Polska rodzina A.D. 2016

Podobno z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. A Jak wypada zdjęcie polskiej rodziny 2016? I to bez retuszu? Daniel Grosset

Reklama

Historia jak z obrazka: on i ona. Poznają się, zakochują, zamieszkują razem. Mają dość tułaczki po wynajmowanych mieszkaniach, oszczędzają parę złotych na wkład własny, sprzedają mieszkanie po babci i biorą kredyt. Statystycznie oboje są około trzydziestki. Trochę już ustawieni, ale z całym życiem przed sobą.

Zaczynają myśleć o dziecku. O blondwłosym aniołku, który śpi smacznie w kołysce i robi sobie przerwę tylko po to, żeby powiedzieć „mama”. O wielkookim cudeńku, które przesypia całe noce i wciąż się uśmiecha. Które nigdy nie choruje. Nie płacze. Nie sprawia kłopotów. W wyobraźni zakochani chodzą z dzieckiem na spacery do parku, gdzie zawsze świeci słońce, a jak trzeba, to do pracy, w której kariera układa się jak gdyby nigdy nic.

Pełni najlepszych intencji „zachodzą” więc w ciążę, kupują kołyskę, wózeczek, grzechotki, a potem cierpliwie czekają na szczęśliwe zakończenie.

I co? I zaczyna się koszmar. Czy będą piękne chwile? Oczywiście. Ale jeśli myślicie, że wyjdziecie z tego bez szwanku, to jesteście w błędzie. I lepiej czytajcie dalej.

O czym się nie mówi

Leszek Talko, dziennikarz i autor książek, ma już taki zwyczaj, że mówi szybko i robi kilka rzeczy naraz. Kiedy rozmawiamy, zawozi syna do szkoły, w tle szczeka zniecierpliwiony pies. – Istnieje mit dziecka jako czegoś, co każdy powinien mieć, co jest piękne i wspaniałe – mówi.

– Ale – zaznacza – jest parę rzeczy, o których nikt nie wspomina. Po pierwsze: świat się zmienia. W programach telewizyjnych i poradnikach wszystko jest pięknie wyretuszowane. Urocze, szczupłe pary i ich cudowne dzieci. A w rzeczywistości dziecko nie chce spać, dom wygląda jak pobojowisko, wszędzie plamy po keczupie, a na kanapie stos brudnych ubrań, których nikt nie ma siły zanieść do pralki. – Żona utyła i nie ma ochoty na seks, bo jest tak wykończona, że jest to ostatnia rzecz, która mogłaby przyjść jej do głowy – opowiada Leszek Talko.

– Chciałaby wrócić do pracy, ale nie może. Albo wraca, jednak na gorsze stanowisko. A mąż jest wściekły, bo pracuje trzy razy więcej niż kiedyś i nie dostaje nic w zamian. Po drugie: nie ma już podwórek, na których wychowywały się dzisiejsze 30- i 40-latki. – Rodzice pracowali do szesnastej, a potem wracali do domu – kontynuuje Talko. – Teraz pracują do późna, dzieckiem zajmuje się opiekunka, a oni mają poczucie winy, że spędzają z nim za mało czasu. Ale więcej nie mogą, bo mają kredyt na 30 lat i trzeba na niego zarabiać. Kiedyś dziecko siedziało przed domem, dzisiaj nie ma takiej możliwości, bo podwórek albo fizycznie nie ma, albo opustoszały.

A wakacje? A ferie? Znikąd pomocy. Po trzecie: wszyscy tęsknią za babcią. Leszek Talko też, bo kiedy jego dzieci się rodziły, okazało się, że babcie są za daleko. Owszem, chętnie posiedzą z wnukami w święta, ale one są dwa razy w roku. A inne dni? – Wszystkie pary marzą o babciach – przyznaje Talko.

– Kiedyś były na emeryturze i niańczyły wnuki. Dzisiaj na nowo odnajdują siebie, realizują swoje pasje, wnuki nie są dla nich jedyną rzeczą na świecie. Tymczasem rodzice potrzebują „babci karetki pogotowia”, bo Maciuś dostał gorączki, a trzeba wyjść do pracy. Babcia na sygnale jedzie. A co zrobić, kiedy ktoś jej nie ma? Ale dalej jest mnóstwo plusów. Są te małe rączki ściskające, wielkie oczy i „mamo, tato, kocham was”.

Jednak trzeba mówić o minusach. O tym, że dziecko oprócz tego, że bardzo dużo nam da, to też dużo zabierze. Każda para powinna zadać sobie pytanie: czy jesteśmy na to gotowi? Jakakolwiek by nie była odpowiedź, i tak nie przygotuje nas do tego, co się wydarzy.

Rodzina w kryzysie

Prawda jest jednak dość ponura: Polacy mają za mało dzieci, spada liczba zawieranych małżeństw, przybywa rozwodów. Z badań GUS-u wynika, że w 2008 r. zawarto w Polsce ponad 250 tys. małżeństw. W 2013 – tylko ponad 180 tys. Rośnie za to liczba rozwodów – w ostatnich latach jest ich średnio około 70 tys. rocznie, prawie 30 tys. więcej niż w połowie lat 90. Polacy coraz chętniej czekają ze ślubem do trzydziestki i mają coraz mniej dzieci. W czasie ostatniego wyżu demograficznego, w połowie lat 80., rodziło się ich ponad 700 tys. rocznie. Dziś – o połowę mniej.

Polska jest w ogonie państw Unii, jeśli chodzi o poziom dzietności. Nasze społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, socjologowie są zgodni – jesteśmy o krok od katastrofy demograficznej. Mimo to badania CBOS-u pokazują, że rodzina wciąż jest dla Polaków największą wartością. Aż 78 proc. badanych uważa szczęście rodzinne za kluczowe. Na drugim miejscu jest zdrowie (58 proc.), potem spokój, uczciwe życie, przyjaciele, szacunek wśród innych oraz (daleko na liście priorytetów) praca i pieniądze. Prawie 90 proc. badanych sądzi, że posiadanie rodziny jest warunkiem szczęśliwego życia.

Niezależnie od tego, czy chodzi o mieszkańców miast, czy wsi, pracowników średniego szczebla czy kadrę kierowniczą, wszyscy uważamy, że życie bez rodziny to nie to samo. A rodzinę wciąż rozumiemy bardzo tradycyjnie – jako małżeństwo z dziećmi. Tylko tych dzieci coraz mniej, a oferowane przez rząd 500 złotych może nie wystarczyć. Ale nie chodzi o pieniądze. Chodzi o styl życia.

Nie pójdę w odstawkę

Aktorka Daria Widawska uważa, że najgorsze, co można zrobić, to próbować przewidzieć przyszłość. Jej pierwszy syn Iwo urodził się w 2008 r., drugi – Brunon, cztery miesiące temu. – Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach – mówi aktorka. – Niczego więc nie planowałam, czekałam na rozwój wydarzeń. Jak pan kupuje pralkę, to dostaje w komplecie instrukcję obsługi. Jako użytkownik poprzednich pralek wie pan, do czego służy ten czy inny guzik. A dziecko dostaje się bez instrukcji. To trochę niesprawiedliwe. Widawska szybko wraca do życia zawodowego. Gra w teatrze, jeździ po Polsce ze spektaklami.

– Trzeba próbować to wszystko połączyć – tłumaczy. – Nie da się tylko i wyłącznie być z dzieckiem. To jest absolutnie naturalna rzecz, że w pewnym momencie mama wraca do pracy, żeby zarabiać pieniądze, żeby rodzina mogła normalnie funkcjonować. Nie ma w tym wielkiej filozofii. Mam to szczęście, że nie pracuję po osiem godzin tak jak większość mam. Wielokrotnie zdarzało się, że Iwo siedział ze mną na planie. Mogłam z nim być, karmić go. Iwo w tym roku skończy osiem lat i choć wciąż lubi spędzać czas z mamą, ma coraz więcej swoich spraw.

– Ma kolegów, własne tematy. To jego świat. Staram się temu światu przyglądać z pełnym zainteresowaniem. Wiem, że z czasem będzie w nim dla mnie coraz mniej miejsca, to naturalne. Ale mam nadzieję, że nie pójdę w kompletną odstawkę. Aktor Paweł Królikowski ma w domu samych artystów. Aktorami są: jego młodszy brat Rafał, żona Małgorzata Ostrowska-Królikowska i syn Antoni, który wyrasta ostatnio na prawdziwą gwiazdę młodego pokolenia. Zagrał w „Mieście 44” Jana Komasy, „Karbali” Krzysztofa Łukaszewicza, a ostatnio można go oglądać w serialu o Eugeniuszu Bodo.

Pytam Pawła Królikowskiego, czy jest dumny z syna, i popełniam błąd, bo… – Duma nie ma tu nic do rzeczy – denerwuje się. – Troska o własne dziecko i miłość do niego nie mają z dumą nic wspólnego. Królikowski na wychowaniu się zna, ma pięcioro dzieci. Najmłodszy Ksawery ma dopiero dziewięć lat. Minie jeszcze sporo czasu, zanim wyfrunie z domu. – Każdy ojciec powinien zrozumieć, że dzieciom trzeba przede wszystkim pozwolić żyć – mówi aktor.

– Muszą same zdobywać doświadczenie, tego się nie da przecenić. Gdy dzieci mają rok, dwa lata, sześć, gubią ząbki, są słodkimi, cudownymi bąblami, to wszystko jest piękne. Ale potem synuś i córcia stają się facetem i kobietą. A człowiek ma coraz mniej sił, coraz krótsze pazury, coraz słabszy wzrok. Wtedy dopiero chciałoby się otoczyć ich troską! Ale tego się już nie da, już jest za późno. Taki los rodzica.

Trzeba się wypłakać

Marta Łysek, dziennikarka, autorka bloga Młoda Matka, prywatnie mama dwójki dzieci, przyznaje, że macierzyństwo potrafi dać w kość. – Wszystko jest nowe – wylicza. – Twoja noc to 45-minutowe odcinki snu, przedzielone długimi przerwami. Nie wysypiasz się, więc w ciągu dnia wszystko cię denerwuje. Wstajesz o piątej rano, bo dzieci to ranne ptaszki.

Wiele osób jest przekonanych, że to wygląda tak: poród jak na filmach – szybko i sprawnie – a potem wszystko wraca do normy. Młodzi ojcowie pytają: „Ale zaraz, jak to sześć tygodni bez seksu?”. A te sześć tygodni może się zamienić w rok, bo niektóre kobiety bywają zmęczone. Zanim pojawiły się dzieci, byłam fatalnie zorganizowana – przyznaje Marta Łysek.

– Zamiast pisać tekst przez dwie godziny, pisałam przez trzy, bo w tym czasie coś mi wyskakiwało. Bywało, że zawalałam terminy. Teraz wiem, że zawsze coś się przydarzy. Dziecko się rozpłacze, źle się poczuje. Trzeba to wliczać w każdy plan. Rzeczywiście, popularyzują się różne modele rodziny, ale jednak jest coś takiego, że ludzie marzą o pełnej. Jest coraz więcej rodzin rozbitych, mieszanych, przez co życie staje się trudniejsze. A ludzie marzą o tym, żeby było jak u dziadków – prosto i bez komplikacji.

O takiej rodzinie marzyła Katarzyna Cichopek. Została matką zaraz po tym, jak znalazła się na celebryckim szczycie. Była jedną z najpopularniejszych aktorek serialowych w Polsce, telefon nie przestawał dzwonić, proponowano jej role, reklamy. Dziś mówi tylko, że ciąża zmienia wszystko: – Na początku byłam trochę rozczarowana. Czułam się świetnie, miałam jeszcze sporo czasu. Wiedziałam, że mogę robić bardzo dużo, ale odkąd zaszłam w ciążę, propozycje się skończyły. Kiedy urodził się mój syn, znów zaczęto jakimś cudem proponować mi pracę. Mówię „jakimś cudem”, bo wiem, jak wielu kobietom trudno jest wrócić do życia zawodowego. Ja i tak mogłam więcej – mogłam zabierać dzieci na plan, długo karmić je piersią.

Ale świat i tak przewartościowuje się zupełnie. Zrezygnowałam z wieczornych wyjść, nie mam już takiego luzu. Życie nabiera zupełnie innych barw. Żaden program telewizyjny, żadna reklama nie są warte tego, żeby tracić coś z życia swoich dzieci. Teraz Cichopek prowadzi program „Sexy mama”, poprzez który stara się pomóc młodym matkom wrócić do formy.

– Mówi się, że kobiety są stworzone do macierzyństwa, co czasem zwalnia innych ze zrozumienia, przez jakie trudności muszą przejść – tłumaczy. – To jest takie oczywiste, że kobieta sobie poradzi. A ona często potrzebuje z kimś porozmawiać, wypłakać się. Dziecko nierzadko dzieli zamiast łączyć.

Dziecko w podróży

Małgorzata Kożuchowska starała się o dziecko przez kilka lat, w staraniach tych kibicowała jej cała Polska. Kiedy jej syn przyszedł na świat, aktorka miała 43 lata. Późne macierzyństwo nie przeszkadza jej jednak w karierze zawodowej. „On sprawia, że jestem w takim ciągłym rozkroku – mówiła w jednym z wywiadów.

– Gdy jestem w pracy, skupiam się na tym, co mam do zrobienia, ale i tak ciągle mam z tyłu głowy: nie ma czasu na gadanie, robimy, robimy, robimy, bo ja mam do kogo wracać do domu”.

Dziennikarka i podróżniczka Anna Alboth postanowiła z kolei zabrać ze sobą swoje dzieci. Na koniec świata. Miała 24 lata, gdy zdecydowała o przeprowadzce do Berlina i związała się z fotografem Thomasem Albothem. Decyzja nie była łatwa, trzeba było zostawić rodzinę, przyjaciół, ukochaną pracę w „Gazecie Wyborczej” i poukładane życie, bo Anna miała już męża, kredyt, mieszkanie i zaplanowaną przyszłość. Ale czuła się nieszczęśliwa.

Z Thomasem mieli wspólne marzenia – podróże. Nie chcieli z nich rezygnować nawet wtedy, kiedy pojawiło się dziecko. I stał się cud. Ich blog Rodzina Bez Granic został nagrodzony przez „National Geographic”. Wróciły propozycje pisania tekstów.

– Tęsknimy oczywiście za rodziną i przyjaciółmi, ale nie wyjeżdżamy na dłużej niż pół roku. Bardzo lubimy być razem i w drodze, może nawet bardziej niż w domu – bo jest ciekawiej. Wierzę, że dzieci, żeby były szczęśliwe, muszą mieć szczęśliwych rodziców, a nas akurat to uszczęśliwia – mówi Anna.

Żyli długo i…

Ilona Łepkowska, scenarzystka, o polskich rodzinach wie prawie wszystko. A w każdym razie o tych najpopularniejszych – z telewizji. Sama je wymyśliła. – Ale inspirowało mnie życie – zapewnia. – Scenarzysta musi obserwować świat, ludzi wokół. Po prostu życie. To z tych obserwacji wzięły się rodziny Lubiczów i Mostowiaków, czyli bohaterowie „Klanu” i „M jak miłość” – kultowych seriali TVP.

Średnia oglądalność nadawanego od prawie 20 lat „Klanu” to ostatnio ok. 2 mln widzów. „M jak miłość” regularnie oglądają 4 mln, choć zdarzały się widownie znacznie większe. Rekord padł w marcu 2005 r. – 12,5 mln widzów.

– Wybór rodzin jako głównego miejsca akcji był oczywisty, bo wszystkie badania wskazują, że szczęśliwe życie rodzinne jest bardzo wysoko na liście preferencji Polaków – przyznaje Ilona Łepkowska. – Wiadomo, że Polacy są narodem katolickim, dość tradycyjnie pojmującym sprawy rodzinne. Seriale odpowiadają na te upodobania. „Klan” i „M jak miłość” od lat przypominają Polakom o ich marzeniach, ale od czasu do czasu „oswajają” obyczajowe nowinki.

– Chcieliśmy podążać za trendami – tłumaczy Łepkowska. – Więcej jest związków bez ślubu, rodzin patchworkowych, rozbitych… Staraliśmy się nie tworzyć obrazu odbiegającego od rzeczywistości. Można oczywiście pokazywać tylko portrety idealnych rodzin, w których nie ma zdrad małżeńskich i problemów wychowawczych, ale to by nie miało nic wspólnego z prawdą. Ludzie polubili tę zdrową proporcję pomiędzy ideałem, do którego większość z nas dąży, a rzeczywistością, która od niego odbiega. Istnieje konflikt między atrakcyjnością fabularną a oczekiwaniem widowni, żeby wszystko było szczęśliwe i dobre.

Ale szczęście i spokój są mało atrakcyjne dramaturgicznie. Dużo trudniej jest zrobić film o szczęściu niż o nieszczęściu. Komplikujemy więc życie naszych bohaterów, „brudzimy” ich, wizerunek rodziny zaczyna się chwiać, pojawiają się rysy. Według takiego przepisu powstały „Barwy szczęścia”, inny serial Łepkowskiej, nieco bardziej śmiały obyczajowo i adresowany do młodszej widowni. Odniósł duży sukces – każdy odcinek oglądają średnio 4 mln ludzi.

– Widzowie chcą, żeby było dobrze, żeby wszyscy byli szczęśliwi i żeby serial był ciekawy – tłumaczy scenarzystka. – To jest połączenie ognia z wodą, nie da się sprostać tym oczekiwaniom. Czasem przeginamy – jest za dużo zdrad, problemów – i zaczynamy się zastanawiać, czy w każdej rodzinie tak musi być. „Tradycyjny model rodziny” to często fasada, za którą kryją się zupełnie inne związki, odległe od naprawdę tradycyjnej rodziny. Jednak to idylliczne spotkanie całej familii przy świątecznym stole dalej jest czymś, o czym wielu Polaków marzy.

Bez końca

– Poszedłem kiedyś z moim czteroletnim wówczas synem na rower – wspomina Leszek Talko. – To była prawdziwa wyprawa, kilkanaście kilometrów, objechaliśmy kawał miasta. Wróciliśmy do domu po czterech godzinach. Syn wziął misia i zniknął w swoim pokoju. Ja wykończony siadam na kanapie i zabieram się do swoich zajęć, bo praca, bo zobowiązania, bo wszystko. Po dwudziestu minutach syn wraca i mówi: „Tata. Wstawaj. Jedziemy jeszcze raz”. „Ale przecież ja się nie wyrobię! Nie dam rady!”.

I wie pan, co zrobiliśmy? Wyprowadziliśmy się na wieś. Tak, żeby dzieci mogły sobie jeździć na rowerach i biegać po ogrodzie. Mieliśmy taką możliwość, oboje mamy wolny zawód i nie musimy być codziennie w Warszawie. Każdy sobie radzi, jak może. W polskich rodzinach wszystko jest dziś dozwolone, a większość z nas, nawet jeśli marzy o „tradycyjnym modelu”, i tak skazana jest na ciągłą improwizację.

Żłobki, przedszkola, wyjazdy, przeziębienia, alergie i kontuzje. Lista problemów, z którymi pewnie przyjdzie się nam zmierzyć, nie ma końca. Chociaż przecież statystyczny Polak nie istnieje. Bo każdy jest inny.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Zobacz również

  • Jeśli twój wnuk jest niejadkiem, warto wypróbować proste lecz skuteczne sposoby. Dzięki nim maluch nie będzie dłużej kręcił nosem nad talerzem. więcej