Niekochani? Dlaczego?

Dlaczego niektórzy z nas idą przez życie bez miłości? To kwestia przypadku, specjalny typ osobowości czy może wynik braku jakiejś umiejętności? O ludziach, których trudno kochać, z psychoterapeutką Zofią Milską-Wrzosińską rozmawia Magdalena Jankowska.

Zdjęcie

Niektórych ludzi trudno kochać /123/RF PICSEL
Niektórych ludzi trudno kochać
/123/RF PICSEL

Niektórzy ludzie nie budzą w innych pragnienia bliskości, zaciekawienia, chęci zażyłości, bo są bardzo zajęci sobą. Niekoniecznie egocentryczni, ale tak skupieni na swoich wewnętrznych sprawach, że zamykają się na kontakt z drugim człowiekiem.

PANI: Jeśli ktoś mówi, że ma pecha w miłości, to co Pani o nim myśli?

Reklama

Zofia Milska-Wrzosińska: Myślę, że taka osoba nie ma siły, a poza tym musiała się jakoś do tego przyczynić. Często słyszę: „To nie był mój wybór, po prostu znowu źle się zakochałam. Skąd mogłam wiedzieć?”. Ale miłość nie zdarza się bez naszego udziału, a wejście w związek nie jest przypadkowe. Pech może polegać na czymś innym.

Czy istnieją ludzie, którzy nie potrafią wzbudzać w innych miłości?

Rzeczywiście, niektórzy nie budzą w innych pragnienia bliskości, zaciekawienia, chęci zażyłości. I nie chodzi tu o atrakcyjność – jest przecież mnóstwo przykładów na to, że osoby postrzegane jako mało atrakcyjne są kochane, mają udane związki. Atrakcyjność powoduje po prostu, że jest się łatwiej zauważanym, więc ma się więcej propozycji.

To w czym rzecz? Czy to kwestia braku jakiejś umiejętności, czy może specjalnego typu osobowości?

Osoby, które nie wzbudzają w innych chęci zbliżenia się do nich, są bardzo zajęte sobą. Niekoniecznie są egocentryczne, tylko tak skupione na swoich wewnętrznych sprawach, że zamykają się na kontakt z drugim człowiekiem. Pamięta pani Catherine Sloper, bohaterkę „Domu na placu Waszyngtona” Henry’ego Jamesa? Agnieszka Holland nakręciła film na podstawie tej powieści.

Catherine jest młoda, dość miła, wydaje się, że nie ma w niej niczego odpychającego. Mimo to nie wzbudza miłości (nawet we własnym ojcu, który zresztą swoją „wyrazistą” osobowością przyczynił się do ukształtowania właśnie takiej konstrukcji psychicznej córki), bo jest sparaliżowana lękiem, nieustannie skupiona na tym, że zrobi coś nie tak, przyłapią ją na jakiejś gafie, napiętnują.

Jest tak spięta i skoncentrowana na swoim przerażeniu, że nie potrafi z nikim wejść w bliski kontakt. Nie ma w niej aktywnego zaciekawienia, zaczepności, wyjścia do drugiego człowieka. Nie może być, bo całą jej energię absorbuje coś zupełnie innego. I druga osoba to czuje, odsuwa się od niej, a czasem nawet ją lekceważy.

Tym powodem skupienia się na sobie zawsze jest lęk?

Niekoniecznie, jeżeli ktoś nie nadaje znaczenia kontaktom z ludźmi, bo obsesyjnie zaprząta go coś innego, raczej nie będzie kochany, ponieważ nie jest emocjonalnie dostępny. Na przykład jeden z bohaterów „Sagi rodu Forsyte’ów” Johna Galsworthy’ego – Soames – nie dostrzega ludzi, bo jest zaabsorbowany normami: co powinno być spełnione, co trzeba wykonać, co jest zakazane.

Zasady, zadania, cele. Jeśli one kogoś wypełniają, to nie ma przestrzeni, by interesować się uczuciami innych, budować więzi. Kontakt z taką osobą przypomina wizytę, podczas której pani domu bardzo się troszczy o nasze potrzeby, wciąż podaje, nakrywa, donosi, martwi się, czy wszystko dostaliśmy, czy spróbowaliśmy, czy mamy pełny kieliszek, czy nie ma brudnych naczyń na stole, ale nas nie dostrzega.

Gdy ktoś nieustannie myśli, co powinien, co musi, co mu wolno, nie wchodzi z innymi w emocjonalny rezonans.

Czyli kluczem do miłości jest emocjonalna dostępność? Złe cechy charakteru, niemiły sposób bycia nie mają znaczenia?

Brak miłości nie musi wynikać z tego, że ktoś jest zły, bezwzględny, okrutny – paradoksalnie takie osoby często bywają bardzo kochane, bo potrafią intensywnie, choć nieprzewidywalnie, wchodzić w relacje. Są też ludzie o mało ujmującym sposobie bycia, którzy są kochani, bo sam na sam z osobą bliską są ekscytujący, otwarci.

Z drugiej strony, miły sposób bycia niekoniecznie oznacza dostępność emocjonalną. Niektórzy umieją prowadzić rozmowę, pamiętają imiona twoich dzieci, zapytają o męża, ale czuje się, że to nie jest prawdziwe zainteresowanie. Nie dopuszczają do siebie blisko, nie powstaje więź.

Oczywiście istnieją cechy zniechęcające do miłości, na przykład zachowania biernoagresywne wywołujące u innych poczucie winy, pozornie miłe, ale skrywające zjadliwość. On dzwoni do niej spóźniony 10 minut i słyszy: „Czy ty w ogóle chciałeś do mnie zadzwonić? Bo skoro się spóźniłeś… Nie musimy się spotykać, jeśli nie chcesz”.

O ile jawnie wyrażona złość nie musi przeszkadzać w miłości, o tyle pokrętne sygnały bardzo blokują kontakt. Druga strona czuje się manipulowana i się wycofuje. Zastanawiam się nad sensem tych wszystkich rad dla singli: uśmiechaj się, flirtuj, bądź bardziej sexy. Brzmi to tak, jakby wzbudzenie miłości było kwestią kilku umiejętności.

Niektórzy naukowcy podają nawet formułę: wystarczy zadać sobie nawzajem 36 pytań, a potem przez cztery minuty patrzeć głęboko w oczy. Istotą akurat tego ćwiczenia jest szybkie skrócenie dystansu. To jest jak taniec w parze z nieznajomym, kiedy jest się blisko siebie. Może się zdarzyć, że jeśli zatańczymy z dziesięcioma osobami, to z jedną z nich fizyczna bliskość, dotyk i rozmowa coś w nas obudzą. Podobnie jest, gdy zadajemy pytania i na nie odpowiadamy. Niektóre mogą dotyczyć ważnych dla nas rzeczy, a patrzenie w oczy spowoduje, że trudniej będzie uniknąć kontaktu – i może się okazać, że rozmówca w jakiś sposób nas poruszy. Czy coś z tego wyniknie, to już inna sprawa.

Ale te „sposoby” nie nadają się dla osób niekochanych, o których mówimy. Może mogą przydać się tym, które wprawdzie mają kłopot z wiązaniem się, bo na przykład należą do „niewybieranych w pierwszym podejściu” czy ze względu na niespójność oczekiwań nie mogą znaleźć partnera, który by je wszystkie spełnił, ale jednak wychodzą do ludzi, są nastawione na kontakt. Jeśli ktoś jest skuty lękiem czy zatrzaśnięty emocjonalnie, zrobi to w sposób całkowicie zniechęcający, a najpewniej nawet nie spróbuje.

Powie, że nie lubi tańczyć z nieznajomymi, nie chce, nie ma czasu?

Gdyby nawet próbował stosować się do tych rad, to niczego nie zmieni. Jak na przykład można nauczyć flirtowania przerażoną Catherine?

Wśród niekochanych są ludzie bardzo zajęci swoją przeszłością. Idą przez życie z głową odwróconą do tyłu – są tak związani ze swoją rodziną, że w ich życiu nie ma miejsca dla miłości. Ludzie się od nich odsuwają, bo wciąż odbierają sygnały, że tak naprawdę interesuje ich tylko to, czy zwyciężyli w rywalizacji ze starszą siostrą albo czy rodzice wreszcie ich docenili. I co by tu miała dać nauka flirtu?

Większość z nas jest uwikłana w takie rodzinne zależności, a jednak układa sobie życie. Chodzi o stopień, o siłę tego uwikłania.

Na przykład moja pacjentka, czterdziestoletnia kobieta… Od jej matki dzieliło ją 300 kilometrów, a ona i tak miała ją cały czas w głowie. Jak słyszała hałas na klatce schodowej, to myślała: mama przyjechała i zaraz zrobi mi awanturę. Zastanawiała się: jak zadzwonię, to powie mi: „Głupia jesteś, że dziesięć lat temu nie wyszłaś za Stefana”, a jak nie zadzwonię, to będzie o mnie źle myślała i wtedy… Wszystko było nieważne, inni ludzie byli znacznie mniej ekscytujący niż ten wciąż obecny duch matki.

Żaden żmudnie ćwiczony flirt czy patrzenie w oczy niczego nie rozwiążą, jeśli mało w nas miejsca na przyjęcie kogoś, dopuszczenie go do siebie – bo gotowość do związku nie wyraża się w deklaracjach i uśmiechach. Gdy nie zrobimy innym miejsca w sobie, to oni żadnych emocji w nas nie ulokują.

Ale czy takie miejsce udaje się w ogóle wygospodarować?

Najpierw potrzebna jest myśl: może ja się przyczyniam do tego, że nikt mnie nie chce? Trzeba się sobie przyglądać, zauważać, co się robi. To jest trudne, bo jeśli mieliśmy krytycznych, obwiniających nas ciągle rodziców, to zauważając swoje błędy, czujemy się trochę tak, jakbyśmy stawali po ich stronie, przeciw samym sobie.

A powinniśmy znaleźć dla siebie życzliwość. Wśród niekochanych, albo trafniej będzie powiedzieć: kochanych krótko, znajdują się też osoby, które choć są skupione na swoim wewnętrznym problemie, to wydają się otwarte, dużo o sobie mówią.

Heinz Kohut, psychoanalityczny dysydent, twórca nurtu psychologii self (wypracował specyficzną formę terapii narcyzmu), opisywał je jako dzieci, którym zabrakło „błysku podziwu” w oczach rodziców. W dorosłym życiu często nie są w stanie same regulować swojego poczucia wartości. Ktoś taki, by poczuć, że jest coś wart, musi mieć potwierdzenie od partnera czy partnerki. Poszukuje jego uznania, czeka na ten błysk podziwu, opowiadając o swojej pracy i sukcesach.

Innymi słowy, chce podziwiacza i do tego służy mu partner, do zasilania ja, podtrzymywania samooceny. W jakimś momencie ten partner zaczyna to dostrzegać. Nawet jeśli nie całkiem to rozumie, to czuje, że coś jest nie tak, bo jego sprawy są pomijane, a pragnienia zawsze drugorzędne, w związku nie ma wzajemności. I wycofuje zaangażowanie.

Można temu zapobiec?

Rozwój polega na tym, żeby przejść od dziecięcej zależności do dojrzałej wzajemności, czyli stanu, gdy obie strony coś sobie dają i to coś jest dla obu cenne oraz przez nie oczekiwane. Niekoniecznie dają to samo i tak samo, tu nie chodzi o pełną symetrię.

Jednak musi być wzajemne zainteresowanie uczuciami, przeżyciami, pragnieniami drugiej strony, jej planami na przyszłość. Jeżeli ktoś tego nie umie, jego oferta miłosna jest bardzo słaba. Może obudzić zainteresowanie, ale prędzej czy później jego partner doświadczy pustki. Poczuje, jakby się ciągle odbijał od ściany.

A miłość nic tu nie zmienia?

Literaccy bohaterowie, o których Pani mówiła – Soames Forsythe i Catherine Sloper – byli, pomimo swojego „zatrzaśnięcia”, bardzo zakochani. Sam fakt, że kogoś kochamy, nie przesądza, że się do siebie zbliżamy, że coś z siebie dajemy.

Miłość niczego nie przełamuje?

Nie. Bo co to znaczy, że kogoś kochamy? Pragniemy go, chcemy z nim żyć. Ale to nie oznacza, że jesteśmy gotowi wejść w relację i że dajemy coś, co druga strona chce przyjąć. Soames Forsythe kocha Irenę, ale ponieważ najważniejsze są dla niego normy, uznaje za właściwe, by wyrazić swoją wściekłość i zranienie.

Egzekwując siłą „obowiązek małżeński”, nie licząc się z tym, co to będzie dla żony znaczyło, w rezultacie definitywnie ją traci. Kocha, ale nie jest przy kochanej osobie, bo nie rozumie jej, nie liczy się z jej uczuciami. Dla niego wciąż najważniejsze są normy, dlatego uważa, że jako mąż miał prawo wziąć ją siłą, i basta. Jest więc skazany na miłość bez wzajemności.

Oczywiście nie można niczego przesądzać, ale faktycznie kolejna żona Soamesa Forsyte’a nie kochała go jakoś szczególnie tkliwie czy namiętnie. Zresztą on chyba też wolał jasny układ, oparty na bezpiecznej dla niego wzajemnej wymianie usług. I tylko co jakiś czas zastanawiał się, co ona właściwie do niego czuje.

Nie zawsze umiemy to rozpoznać, prawda?

Jedni łudzą się, że są kochani, inni natomiast stale wątpią. Nie zapominajmy, że brak miłości jest subiektywnym odczuciem. Są osoby, które czują się niekochane, nawet jeśli w rzeczywistości los obdarza je zaangażowanymi partnerami. Wątpią, chcą czegoś innego.

Widziałam interesujące badania, z których wynika, że poczucie bycia niekochaną jest częstsze i wyraźniejsze u kobiet. Przeprowadzono je na próbie siedmiu tysięcy osób, które pytano, czy w trakcie konfliktu małżeńskiego bardziej czują się niekochane, czy nieszanowane.

Otóż 83 proc. mężczyzn powiedziało, że się czują nieszanowani, natomiast 72 proc. kobiet – że niekochane. Innymi słowy, jeżeli w związku wystąpią jakieś trudności, trzy czwarte kobiet będzie miało tendencję do przypisywania tego brakowi miłości. Czyli łatwiej poczują się niekochane niż mężczyźni w podobnej sytuacji. Oczywiście nie tylko o płeć tu chodzi.

Teoria przywiązania, stworzona przez kolejnego dysydenta z psychoanalizy Johna Bowlby’ego, dowodzi (i zostało to poparte jednoznacznymi wynikami badań), że ludzie różnią się tzw. stylami przywiązania, które mają korzenie w dzieciństwie. Na przykład lękowy styl przywiązania oznacza, że człowiek boi się opuszczenia. W szansie na stworzenie dobrej relacji widzi od razu perspektywę porzucenia. Wchodzi w związek, ale ma poczucie, że jest kochany za mało albo nieprawdziwie.

Nie dostaje tyle miłości, ile potrzebowałby, żeby móc się poczuć bezpiecznie. Rzecz w tym, że taka miłość, która by go usatysfakcjonowała, w dorosłym życiu nie istnieje. Zatem „niekochani” w rzeczywistości mogą czasem być bardzo kochani, tyle że nie potrafią tego przyjąć ani uznać, bo wciąż szukają miłości doskonalszej.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również

  • Zostajesz w pracy po godzinach kosztem chwil dla siebie i rodziny? Oto proste sposoby, które pozwolą ci to zmienić i zaoszczędzić cenne minuty. więcej