O tym, jak pokonałam raka

Walka z nim to konkurencja zespołowa. Lider gra o życie. Pozostali zawodnicy wspierają: pocieszają, wożą na chemioterapię, pomagają sprzątnąć mieszkanie. Opowiadają żarty, a gdy trzeba – płaczą razem z chorym. Ale najważniejsze, że dopingują: „Kochamy cię. Potrzebujemy. Musisz wygrać – dla nas”. Ada Pichnowska z Poznania, u której wykryto złośliwego guza piersi, przedstawia swoją drużynę wsparcia.

Reklama

Dzień był ciepły. Niebo bezchmurne. A ja się modliłam: żeby tylko nie padało. I do wieczora nie spadła ani jedna kropla, nawet łez. Bo przysięgłam sobie, że się nie rozkleję. W końcu to czas Marty, mojej kochanej jedynaczki.

Na weselu po północy konferansjer poprosił na środek rodziców młodej pary. Matki dostały od nich bukieciki kwiatów. Ojcowie małe pudełeczka. W każdym jeden niemowlęcy bucik. Zaraz, zaraz... „Marta, ty jesteś w ciąży!”, domyśliłam się i aż krzyknęłam.

Nie dotrzymałam postanowienia, rozryczałam się. Ale jak tu nie płakać? Dziewięć lat wcześniej byłam pewna, że nie doczekam tej chwili, gdy moja córka będzie wchodziła w dorosłość. „Umrę”, myślałam. Lekarze dawali mi 50 procent szans.

Pierwszy zawodnik: Marta

Ten rok – 2007 – był dla nas wyjątkowo trudny. Mama ciężko chorowała. Długo namawiałam ją na leczenie, szukałam specjalistów. Na dodatek Marta miała kłopoty w gimnazjum – uwziął się na nią jeden z nauczycieli. Byłam przerażona na myśl o tym, że może złośliwie oblać córkę na egzaminie. Nie przelewało nam się, ale zatrudniliśmy świetnego korepetytora. Sama też powtarzałam materiał razem z Martą.

Przeczytałam wszystkie lektury, na kartonach rozrysowałam komiksy z akcją Potopu i Quo vadis, wypisałam po bokach ważne szczegóły. „Jakiego koloru włosy na rękach miał Neron?” – zdarzało mi się zapytać znienacka. „Rude” – padała odpowiedź. Uspokajała mnie, ale tylko na chwilę.

Bo jeszcze nowa praca! W salonie z akcesoriami dziecięcymi w Starym Browarze. Z perspektywą awansu: miałam szansę zostać kierowniczką sklepu. Angażowałam się, starałam. Wieczorem, po dniu spędzonym w pracy, w poczekalniach do gabinetów lekarskich z mamą, na nauce z Martą padałam ze zmęczenia.

Któregoś wieczoru podczas kąpieli dłoń przypadkiem powędrowała w dół lewej piersi i palce wyczuły wyraźne zgrubienie. Zaniepokoiłam się. Półtora roku wcześniej wycinano mi włókniaki, jak zapewniano, niegroźne.

Tym razem z wizytą u lekarza zwlekałam kilka miesięcy. Z braku czasu. W czerwcu stan mamy się poprawił, Marta zdała egzamin, wybrała dobre liceum. Wreszcie mogłam zająć się sobą.

Nie chciałam iść sama na badanie w Ośrodku Profilaktyki Nowotworów. Poprosiłam córkę, żeby mi towarzyszyła. USG, mammografia... „Pani Pichnowska proszona na powtórne zdjęcie”, usłyszałam od pielęgniarki. Wpadłam w panikę. Trzęsłam się. „Mamo, uspokój się!”, prosiła Marta.

Wiedziałam już, że wyniki będą złe, bardzo złe. Nie byłam w stanie opanować łez. Dwa guzy – w piersi i węzłach chłonnych pachy. Oba spore, 3 cm średnicy. Siedziałyśmy z córką na ławce w podziemiach szpitala. Obie płakałyśmy. Obejmowałam ją, ściskałam.

Myślałam: „Moje dziecko! Jak ona da sobie radę sama u progu dorosłego życia! Matka jest jej potrzebna, a ja za kilka miesięcy czy rok ją zostawię. Za chwilę mnie już nie będzie!”. Rozpacz.

Drugi zawodnik: Violetta

Najpierw zadzwoniłam do męża Mirka. Musiałam mu powtarzać kilkakrotnie diagnozę, nie wierzył. Drugi telefon, już w domu, był do mojej siostry Violetty. Od lat mieszkała w Niemczech z mężem i synem. „Nic się nie bój. Przyjeżdżam natychmiast”, powiedziała tylko.

Zaskoczyła mnie. Nie sądziłam, że zostawi rodzinę, weźmie wolne w pracy, rzuci dla mnie wszystko. Poczułam, że nie jestem w chorobie sama. Mam przecież męża, córkę, siostrę. Jestem dla nich ważna. Zaczęła mi w głowie kiełkować myśl: może nie muszę się godzić z tą diagnozą? Może rak to nie wyrok śmierci? Może uda mi się zawalczyć? Może... przeżyję?

Nie, tak śmiała jeszcze wtedy nie byłam. Kilka dni później Violetta przyjechała do Polski. Wygadałam się jej, wypłakałam. W tamtej chwili najważniejsze było jednak coś innego: siostra musiała chronić mamę, wciąż słabą. Nie chciałam denerwować rodziców, wiedziałam, że przejęliby się moją chorobą. Raka nie da się ukryć, to przecież widać!

Ustaliłyśmy więc, że Violetta zamieszka z rodzicami, będzie się nimi zajmować i mówić, że właśnie się ze mną widziała. Że byłyśmy na kawie, wszystko u mnie wspaniale, ale pracy mam tyle, że nie jestem w stanie wpaść w odwiedziny. A ja będę tylko co kilka dni dzwonić. Poczułam ulgę. Violetta była moją tarczą.

Czułam się bezpiecznie, wiedząc, że jest obok, w każdej chwili mogę do niej zadzwonić, a ona przyjedzie i mnie przytuli. Na oddział chemioterapii musiałam jednak iść sama. Gdy minęłam szerokie drzwi, przeszła mi przez głowę myśl: „Jestem już po drugiej stronie. Chyba nie wrócę”.

Nagle znów poczułam się samotna i taka mała wobec choroby, lekarzy, procedur szpitalnych. Przede mną plik dokumentów.

Zgoda na transfuzję, informacje o skutkach ubocznych leków. Wrócił strach. Oddziałowa i lekarz prowadzący musieli dostrzec, jak bardzo się boję. Przysłali do mnie psychologa. Nie pamiętam szczegółów rozmowy, nie była długa. Gdy skończyliśmy, uspokoiłam się.

Wiedziałam już: na oddziale są też kobiety młodsze ode mnie. Niektóre mają wznowę. Inne walczą z rakiem, choć lekarze dają im mniej szans niż mnie. „Każdy kiedyś umrze. Nikt nie zna daty własnej śmierci. Ja także. Nie mogę się poddać. Muszę dać z siebie wszystko, trzymać się życia ze wszystkich sił. Jak w ogóle mogłam myśleć, że zostawię Martę, Mirka? Nie mogę im tego zrobić i nie zrobię”, powtarzałam w myślach.

Trzeci zawodnik: Beata

Zaczęłam się rozglądać. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że... to miejsce jest pełne radosnych kobiet. Zaskoczenie. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale poczucie humoru pozwala przetrwać dni z chemią. Bo to straszna trucizna.

Człowiek leży podłączony do kroplówki i czuje, że z każdą minutą uciekają z niego siły. Obserwowałam inne pacjentki. Zwłaszcza jedna mnie zaintrygowała – Beata. Szczupła, wysoka, wyglądała jak dziewczynka. Ciągle się śmiała. Pielęgniarka przyszła do niej z kroplówką, a ona na to: „Dzisiaj poproszę jednak dżin z tonikiem. Albo martini wstrząśnięte, nie zmieszane!”. I w śmiech.

Miałam zaplanowane przed operacją trzy sesje chemii – tej najmocniejszej, czerwonej. Gdy przy drugiej trafiłam na salę razem z Beatą, ucieszyłam się. Od razu wiedziałam, że się zaprzyjaźnimy. Była moją mentorką, bo ona już kończyła chemioterapię, za kilka tygodni szła na mastektomię. Nie wiem, jak bez niej wytrzymałabym na oddziale.

Za każdym razem ze szpitala odbierał mnie Mirek. Wracałam do mieszkania ledwo żywa. A tam czyściutko: zasłony uprane, łazienka pachnąca, ani okruszka na stole. Marta sprzątała, Mirek gotował. Violetta zajmowała się rodzicami, wpadała w odwiedziny, dowoziła zakupy. A ja mogłam dochodzić do siebie. Trzy dni na kanapie z miską i butelką wody.

Miałam takie torsje, że nie byłam w stanie nic przełknąć. Po chemii stało się to, czego od początku się bałam. Włosy zaczęły wypadać garściami. Stanęłam przed lustrem w kuchni, spojrzałam na swoje odbicie. Przeraziłam się: pęki długich włosów były wszędzie, na bluzce, spadały na podłogę. Nie zauważyłam, że do kuchni wszedł Mirek. „Wcale się nie przejmuj. Dla mnie jesteś piękna zawsze, z włosami i bez”, powiedział, całując mnie w policzek.

Następnego dnia przyszła Violetta. Powiedziała tylko: „No, to golimy?”. Byłam załamana. Beata pocieszała mnie przez telefon, opowiadała, że zaczęła łysieć tuż przed weekendowym zjazdem na uczelni. Nie chciała pokazać się na wykładach bez włosów, więc... wytapirowała mocno te, które jeszcze jej zostały, zakryła łyse placki. Dopiero potem poszła do fryzjera.

Śmiałam się, ale i tak trudno było mi zaakceptować nową fryzurę. A raczej jej brak...

Czwarty zawodnik: Mirek

Codziennie przytulał, całował, głaskał mnie po łysej głowie. Czułam, że mu się podobam taka, jaka jestem. I chciałam o siebie dbać. „To ja, twoja faraonowa!”, mówiłam i pokazywałam mu się w nowym makijażu z mocnymi kreskami na powiekach w stylu lat 60.

Trzecia chemia skończyła się w sierpniu. Wyznaczono termin operacji. Odjęcie piersi wraz z węzłami chłonnymi pachy. Czekałam na to. Chciałam pozbyć się tego diabelstwa – utrata piersi nie była zbyt wygórowaną ceną.

Gdy się wybudziłam, poczułam szczęście. A więc po wszystkim. Już „go” nie ma. W szpitalu odwiedzali mnie Mirek i Marta. Opowiadali, jak przygotowali mieszkanie na mój powrót: kupili nawet specjalne poduszki, żebym mogła wygodnie położyć rękę, Marta zaoferowała, że użyczy mi swojego łóżka, wygodniejszego.

Gdy po operacji odwiedzały mnie rehabilitantki, poprosiła, żeby ją nauczyły, jak się robi masaż limfatyczny. Później już mnie masowała. Nie wstydziłam się przed nią blizny, nie miałam wrażenia, że moje ciało zostało okaleczone. Było mi dobrze, gdy czułam jej palce: ktoś się mną opiekował, akceptował w całości.

Czy bałam się tej chwili, w której Mirek zobaczy mnie nago? Nawet nie zdążyłam. Kilka tygodni po powrocie ze szpitala byłam w domu sama. Nie zdołałam się jeszcze ubrać, kiedy wszedł mąż. Spojrzał na mnie, przytulił mocno, pocałował. W jednej chwili zrozumiałam, że dla niego nadal jestem kobietą najpiękniejszą na świecie, najbardziej pożądaną.

Rozkwitłam dzięki tej miłości. Znajomi mówili, że wspaniale wyglądam. Pewnego razu szliśmy z Mirkiem ulicą i jakiś mężczyzna obrzucił mnie spojrzeniem. Mąż się zirytował. „Znów jest zazdrosny!”, ucieszyłam się. A na ucho wyszeptałam mu: „Daj spokój biedakowi. Ale by się nabrał: nie dość, że łysa, to jeszcze bez cycka!”. I oboje się roześmialiśmy.

Kolejne trzy serie chemioterapii, naświetlania. I już był grudzień. Leczenie zakończone. Pół roku wyczerpującej walki. Diagnoza: „rokowania niepewne”. Ale czy coś w życiu jest pewne? Tylko jedno – zbliżało się Boże Narodzenie.

Wynik 1:0 dla nas!

Z Martą pojechałyśmy na targ choinek. Wybrałyśmy największą. „Choinka to symbol odradzającego się życia”, myślałam, wdychając zapach igieł. Ledwo wtaszczyłyśmy ten „symbol” do tramwaju!

Kapusta z grzybami, gotowana na wolnym ogniu przez tydzień. Barszcz, pierogi. Wszystko sama robiłam. Prezenty? Dużo drobiazgów: perfumy, woda toaletowa. Bliscy, składając mi życzenia, mówili: „Największy prezent to ty. Że jesteś”.

Wtedy w myślach dodawałam: „Będę jeszcze przez wiele lat!”. Na wiosnę 2008 roku zaczęły mi odrastać włosy. Z początku... niebieskie. Dopiero potem ściemniały. Patrzyłam w lustro. Uśmiechałam się do własnego odbicia. Ależ chciało mi się żyć! Kupiłam nowe meble. Z Beatą chodziłyśmy w piątkowy wieczór na rynek w Poznaniu wypić drinka, potańczyć, pośmiać się.

W lutym zorganizowałyśmy wyprawę do Egiptu: tylko dla dziewczyn z oddziału chemioterapii. Bawiłyśmy się, wszystko nas cieszyło, na całe gardło śpiewałyśmy Czerwone korale Brathanków. „Te wesołe Polki”, tak o nas mówili. Ileż miałam planów! I wciąż mam.

W raku to jest najważniejsze: żeby mieć przyszłość, zadania do wykonania. I ludzi, dla których chce się żyć. Dla mnie to byli Marta, Violetta, Mirek, Beata. Ale i inni: lekarz prowadzący, pielęgniarki z oddziału, które witały mnie całusem w policzek, moja szefowa, która, gdy się dowiedziała, że mam raka, powiedziała: „Dbaj o siebie, walcz. Będziemy na ciebie czekać i twoje stanowisko też”.

Muszę być zdrowa. Przecież ich wszystkich nie zawiodę. Teraz to oni mogą na mnie liczyć.

Jagna Kaczanowska, psycholog

Mirek - mąż: Na początku byłem wściekły na lekarzy, że nie rozpoznali raka wcześniej, bo żona robiła co rok badania kontrolne. Ale wiedziałem, że jej nie pomogę, szukając winnych. Postanowiłem podejść raka inaczej. Wiedzą.

Zacząłem zbierać informacje o nowych lekach, niekonwencjonalnych metodach leczenia. Tak dowiedziałem się m.in. o noni, owocach morwy indyjskiej nazywanej przez Polinezyjczyków „aspiryną przyszłości”. Kupiłem sok z owoców noni, przyniosłem żonie na oddział. Cieszyłem się, gdy powiedziała, że dzięki niemu czuje się lepiej.

Rzeczy, których nie należy mówić choremu na raka

Czasem chcemy wesprzeć chorego, powiedzieć coś mądrego i... trafiamy jak kulą w płot. Czego nie należy mówić? Dr Nikhil Joshi spojrzał na to z podwójnej perspektywy: lekarza i pacjenta – w 2014 roku sam zakończył terapię onkologiczną. Każde zdanie dr Joshi opatrzył zabawnym komentarzem.

1. Wyzdrowiejesz.

Serio? Skąd możesz wiedzieć? Żaden chory nie ma pojęcia, jak potoczy się jego los. Udawanie, że jest inaczej, nie podnosi na duchu. Wręcz przeciwnie.

2. Możesz sobie z tym poradzić. Jesteś silna.

Ludzie nie umierają na raka dlatego, że są słabi i brak im hartu ducha. Umierają, bo leczenie okazało się nieskuteczne, bo nowotwór był zbyt agresywny. To nie ma nic wspólnego z wolą życia, charakterem.

3. Myśl pozytywnie.

Czy dla chorych na raka ważna jest nadzieja i optymizm? Z całą pewnością. Czy przypominanie im o tym może być pomocne? Ani trochę.

4. Chodźmy do klubu, zaszalejmy, jedźmy na wycieczkę!

Chodźmy, fajnie, ale może raczej w miejsce, które nie jest zbyt zatłoczone, w którym nie ma tłumu rozwrzeszczanych dzieci i w którym choremu na raka, osłabionemu chemioterapią nie grozi infekcja.

5. Jak sobie z tym radzą twoje dzieci, twoi rodzice?

Co powiesz na: „Cała rodzina jest taka podekscytowana moim rakiem! Wszyscy mamy się świetnie!”. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest oczywista: każdy, nawet najmłodszy domownik stara się poradzić sobie z tą sytuacją najlepiej jak umie. Po co więc pytasz?

6. A co z twoim byłym mężem, nie pomaga ci?

To nie jest najlepszy moment na przypominanie choremu, że ktoś, kogo darzył kiedyś uczuciem, być może nie stanął na wysokości zadania.

7. Będziesz łysa?

No pewnie, większość osób z rakiem traci włosy. Dzięki Bogu, fryzura na zero stała się ostatnio szalenie modna.

8. Próbowałaś jogi? Ziołolecznictwa? Hipnoterapii?

Wszystko to ciekawe – medycyna alternatywna itp. – ale tak się składa, że standardowe leczenie, chemioterapia, radioterapia, chirurgia, zostało opisane w tysiącach artykułów i książek, a jego efekty są sprawdzone. No to dzięki.

9. Może powinnaś spróbować modlitwy?

A może ty powinieneś powstrzymać się z głoszeniem dobrej nowiny. To nie czas na nawracanie. To w ogóle nie jest twój czas – to czas tego, kto choruje.

10. Jak się czujesz?

A jak, do cholery, ty byś się czuł? Rozmawiasz z chorym na raka! Następne pytanie, proszę! Na podstawie tekstu „10 Things Not to Say to Someone With Cancer” z bloga dr Nikhila Joshiego na www.huffingtonpost.com

Twój STYL: Moja przyjaciółka ma raka. Właśnie się o tym dowiedziałam. Co powinnam zrobić?

Iwona Nawara: Domyślam się, że do tej pory świetnie się dogadywałyście. I to się nie zmieniło wraz z postawieniem diagnozy. Dalej można być z przyjaciółką szczerym. Nie wie pani, jak się zachować, co mówić? Nie trzeba tego ukrywać. „Chcę być przy tobie, powiedz mi, jak i co mogę dla ciebie zrobić?”, to dobry początek rozmowy.

Od pacjentów, z którymi pracuję, wiem, że nie ma nic gorszego niż znikający ludzie. Tacy, którzy byli w naszym życiu nieraz przez całe lata, a tu nagle pada to „straszne” słowo rak i ci ludzie uciekają. Przestają dzwonić. Nie odwiedzają nas. Unikają. Nie z lęku przed zarażeniem się chorobą czy samym nieszczęściem, nie dlatego, że sądzą, że nie podołają sytuacji, bo są egoistami.

Te ucieczki powodowane są niewiedzą. Dlatego w pierwszych rozmowach o raku potrzebna jest mądrość i wsparcie ze strony... chorego. To on jest ekspertem od własnego życia, on może powiedzieć, czego mu trzeba.

TS: Ale potem to my, zdrowi, chcemy wspierać chorych. Chyba nie zawsze robimy to dobrze. Pamiętam słowa znajomej skierowane do naszej wspólnej przyjaciółki: „Kochanie, zostaw to, zmęczysz się. Jesteś taka słabiutka”.

IN: Istnieje mądre i nieprzemyślane pomaganie. Wielu z nas ma potrzebę „ustawienia życia” choremu. Tam pójdziesz, tego się napijesz, to przeczytaj. No i te słoiki znoszone do szpitali czy domów chorych! Tu galaretka na wzmocnienie, tu rosołek dietetyczny. Świetnie, że się troszczymy, ale przecież ten ktoś może nie cierpieć galaretki.

Znacznie lepiej zapytać: „Zrobić ci rosół? Nie? A na co masz ochotę?”. Jestem zwolenniczką proponowania chorym aktywności i pytania ich o zdanie. Choć często w chorobie nowotworowej następuje moment, gdy pacjent ma wszystkiego dosyć, życia też.

Wtedy trzeba go trochę wyciągnąć za uszy. Powiedzieć: „Teraz zjesz. Potem wyjdziemy na spacer. A później przyjedzie Jolka i sprzątniemy twoje mieszkanie”.

TS: Bywa, że na raka zaczyna chorować ktoś w naszej pracy. Jak się zachować?

IN: Normalnie, naturalnie. Nie ciągnijmy za język: „Jak się czujesz? Ale jak to dobrze? Przecież masz raka?! Chcesz wody? Przynieść ci soku?”. Warto dać znać, że jesteśmy gotowi udzielić wsparcia, i na tym poprzestać. Wiem, że czasem w firmach organizowane są zebrania: „Anka ma raka i musimy jej pomóc”.

Choroba nowotworowa to nie jest temat na biurową konferencję. W gronie najbliższych współpracowników, dwóch, trzech, można porozmawiać, o ile Anka wyrazi taką potrzebę.

TS: Bywa, że chory zachowuje się nieracjonalnie. Mówi, że kończy z lekarzami i odtąd będzie korzystać z pomocy zielarza. Co wtedy?

IN: Chorzy mają prawo podejmować rozmaite decyzje, także irracjonalne według osób z najbliższego otoczenia. Oczywiście my z kolei mamy prawo czuć niepokój. Odradzałabym próby przekonywania pacjenta, że postępuje niemądrze. Ale możemy przecież zwyczajnie zapytać: „Słuchaj, nie wiem, czemu dokonujesz takiego wyboru. Opowiedz mi o ziołolecznictwie, akupresurze, chcę cię zrozumieć”.

Warto też zaproponować: „Wiesz, w każdej ważnej sprawie dobrze jest poradzić się kilku ekspertów. Znam świetnego onkologa. Sympatyczny, otwarty facet. Chętnie umówię was na spotkanie, po prostu porozmawiacie. Co sądzisz?”.

TS: Leczenie nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Przyjaciel chce porozmawiać z nami o śmierci. A my się boimy.

IN: Być może wszyscy, bez względu na to, czy jesteśmy chorzy, powinniśmy choć raz porozmawiać z bliskimi o śmierci. Fakt, że tak się wzbraniamy przed tym tematem, świadczy o tym, że to my nie jesteśmy gotowi go podjąć. Można się trochę dokształcić, dowiedzieć co nieco o umieraniu – bardzo pomocne są w tym książki, np. Lekcje życia Elisabeth Kübler-Ross i Davida Kesslera.

Moi pacjenci polecali ostatnio Gdybyś miał przed sobą rok życia Stephena Levine’a, ale i filmiki na portalu YouTube, np. wywiady z ks. Janem Kaczkowskim.

Potraktujmy śmierć jak normalny temat do rozmowy. Zapytajmy bliskiego chorego, dlaczego ostatnio o niej myśli. Powiedzmy też coś o sobie.

TS: Bycie z chorym, wspieranie go, rozmowy o śmierci – to wyczerpuje, prawda?

IN: Tak. Dlatego warto poszukać wsparcia już na samym początku diagnozy, żeby uniknąć wypalenia. Teoretycznie na każdym oddziale onkologicznym powinien dyżurować psycholog, z którym można porozmawiać. Czasem musi wystarczyć kontakt telefoniczny.

W październiku organizujemy w Krakowie specjalne tygodniowe turnusy rehabilitacyjne dla chorych i ich bliskich. To dobra okazja, by się dowiedzieć, jak wspierać osobę zmagającą się z rakiem i jak nie zatracić siebie. Bo wtedy już nikomu nie będziemy w stanie pomóc.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Iwona Nawara jest psychoonkologiem, terapeutką, prezesem Stowarzyszenia Wspierania Onkologii Unicorn w Krakowie. Stowarzyszenie zajmuje się pomocą osobom dotkniętym nowotworami i ich rodzinom. Ambasadorami Unicornu są Barbara i Jerzy Stuhrowie. Więcej informacji na www.unicorn.org.pl oraz pod numerem 12 425 11 02.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również