O jeden stres za daleko. Kiedy życie wpada w poślizg

Marta znalazła się w depresji z powodu kłopotów syna w szkole. Agnieszka przestała wstawać z łóżka po tym, jak... awansowała. Czasem nie trzeba dużo, by wyzwolić stres, który odkładał się w nas latami. Co dziwne, mogą to sprawić nawet zdarzenia... pozytywne. Wtedy życie wymyka się spod kontroli: nic nas nie cieszy, przestajemy nad sobą panować, rodzina i ludzie z pracy biorą nas za histeryczki. Stop! Z tego kołowrotka da się wysiąść. Bohaterkom reportażu to się udało.

Reklama

Zdarzył ci się dzień, kiedy bez powodów rozpłakałaś się na ulicy? Albo zwymyślałaś kierowcę jakiegoś samochodu? A może czasem chcesz po prostu zniknąć? Uważaj, to sygnał przeciążenia. Twój organizm daje znak, że ma dość ciągłego pośpiechu i napięcia. Potem może się zdarzyć, że jedno wydarzenie uruchomi lawinę, której nie zdołasz powstrzymać.

Marta lat 39, księgowa

Mama 11-letniego Romka i 7-letniej Tosi. Niedawno otarła się o załamanie nerwowe. „Z powodu kłopotów dziecka w szkole?! Oszalałaś? Ludzie to mają prawdziwe problemy”, mówiły przyjaciółki. Dziś już wie, że nie chodziło o szkołę syna, wtedy dziesięciolatka. To była tylko kropla, która przepełniła czarę.

Wyglądasz na zmęczoną? Masz szarą cerę, drżą ci ręce? Źle. Tak samo miałam w zeszłym roku. To nic takiego – wtedy bagatelizowałam swój stan. „Kontrola” to modne dzisiaj słowo. Synonim „sukcesu”. Opowiem ci, jak ja straciłam kontrolę. Najpierw jednak zobacz, jak żyję teraz. Odbieram dzieci ze szkoły, po drodze robimy zakupy, przed wejściem do domu wyciszam telefon. Od 18 mam święty czas dla rodziny.

O 22 gaszę światło w pokoju dzieci. W łazience zapalam świeczki, do wanny wrzucam sól morską. Dopiero tuż przed snem pierwszy raz od wielu godzin zerkam na telefon. Kilka wiadomości. Anka: „Błagam, odezwij się, co mam robić, on znów nie zadzwonił”. Chcę zareagować od razu – odruch wspaniałej przyjaciółki. Ale odkładam telefon. Przyjaciółka może poczekać. Wszystko może. Zanim przekonałam się o tym, odebrałam trudną lekcję.

Styczeń rok temu, czwarta rano. Już trzeci raz przestawiam budzik. Miałam wstać o trzeciej, skończyć rozliczać umowy, potem obudzić Romka i pomóc mu się uczyć do klasówki z przyrody. Mąż musi się wyspać, bo prowadzi dziś w firmie ważne zebranie. Ja mam ochotę rzucić zegarkiem w drugi koniec pokoju. W końcu idę do kuchni, za mną bokserka Lolka, trzy koty. Zapalam światło.

Kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Zwariuję”, złorzeczę. „Nie chcęęęę iść do szkołyyyy... – syn zakrywa się kołdrą. Próbuję być cierpliwa: – Mieliśmy się uczyć, obiecałeś, że wstaniesz o szóstej. – Nie chcę! – zaczyna wyć jak trzylatek. Jeszcze chwilę próbuję być miła, ale czuję, jak agresja narasta. – Do nauki natychmiast, inaczej nie chcę być w twojej skórze. Co to jest cytoplazma, pamiętasz z wczoraj?!

– Nienawidzę szkoły, nie chcę, nie chcę tam chodzić” – mówi już ciszej Romek. Jest przestraszony moją reakcją, nie zna mnie takiej. „Nienawidzę życia, nie chcę żyć”, myślę. Tego samego dnia po południu siedzę w gabinecie w szkole syna. Pokój przypomina więzienną celę: mały i ciasny. Głos pedagog jest spokojny: „Czy zauważyła pani wcześniej objawy lękowe u syna? – Nie, nie zauważyłam – odpowiadam. – Nigdy? – powtarza. Serce wali mi mocniej.

– Chce pani powiedzieć, że jestem złą matką?! Jestem zbyt zapracowana, żeby zobaczyć, że fobia szkolna dziecka zaczęła się już w jego wczesnym dzieciństwie?! – ironizuję. Ona kontynuuje: – Czy gdy syn miał trzy, cztery lata i zaczął chodzić do przedszkola, była pani z nim często? – Pani żartuje?! Czy to jest pytanie do współczesnej zapracowanej matki?” – rzucam agresywnie, czuję, że zaczynam płakać.

Nie wiem, co się dzieje – do diabła, nigdy nie płakałam! – ostatnio wciąż to robię. Teraz jeszcze przy obcej babie! „Chcę pani pomóc zrozumieć” – mówi łagodniej. „Jestem beznadziejna, chodząca porażka”, biczuję się w myślach. Stoję przed szkołą i odpalam papierosa od papierosa. Drżą mi ręce. Nie dam rady. „Błagam, załatw mi dobrego terapeutę. Nie radzę sobie jako matka, nie mam siły żyć, mój syn jest taki jak ja: nadwrażliwy i emocjonalny!”, wykrzykuję chwilę później do telefonu. Zadzwoniłam do Magdy, jest psychologiem, znamy się z liceum.

„Marta, nie zamierzasz żyć z powodu tego, że dziesięciolatek nie chce chodzić do szkoły? Pomyśl, o co naprawdę chodzi?”

Nie wiem, co mam odpowiedzieć, nie wiem, dlaczego rozpadłam się pod szkołą. Dlaczego wyję komuś w słuchawkę, choć nienawidzę opowiadać o sobie. Tym bardziej narzekać, żalić się. Nienawidzę siebie słabej. To ja jestem od tego, żeby mi się zwierzać, żeby wspierać innych, pomagać.

Jadę do sklepu po rzeczy na obiad. Dla męża zrobię kurczaka po tajsku, którego tak lubi – należy mu się po ciężkim dniu. Dla dzieci krupnik i udka z marchewką. Krążę między półkami jak chmura gradowa. Uspokajam się przy stoisku z winem. Dziś australijskie białe czy hiszpańskie czerwone? „Coś nam się należy od życia”, mawia moja przyjaciółka, matka czwórki dzieci, kobieta perfekcyjna. Praca na stanowisku, dobra żona, matka, piecze zdrowe ciasta marchewkowe i chleb, bo ten w sklepach nie nadaje się do niczego. Chcę być taka jak ona, próbuję być.

Wakacje w Chorwacji, pół roku wcześniej, ze znajomymi, naszymi dziećmi i ich. „Jestem szczęśliwa”, przytulam się do Adama. Czuję spokój i dumę. W mojej rodzinie nie ma stresu, nie krzyczymy na dzieci. Z przerażeniem patrzę, jak znajoma wrzeszczy na sześcioletniego syna, karze go za nieposłuszeństwa. „Co za chaos!”, myślę. Jestem podekscytowana nadchodzącym rokiem, Tonia idzie do pierwszej klasy, Romek do czwartej. „Czwarta klasa to koszmar. Teraz dzieci muszą się nieustannie uczyć”, straszy jedna z przyjaciółek. „Poradzimy sobie”, tłumaczę i jestem tego pewna. Czuję się spokojna: przenieśliśmy syna do prywatnej szkoły, ma świetne opinie. Tosia też tam pójdzie. „Proszę się przygotować na dużo nauki, będę wymagać”. Blondynka o ostrych rysach twarzy grzmi zza biurka.

Jesień zeszłego roku to koszmar

U Adama w firmie redukcje, więc pracuje dłużej. Opieka nad dziećmi spada na mnie. „Mamo, musimy kupić kredki. Mamo, musimy kupić zeszyt do muzyki, przynieść ludziki z kasztanów, wyhodować fasolę, dlaczego jeszcze nie kupiliśmy doniczki? Mamo, zapomniałem powiedzieć, że potrzebujemy na dzisiaj dynię i pinezki”.

Do tego nauka. Tosia nienawidzi robić szlaczków i pisać literek. Romek nie nadąża z matematyką, kiepsko też z angielskim i francuskim, bo w nowej klasie języki są na wysokim poziomie. – „Ucz się sam! – mówię. – Nie umiem, pomóż mi” – błaga za każdym razem.

Przymusowa powtórka z gramatyki angielskiego, do francuskiego kupuję podręcznik, odsłuchuję płyty, żeby wiedzieć, jak wymawiać wyrazy. Do tego inne przedmioty, po szkole basen i gimnastyka korekcyjna. „Boli mnie brzuch, chcę zostać w domu”, syn codziennie rano płacze.

Adam krzyczy, ja uspokajam, ale w naszym domu przestaje być sielankowo. Nie pamiętam, kiedy obejrzałam swój ulubiony serial, przeczyłam książkę. Praca, lekcje, wożenie dzieci w różne miejsca. Rozmowy telefoniczne nadrabiam w samochodzie. „Nie, nie możesz się zgadzać, żeby on cię tak traktował”, przytakuję jednej przyjaciółce. „Koniecznie musisz dostać awans, zasługujesz na to”, zapewniam drugą. Wtedy nie myślę: dlaczego nikt nie pyta, co u mnie? A gdy próbuję coś powiedzieć o problemach Romka w szkole, słyszę: „Narzekasz? Ja mam gorzej”.

Dwa tygodnie po spotkaniu ze szkolną pedagog siedzę na fotelu u mojej psycholog

Poleciła mi ją Magda. Jest starsza, wzbudza zaufanie. Czuję się jak wrak człowieka. Od dwóch tygodni nie jem, nie śpię. Dręczą mnie pytania: lęk jest dziedziczny czy wyuczony? To moja wina, genów czy złych nauczycieli w szkole? Chcę nazwać zachowanie Romka, mieć diagnozę i rozwiązywać problem. U terapeutki na wstępie zaznaczam: – „Przyszłam z powodu syna.

Patrzy uważnie: – A co tak panią niepokoi w jego zachowaniu? – pyta. – Nie radzi sobie w szkole, nie wiem, co robić, oszaleję niedługo. Wie pani, zawsze bałam się psychiatryków, a teraz marzę, żeby mnie tam umieścili. Zabiorą mi telefon, nie będę musiała nic robić, odpocznę – wyrzucam z siebie potok słów.

– Czego konkretnie ma pani dość?” Terapeutka zadaje proste pytania: dlaczego tak silne emocje budzi we mnie lęk Romka? Dlaczego nie pozwolę mu wziąć za siebie odpowiedzialności i dostać jedynki? Czy nie mam wrażenia, że stawiam sobie i synowi za duże wymagania? Skąd to się wzięło? Jak wyglądało moje dzieciństwo?

Z ociąganiem wracam do przeszłości. W liceum obiecuję sobie, że będę miała idealne życie bez kłótni i przemocy. Taka scena: mam dziewięć lat, ojciec wpada do mojego pokoju, za bluzkę ciągnie do kuchni. „Czy tu jest miejsce tej szklanki?!”, patrzy z furią. Kulę się w sobie, od właściwej odpowiedzi zależy, czy dostanę lanie, czy nie. „Nie, tatusiu”, słyszę swój cichy głos. Tego głosu nienawidzę w sobie przez całe lata.

„Przepraszam, naprawdę przepraszam”, tłumaczę się przed koleżankami, szefami, współpracownikami

Mina dziewczynki, wzrok wbity w podłogę. A najczęściej robię wszystko, żeby nie przepraszać. W szkolę uczę się najlepiej w klasie, zawsze daję ściągnąć i nigdy nie mówię, co myślę. Marta „zadowalaczka”, Marta dobra rada. Uczę się: możesz być meganieszczęśliwa, ale dopóki nie dasz po sobie tego poznać, wszyscy uważają cię za szczęściarę. Musisz też być miła i czarująca, wtedy każdy cię lubi. – „Nie chcę tylko napięć między nami – mówię wiele lat później Adamowi, swojemu narzeczonemu.

– Oszalałaś! Będziemy żyć lekko, zabawnie i szczęśliwie” – obiecuje. Najbardziej kocham go za wewnętrzny spokój. Nie przeszkadza mu, że łyżka źle leży, że w restauracji ktoś nie podał jedzenia na czas. Nasi znajomi kupują mieszkania na kredyt, my podróżujemy: Gruzja, Ukraina, Rosja, Bułgaria, Tajlandia. Kiedy zachodzę w ciążę, myślę: będę dobrą, odpowiedzialną mamą.

Romek przychodzi na świat zimą. Styczeń jest mroźny, wciąż pada śnieg. Mimo to chodzę z synkiem na długie spacery, bo to zagwarantuje mu zdrowie. Nie czuję się zmęczona, do wszystkiego podchodzę zadaniowo. Podobnie jest trzy lata później, gdy zachodzę w drugą ciążę. Też przebiega wzorcowo. Życie wydaje się mi się matematyką, ciągiem przyczynowo-skutkowym. Działasz sprawnie, świat odpowiada tym samym.

„Czy nie jest tak, że trudno się pani skonfrontować z faktem, że pani życie nie jest idealne?” – pyta podczas sesji terapeutka. Wychodzę od niej zdruzgotana. Przyjmuje niedaleko modnej knajpki w Warszawie. Wokół tłum młodych kolorowych ludzi. „Moje życie nie ma sensu, czeka mnie tylko przemijanie”, myślę. Terapeutka dobiła mnie pytaniami: czuje pani wsparcie partnera? Często prosi o pomoc innych? Czy ją dostaje?

Nagle uświadamiam sobie własną samotność. I zmęczenie. „Musisz odebrać dzieci. Mam pilne sprawy” – piszę Adamowi. „Co się stało?” – dopytuje. „Musisz?! Rozumiesz?! I poucz się z Romkiem matematyki, nie mam siły”. Pierwszy raz od miesięcy nie dbam o to, co muszę. Idę do kina, potem na spacer nad Wisłę. Nic dla siebie nie robię, każdy mój dzień wygląda tak samo, jedyną rozrywką, którą mam, jest jedzenie – myślę gorzko.

Na kolejnym spotkaniu terapeutka mówi, że mam prawo być zmęczona i czuć się źle. Dlaczego nie daję sobie prawa do smutku?! To prawda, uważam, że jest oznaką słabości i nieradzenia sobie. Powoli dochodzimy, dlaczego tak bardzo cierpię z powodu syna. Nie radzę sobie z tym, że jest uosobieniem wszystkiego, czego nie akceptuję w ludziach – poddawania się.

Jednocześnie jestem jego matką i nie potrafię stawiać mu granic. Terapeutce przyznaję się, że kilka razy nie puściłam Romka do szkoły tylko po to, żeby nie musieć patrzeć na jego łzy. „On czuje pani rozdygotanie, ono mu się udziela”, słyszę. W gabinecie opowiadam, że od czasu gdy zaczął się rok szkolny, do szaleństwa doprowadza mnie każdy drobiazg. Najchętniej ciągle robiłabym awantury, ale uśmiecham się i jestem miła. Psycholog na kartce każe mi zanotować zadania na dziś: nie sprawdzać lekcji, niech Romek dostanie ocenę niedostateczną. Być asertywną. Jasno powiedzieć synowi: idziesz do szkoły, a jeśli problemy nie ustąpią, zapisać go do psychologa dziecięcego. Mam powiedzieć „nie” temu, że tylko ja wyprowadzam psa, sprzątam, gotuję. Uświadomić mężowi, że też pracuję – i to jest ważne. Mam być smutna, kiedy jest mi źle. Nie robić rewolucji, tylko zacząć od drobiazgów. „Albo mi pomożesz, albo nie wiem, co będzie” – mówię Adamowi w kuchni.

Wygłaszam godzinny monolog o samotności i przeciążeniu. „Dlaczego nic nie powiedziałaś? – pyta. – Przecież cię kocham, nie ożeniłem się z robotem wielofunkcyjnym, tylko z fajną dziewczyną”. Zaczynam płakać. Robimy nowy podział obowiązków, bo muszę znaleźć czas na własne przyjemności i regularną terapię. Jeśli mam zacząć mądrzej żyć, kilka sesji nie wystarczy. W poniedziałki i środy dzieci odbierze Adam, ja będę mogła pójść na siłownię.

Biorę na siebie pomaganie w lekcjach Tosi i w angielskim Romkowi, do francuskiego znajdziemy lektorkę. Niby drobne ruchy, ale od tego zaczyna się każda zmiana. Zresztą sam fakt, że mąż jest moim sojusznikiem, dodaje mi skrzydeł.

Powoli i z trudem uczę się oddzielać siebie od syna. Nie obwiniam go już, że nie ma mojego temperamentu, staram się akceptować jego słabości i pozwolić na błędy. Przecież jeśli się nie sparzy, nigdy się nie nauczy! Na początku jest ciężko – nawyki to ogromna siła. Nawyk pomagania, wyręczania, kontrolowania. Wiele razy dziennie muszę się zatrzymać. Najczęściej mówię sobie: „spokojnie, za chwilę”, i zaczynam oddychać. Dzięki temu nabieram dystansu. Każde wydarzenie jest po to, żeby coś nam uświadomiło – powtarzam zdanie banał. Dziękuję losowi za szkolne kłopoty syna. One mi uświadomiły, co tak naprawdę od lat działo się ze mną.

Agnieszka

35 lat. Mama 5-letniej Leny, szefowa w dużej firmie. Kiedyś myślała, że stres dotyka ludzi, którzy przeżyli coś traumatycznego. Myliła się. Ona największy przeżyła po tym, kiedy… awansowała. Po dwóch miesiącach na nowym stanowisku któregoś dnia nie wstała z łóżka. Uratowała ją przyjaciółka.

Dobre buty, legginsy i ciężarki na nogi. Jest szósta rano, właśnie wychodzę biegać. Mijam swoje osiedle i docieram do krętej drogi. Tam włączam aplikację liczącą przebyte kilometry i spalone kalorie. Robię „ósemkę”, wracam, biorę szybki prysznic, wyciskam sok z pomarańczy, budzę córkę i męża.

Kilka miesięcy temu o tej porze przewracałam się na drugi bok. „Nie, błagam”, mówiłam do Jacka, który próbował mnie dobudzić. Byłam nieprzytomna, bo zasypiałam tylko po proszkach koło czwartej rano. Pobudka o siódmej była koszmarem. „Twoje życie jest w twoich rękach”, czytam w różnych artykułach. Kiedyś się z tego śmiałam, dziś wiem, że to prawda. Jedynym lekarstwem na stres jest sport, samodyscyplina i idealna organizacja. Nie znam innego.

Dwa lata temu. Jestem sfrustrowana. Lenka podrosła, mąż robi karierę, ja stoję w miejscu. Pracuję w jednym z banków. Siedzę w biurze od 9 do 17, przewracam papiery, odpisuję na maile i marzę, że kiedyś coś osiągnę. „Aga, a dlaczego nic ze sobą nie zrobisz?”, pyta raz przyjaciółka, która postawiła wszystko na jedną kartę i założyła sklep internetowy. Wbijam wzrok w podłogę, nie wiem, co powiedzieć.

„Nie zależy mi na awansie, najważniejsza jest rodzina”, mówię. Ale to nieprawda. Czasem śni mi się taka sytuacja: mam 25 lat, jestem na swojej pierwszej rozmowie o pracę. Rekrutuje mnie piękna, zadbana kobieta około trzydziestki. Patrzę na nią z podziwem. Jest pewna siebie, stanowcza, silna. „Będę taka jak ona”, obiecuję sobie potem na jawie. Tak się jednak nie dzieje. Mijają lata, a ja jestem co najwyżej asystentką szefowych, ich prawą ręką. „Nienawidzę tej wstrętnej baby”, myślę o aktualnej kierowniczce. Niezorganizowana, odwalam za nią większą część roboty, a to ona odbiera pochwały u prezesa. Bo jest urocza, miła. Narasta we mnie przekonanie, że to nie fair. W księgarni wykupuję poradniki o tym, jak zrobić karierę. „Musisz się odważyć, nadajesz się, potrafisz”, wspiera mnie mąż. Kilka miesięcy później na urodzinach znajomej spotykam koleżankę z liceum. Jest w zarządzie dużej firmy. Opowiadam jej o swojej frustracji, zmęczeniu, niskiej pensji. Nagle ona pyta: „A nie chcesz zmienić pracy? Właśnie szukamy nowego szefa działu PR, złóż u nas papiery, przyjdź na rozmowę, może się uda”.

Jest poniedziałek, maj, gdy dzwoni telefon: „Dostała pani to stanowisko. Kiedy może pani podpisać umowę?”

Jadę akurat samochodem, zjeżdżam na pobocze i obdzwaniam bliskich: „Awansowałam!”. Nie myślę o tym, że nie pojadę z rodziną na wakacje (zaczynam od lipca). Wreszcie będę mogła samodzielnie zarządzać, kreować. Sukces! „Jestem szefową, jestem szefową”, podśpiewuję, chodząc po galerii handlowej. Wybieram ubrania do pracy.

Przyszłość widzę tylko w jasnych barwach. „To Agnieszka, wasza nowa dyrektor”, przedstawia mnie kilka tygodni później szefowa HR. Pięć osób patrzy badawczo. „Jestem tu po to, żeby wam pomóc, żeby było lepiej”, uśmiecham się ciepło. Uśmiechem odpowiada mi tylko jedna osoba. „Ale są nadęci”, piszę do męża. „To wielkie korpo. Daj im czas”, odpisuje. Przez pierwszy tydzień wychodzę z biura o 22. W domu jeszcze odpalam laptopa. Ilość obowiązków zwala mnie z nóg. Codzienne bezsensowne spotkanie z zarządem, które trwa dwie, trzy godziny, kontakt z klientami, około 200 maili w skrzynce, na wszystkie trzeba miło odpisać, kilka rozgrzebanych projektów, nowe, które zaproponowałam, właśnie powstają.

– „Tyle obowiązków ma ogarnąć pięć osób? – łamię się któregoś dnia i zwierzam najbliższej współpracowniczce. – Właśnie dlatego była szefowa odeszła” – kwituje ona. Uśmiecha się wyrozumiale, tyle że tego samego dnia dowiaduję się od asystentki, że chwilę później opowiedziała reszcie, że „nowa” pęka. Nie można być dobrym dla ludzi! Jeszcze im pokażę – wściekam się. I postanawiam zacząć wymagać. „Dlaczego ta strona tak wygląda? Kto w ogóle w nią wejdzie!”, strofuję na zebraniu dziewczynę odpowiedzialną za zmianę strony internetowej, „Jak można napisać tak beznadziejną notatkę?”, złoszczę się na drugą.

Kilka razy wybucham: „To ja tutaj jestem szefową i będzie, jak chcę”. Za chwilę przepraszam. „Czy mogłabyś odpisać na maile?”, pyta mnie współpracowniczka. Mam wrażenie, że triumfuje, bo nie daję rady. „Odpiszę, kiedy odpiszę! Nie pouczaj mnie”, warczę. Wychodzą ze mnie cechy, o które nigdy bym się nie posądzała – jestem opryskliwa, nieuważna, niekonsekwentna, ciągle zirytowana. „Nie mam czasu się spotykać, rozumiesz? Wkurzają mnie twoje gierki i manipulacje”, krzyczę na przyjaciółkę, która mówi zrezygnowana, gdy odwołuję spotkanie: „Przyzwyczaiłam się”. Właściwie nie wstaję od laptopa.

Pojedziesz z nami na basen? Nie. Wyjdziesz na zakupy? Nie. Wpadniemy do znajomych? Beze mnie. Każda sekunda bez komputera jest zmarnowana. – „Mamooo, co się z tobą dzieje? – pyta Lenka. Ciągnę ją za rękę przez park. Byle szybciej. – Kotku, mama teraz pracuje, żeby mieć na przyjemności dla ciebie” – tłumaczę. Ale głupio mi.

Kiedyś miałam czas, by oglądać z nią mrówki w pobliskim lasku, podziwiać szyszki i okoliczne drzewa

Miałam siłę na opowiadanie wieczornych historii, teraz tylko mówię „śpij” i gaszę światło. Fatalnie sypiam, jak opętana drę się na ludzi w kolejkach, jestem nieuprzejma dla sąsiadki. „Niech pani mi da coś na uspokojenie”, proszę w końcu farmaceutkę w aptece. Kupuję kilka opakowań ziołowych tabletek, łykam je garściami. Jestem po nich tylko otumaniona, zasypiam na trochę, budzę się jeszcze bardziej zdenerwowana, pełna wyrzutów sumienia.

W weekendy podglądam Facebooka. Ludzie spędzają dzień na piknikach, spotkaniach z przyjaciółmi. Ja pracuję po 17 godzin na dobę i wciąż za mało. „Jacek, oszaleję”, pękam któregoś dnia. Jest sobota rano, już zajrzałam do komputera, więc wiem, że od osiemnastej poprzedniego dnia dostałam 200 wiadomości. „Nie wstanę”, zakrywam głowę poduszką. Zrozpaczona dzwonię do przyjaciółki, też szefowej.

Czy nie śpisz po nocach? Nie masz czasu dla rodziny? Nie ogarniasz niczego? Nie możesz przed ważnym spotkaniem oddychać? Ewa mówi, że może powinnam lepiej się organizować. „Nie podoba ci się, to do widzenia! Mam cię dość! Wynocha!”, wrzeszczę do podwładnej na zebraniu. Nie wykonała pracy, nie przeprosiła nawet. Patrzyła tylko wyzywająco. „Ona się kompletnie nie nadaje na szefową, może i ma pomysły, ale nie potrafi zarządzać ludźmi”, słyszę potem przypadkowo, jak żali się koleżance. Wieczorem wracam do domu i płaczę.

Jestem złą szefową, nie kontroluję emocji, nie ogarniam zespołu, moje życie rodzinne to ruina, nawet nie pamiętam, kiedy dzwoniłam do mamy czy wyszłam na kawę

Czuję, że zawiodłam samą siebie, marzyłam o awansie, a nie potrafię się odnaleźć na stanowisku. Jestem kreatywna, pracowita, ale moją słabością są relacje. I organizacja. Muszę to zmienić. Umawiam się z najbliższymi przyjaciółkami: wszystkie są dobrymi menedżerkami, nawet jeśli nie robią kariery w korporacjach. Oddziel rzeczy ważne od ważniejszych, ogarnij biurko, prowadź kalendarz oraz listę pilnych spraw, przestaw zegarek trzy minuty do przodu, nie marnuj czasu na Facebooku – rzucają radami.

Jedna wydaje mi się najważniejsza: „Uwierz, że jesteś dobra”. Wymieniam więc swoje sukcesy: sprawiłam, że nasza strona internetowa stała się popularna, wizerunek firmy w mediach jest dużo lepszy, sama wymyśliłam kilka superakcji. Nagle rozumiem, dlaczego tak bardzo sobie nie radzę, gdy stoję na czele zespołu. Chcę, żeby inni mnie lubili, no i nie potrafię brać na siebie pełnej odpowiedzialności, bo zawsze byłam w czyimś cieniu.

W domu silna dominująca mama: „To nieprawda, Agusiu, że nie lubisz pomidorowej. Wszyscy ją lubią”. W przedszkolu dominująca koleżanka, to samo w podstawówce, liceum, na studiach i w każdej pracy. W sytuacjach stresowych polegałam na bliskich. To Jacek zwracał uwagę ekipie remontowej, że czegoś nie dopilnowała, to mąż załatwiał trudniejsze sprawy w urzędzie.

W firmie nagle zostałam sama. Mogę tylko oszaleć albo się zmienić – mówię sobie. Kupuję duży kalendarz. Nie wpisuję do niego obowiązków domowych, bo to tylko potęguje chaos i poczucie, że z niczym nie zdążę. Każdego ranka przed wyjściem do biura ustalam listę priorytetów. Spotkanie z zarządem? Chwila zastanowienia. To akurat nie dotyczy mojego działu. Piszę więc mail: „Na pewno mnie potrzebujecie? Dopinam prezentację”. Odpowiedź: „OK, pracuj, prezentacja jest teraz najważniejsza”.

Punkt dla mnie. Wprowadzam codzienne zebrania, chcę na bieżąco wiedzieć, na jakim etapie są pracownicy, a nie gasić pożary. Daję sobie prawo, by być asertywna, ale już nie agresywna. Nie siedzę w biurze po godzinach, bo zrozumiałam, że z przemęczenia zacznę chorować, a nie tędy droga. Kiedy jest „gorąco”, zdarza mi się roboczy weekend, ale potem biorę dzień wolny. Przedpołudnie mam dla siebie, potem wcześniej odbieram ze szkoły córkę i razem robimy coś fajnego. No i zmusiłam się, żeby przed pracą regularnie biegać. W nagrodę za pierwszy miesiąc treningów kupiłam sobie dżinsy z kolorowym haftem. Zawsze o takich marzyłam. Wiem, że mój start w pracy był fatalny.

Trudno więc zmienić pozycję, szczególnie gdy już poznano cię jako histeryczkę. Na szczęście jest to możliwe. „Przesadzasz”, „Nie da się”, wciąż słyszę od koleżanek z pracy. Nabieram powietrza do płuc kilka razy i odpowiadam spokojnie: „Rozumiem, że tak uważasz, ja jednak myślę inaczej i będę wdzięczna, jeśli to zrobisz”. Kilka razy dziennie mam ochotę przeprosić, ale zaciskam zęby.

Gdy widzę ludzi w kuchni, którzy coś szepczą, po prostu ich mijam i wracam do swoich zadań. „Nie mam na coś wpływu, nie przejmuję się tym”, powtarzam w myślach. Serwer padł, szef powiedział coś głupiego? Zanim zareaguję, idę na szybki, dziesięciominutowy spacer, robię sobie kawę. Jestem efektywna tylko wtedy, gdy zachowuję spokój. Poza tym nie pracuję w NASA ani nie robię operacji na otwartym sercu – tłumaczę sobie. Zaczyna działać. Powoli. Tylko czasem wstydzę się i jestem zaskoczona, że nie dałam razy z pozornie jedną z najlepszych rzeczy, jaka może nas spotkać w życiu. Z awansem.

Katarzyna Troszczyńska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również