejsze zwolnienie z dozoru. To są najlepsze momenty w tej pracy. Pozwalają jednak wierzyć w ludzi. Wychodząc od Karola, Ola pyta o przyjemny zapach. Słyszy: „Brat ma urodziny, sernik mu upiekłem”.

Trzy miesiące później

Zła wiadomość. Karol wtargnął do mieszkania byłej żony, groził jej, doszło do szarpaniny.

Ola wzywa go natychmiast. On stawia się punktualnie. Wie, że przesadził, wie, czym się to może skończyć. Tłumaczy: dostał szału, bo się dowiedział, że eksżona związała się z jego najlepszym kumplem.

Rozkręca się znowu: „Dziwka, zabić ją i tego jej gacha”. Ola przerywa: „Stop!”. Otwiera akta. Karol milknie, jakby uszło z niego powietrze. Widział te teczki sto razy. Boi się ich. Nie chce wracać za kraty. – Mam też swoją ciemną stronę – uśmiecha się Ola. – I wiem, że są na świecie ludzie, którzy mnie nienawidzą. Muszę czasem uderzyć pięścią w stół, potrząsnąć człowiekiem, bo niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą czeka go nieodwołalna kara – mówi już serio.

Gdy podopieczny sprawia trudności, ona wnioskuje o dodatkowe obowiązki dla niego, np. poddanie się odwykowi czy terapii. A czasem próba kończy się zarządzeniem kary. Najciężej Ola znosi sytuacje niejednoznaczne.

– Widzę, że ktoś ma chęci, zapał, naprawdę walczy o siebie, ale coś go pociąga do zła. Wtedy mi po ludzku żal – opowiada. – Bardzo długo wierzę, że ten konkretny ktoś znajdzie w sobie iskrę, która pomoże mu znaleźć lepszy cel, uwierzyć w siebie – mówi poważnie. I dodaje: – Czasem skupiam się na pracy z bliskimi mojego podopiecznego. Rozmawiam z żoną, dziećmi, zachęcam do terapii, a nawet do odejścia od tego człowieka. Niekiedy tak jest najlepiej dla wszystkich – wyznaje.

Nie wie, czy będzie kuratorem do końca życia. Na razie do pracy wciąż nakręca ją wiara w ludzi. – Czasami słyszę zdanie: „Bardzo mi pani pomogła”. I to jest premia. Ale wolę inne: „Poczułem, że teraz już mogę, potrafię...”. Czyli że udało się dokopać do tej siły, o którą mi chodzi. Lubię powtarzać maksymę: „Jeśli ktoś nie chce – znajdzie powód, ale jeśli chce – znajdzie sposób”.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Upływ czasu jest często dużym problemem, szczególnie dla kobiet. Może nawet powodować niebezpieczną dla zdrowia fizycznego i psychicznego gonitwę do urodowej doskonałości. U pań dochodzą do tego... więcej