Pokolenie kobiet silnych

Nigdy się nie poddają. Nie przegrywają. Zawsze dają radę. Ale ma to swoją cenę. Silne kobiety są samotne – wśród ludzi, w miłości, w macierzyństwie. Bo jeśli kroczysz przez życie z podniesioną gardą, jak możesz liczyć na to, że ktoś pocałuje cię w policzek? – pyta psycholożka Małgorzata Ohme.

Twój STYL: Coraz więcej wokół nas silnych kobiet, prawda?

Małgorzata Ohme: Nie jestem pewna. Bo co z tego, że zarabiamy lepiej od mężczyzn, umiemy wymienić uszczelkę, brawurowo prowadzimy samochody i trenujemy sporty walki? Co to znaczy „silna kobieta”? W potocznym rozumieniu chodzi o osobę, która nie akceptuje słabości. Nie prosi o pomoc, jest niezależna, powtarza: „Dam sobie radę!”. To jednak siła fałszywa.

Reklama

TS: Skąd się bierze?

MO: Kobieta stała się pozornie silna, bo nierzadko wychowywała się w domu, w którym twardą ręką rządził ojciec, matka była cicha, przygaszona, bezbarwna. I ona postanowiła: ja będę żyła inaczej. Bywa też, że fałszywa siła jest efektem złych doświadczeń z mężczyznami.

Na zasadzie: kochałam, dbałam, wybaczałam, to teraz – figa! Nic od siebie nie dam, będę troszczyła się tylko o siebie. Oczywiście świat także ubiera nas w tę zbroję – choćby nasze otoczenie zawodowe. Jeśli chcesz zrobić karierę, musisz pokazywać innym twarz bez emocji i zawsze, w każdej sytuacji, umieć sobie poradzić.

Tak rodzą się supermenki, o których wszyscy mówią z uznaniem: „To jest dopiero silna babka!”, albo zosie samosie, które „tyle mają na głowie, a jednak dają radę!”. Ale w środku... no, to już zupełnie inna historia. Myślę, że z siłą jest tak jak z odwagą. Profesor Wiesław Łukaszewski, wybitny polski psycholog, powiedział, że nie istnieje odwaga bez strachu. Trzeba przełamać strach, by wykazać się odwagą. Podobnie nie istnieje prawdziwa siła bez słabości. To dwie strony jednego medalu.

TS: Prawdziwie silne kobiety są słabe?

MO: Każdy jest słaby! W każdym razie bywa. Każdemu z nas coś przecież nie wychodzi – jedni gorzej radzą sobie z kontaktami społecznymi, inni nie potrafią załatwiać spraw urzędowych, nie umieją przechodzić do porządku dziennego nad porażkami. Ale niektórzy – przyznajmy, nieliczni – akceptują fakt, że nie są doskonali. Ta prawdziwa siła powstaje w dzieciństwie: gdy mamy ufną relację z rodzicami, wiemy, że świat jest przyjaznym miejscem.

Na jakimś etapie życia rodzice pozwalają nam na autonomię, możemy się odłączyć i uznajemy, że fajnie jest być samemu! Uczymy się sprawczości: tego, że to my sterujemy własnym życiem, budujemy swoją samoocenę. Prawdziwie więc silna kobieta jest ufna, samodzielna, sama kieruje swoim życiem, wierzy w siebie, zna swoje mocne i słabe strony, ale też, co ważne, umie odpuścić.

TS: Nie boi się powiedzieć: „Nie udało mi się tego zrobić. Pomóż mi”?

MO: Właśnie. Bo nie musi wszystkiego kontrolować, nie ma poczucia, że jeśli odpuści, świat się zawali. A to jest trudne, Polki mają z tym kłopot, zwłaszcza w relacjach z mężczyznami. Badanie wykonane na zlecenie Procter&Gamble wykazało, że my nie mamy zwyczaju konsultowania ważnych decyzji z ojcami. Ze wszystkim bieg- niemy do mamy. Ojcowie często w ogóle nie istnieli w naszym życiu jako punkt odniesienia, więc jak mają w nim zaistnieć nasi mężowie, partnerzy?

TS: Przypomina mi się opowieść znajomej: po porodzie ze szpitala odebrał ją mąż ze swoją matką. Mąż otworzył drzwi od samochodu, wyciągnął ręce po becik z synem, a żona te wyciągnięte ramiona minęła i dziecko podała teściowej.

MO: Bo on jest niepełnosprawny, prawda? Ma dwie lewe ręce, pewnie zaraz dziecko upuści. To ważne, jeśli mówimy o fałszywej kobiecej sile. Bo ona istnieje w opozycji do męskiej słabości. Męskość, opiekuńczość nie mają szans na rozwój przy kobiecie, która „da sobie radę” i powtarza: „Ojej, Stefan, zostaw to, nie umiesz, ja zrobię to lepiej”.

Pamiętajmy, że obecnie panowie przechodzą kryzys tożsamości – mówił o tym na łamach „Twojego STYLU” prof. Philip Zimbardo – i jeśli kobieta jest kontrolująca, nadaktywna, jej partner się wycofuje. Znika. I to, rzecz jasna, jest dla zosi samosi kolejny dowód na to, że jej mężczyzna jest słaby, niezdarny i w ogóle do niczego. Koło się zamyka. Ale jest jeszcze drugi popularny typ fałszywie silnych kobiet – siłaczka.

TS: Niech zgadnę: to taka, która siłuje się na rękę z męskim światem, bo musi wygrać?

MO: Musi, bo na tym opiera się jej kruche poczucie własnej wartości. Praca, ale i związek są areną, na której nie można przegrać ani jednej rundy. Nawet parzenie kawy staje się okazją do udowadniania, kto jest górą. Rano on prosi: „Kotku, zrób kawę!”, a ona na to: „Ty zrób kawę, nie jestem obsługą hotelową!”. I tak w nieskończoność. W jej mniemaniu gdyby zaczęła „obsługiwać mężczyznę”, przegrałaby, pokazała miękkie podbrzusze. A tego jej nie wolno – ani w kuchni, ani w dyskusjach, ani... w sypialni. Siłaczki często są niezaspokojone seksualnie i sfrustrowane, bo mają w głowie skomplikowany system nakazów i zakazów, każda czynność erotyczna jest sklasyfikowana. Nie ma mowy o spełnianiu męskich zachcianek, bo to jest „poniżające dla kobiety”. A trudno osiągnąć satysfakcję seksualną, jeśli nie umiemy stracić kontroli.

TS: Kogo więc wybierają na życie fałszywie silne kobiety?

MO: Przyjrzyjmy się najpierw, jak one są postrzegane. Noszą zbroję supermenki, są tymi, które ogarniają, radzą sobie, zarabiają, na wszystkim się znają. Na randce nie pozwalają, by partner za nie płacił, żeby otworzył drzwi, pocałował w dłoń, bo to są staroświeckie przesądy, to upokarza i tak dalej.

Dla wielu mężczyzn to nie będzie pociągające. Będą mieli poczucie, że nie zostawiono im przestrzeni, nie mogli się wykazać. Ale są i tacy, którzy myślą: „Wow! Jaka ona samodzielna! Teraz ona się mną zajmie, wszystko zorganizuje”. To niedojrzali, wieczni chłopcy szukający mamusi. Albo – druga wersja – mężczyźni fałszywie silni, narcystyczni, chcą się przejrzeć w siłaczce, a potem z nią walczyć, żeby udowodnić, że są lepsi, podbudować sobie samoocenę. Takie związki kończą się zranieniem i przekonaniem, że bezpieczniej jednak jest zostać samej.

TS: Fałszywie silne kobiety stają się singielkami?

MO: Nadmiernie silna kobieta zawsze w jakiś sposób jest samotna. Albo opuszczona, jak Zosia samosia, która wszystko musi ogarnąć w pojedynkę, bo zawczasu zadbała, by mąż był niedojdą i w niczym nie potrafił jej pomóc. Albo zraniona, najeżona, uzbrojona po zęby jak siłaczka, która nawet jeśli z kimś się zwiąże, to nie odda się mężczyźnie, nie odpuści kontroli, nie pozwoli, by on cokolwiek zmienił w jej życiu, bo boi się, że wtedy ta pieczołowicie wznoszona obronna twierdza się rozsypie.

Zosie samosie i siłaczki są też samotne w towarzystwie. Nie mają przyjaciółek, bo albo brakuje im dla nich czasu, albo nie umieją akceptować cudzej słabości, płaczu, a przede wszystkim same swojej wrażliwości nikomu nie chcą pokazać. A jak można się zbliżyć do supermenki? Nikt nie przyjaźni się z osobą, której zawsze wszystko się udaje i która zawsze daje sobie radę, bo wszyscy potrzebujemy czuć się potrzebni. No i na koniec – fałszywie silne kobiety to też osamotnione matki, nieumiejące nawiązać więzi z własnymi dziećmi.

TS: Dlaczego?

MO: Dzieci jeszcze nie są opancerzone, im zdarzają się słabe dni, porażki, płacz. A jeśli mama tego nie akceptuje, nie pokazuje na swoim przykładzie, że to normalne, że czasem jesteśmy smutni, rozczarowani, sfrustrowani, to dziecko zaczyna się wstydzić własnej słabości. I zamyka się przed matką. Często też dzieci zoś samoś i siłaczek są przyprowadzane do terapeutów przez mamy z poleceniem: „Proszę coś z nią/nim zrobić”. Bo na przykład matka jest wysportowana, ma wyrobione mięśnie, codziennie biega, pilnuje diety, ćwiczy jogę, jest zdyscyplinowana. Pani prezes dużego koncernu: decyzyjna, kompetentna, ambitna. A córka jest otyła, rozmarzona, nieobecna duchem. W opozycji do matki – miękka. Matka w sobie tej miękkości nie znosiła, w córce też ją to drażni. Jednak bywa, że dziecko – tak odmienne, słabe – konfrontuje kobietę z prawdą, rozbija jej fałszywą siłę. Zaczyna zmianę na lepsze.

TS: No właśnie, jak tu porzucić fałszywą siłę, zbudować w sobie tę prawdziwą?

MO: Przede wszystkim trzeba pogodzić się z własną słabością. Znaleźć jej źródło, nazwać ją, zaakceptować. Bardzo lubię serial Rodzina Soprano, świetnie pokazano w nim ten właśnie proces, choć bohaterem jest mężczyzna. Boss rodziny mafijnej zaczyna odwiedzać terapeutkę, bo zdarzają mu się napady panicznego lęku, w trakcie których mdleje. Czuje się zhańbiony tym, że własne ciało tak perfidnie go zdradza, demaskuje.

Myśli, że psychiatra go wyleczy ze „słabości”. A w trakcie terapii musi dowiedzieć się, skąd się to wzięło i co kazało mu ubrać się w zbroję stuprocentowego macho. Często taki właśnie kryzys powoduje przemianę, pozwala zdjąć zbroję, maskę siłaczki czy zosi samosi. To może być kryzys związany z dzieckiem, bywa to też depresja, wypalenie zawodowe, bo fałszywie silne kobiety zużywają ogromne zasoby energii na utrzymywanie przed całym światem i przede wszystkim przed sobą iluzji „dam sobie radę”.

TS: I co można w tym kryzysie zrobić?

MO: Nie dać sobie rady. Mówię serio: sprawdzić, jak to jest. Można nawet zaplanować taki eksperyment: zrobić celowo coś, czego się najbardziej boimy, co uważamy za niegodne, nawet poniżające dla takich silnych kobiet jak my! Na przykład rozsypać się emocjonalnie w pracy. Powiedzieć szefowi: „Ale ja nie dam rady”. Rozpłakać się nawet. Zobaczyć, co będzie dalej. Żeby się przekonać, że to nie musi być takie straszne. Odpuścić kontrolę w związku, powiedzieć mężowi: „Dzisiaj ty kosisz trawę”, „W ten weekend ty zajmujesz się domem, ja jestem zmęczona i robię sobie wolne”. Dzieci będą jadły pizzę, a dywan zostanie zasypany okruszkami i papierkami po cukierkach? No to co? Świat się nie zawali. Tego trzeba się uczyć, krok po kroku.

TS: Znajoma – ta, która po porodzie bała się, że jej mąż upuści dziecko, i podała je teściowej – wysłała kilkuletniego synka na męski wyjazd. Tylko on i tata, pod namiotem. Powiedziała, że to był najgorszy weekend w jej życiu: oka nie zmrużyła, prześladowały ją wizje wypadków, śledziła pasek informacyjny na TVN24, żeby sprawdzić, czy na Mazurach przez nieuwagę ojca nie zginął tragicznie żaden trzylatek.

MO: Teraz ja zgaduję: pewnie obaj wrócili do domu cali i zdrowi, roześmiani? Wiedziałam! Potem się okazuje, że dzieci dopytują: a kiedy kolejny raz pojadę tylko z tatą? A może ty, mamusiu, sobie pojedź gdzieś i zostaw nas samych, będzie fajnie. I tak trzeba robić, w przypadku syna i córki.

Unikniemy w ten sposób błędu naszych matek, które dopuściły do tego, żeby ich mężowie zniknęli z naszego życia. Tak się wychowuje silnego mężczyznę. I silną kobietę, która wie, że ojcu można zaufać i że w przyszłości sama znajdzie podobnego partnera. Mówię o prawdziwej sile: tej, której nie widać, której nie trzeba demonstrować na każdym kroku. Która nie odcina nas od innych ludzi.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Małgorzata Ohme jest psycholożką, psychoterapeutką rodzin i par. Wykładowczyni Uniwersytetu SWPS. Ma dwoje dzieci.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Trzymamy za rękę najważniejsze osoby, w najważniejszych momentach naszego życia. Często nie zdajemy sobie sprawy, jakie korzyści niesie ze sobą ten piękny, prosty gest. więcej