Nie wyrzucaj tej miłości. Czyli naprawiać czy rezygnować z związku?

No cóż, mówimy do partnera. Coś się między nami zepsuło, chyba musimy się rozstać. Miłość, która miała być jedyna, wyjątkowa, ląduje w koszu obok starego smartfona i robota kuchennego. Pora sprawić sobie lepszy model. A może… da się to naprawić? Nie, nie robota i telefon. Miłość. Spróbujcie. Instrukcję domowego serwisowania związków podaje Ewa Klepacka-Gryz, terapeutka par.

Reklama

Twój STYL: Przysłuchiwałam się rozmowie dwóch koleżanek. Jedna od roku jest w nowym związku. Druga ją przepytuje: „No, ale jest ci z nim dobrze? No jest ci z nim dobrze czy nie? Proste pytanie”. Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie to jest najważniejsze w miłości: żeby było mi nieustająco dobrze…

Ewa Klepacka-Gryz: Chyba nie tylko w miłości jest to dla nas dzisiaj najważniejsze! Kiedy rozglądam się wokół, słucham pacjentów, przede wszystkim słyszę właśnie, że istotne jest, by człowiekowi było „dobrze”. Niestety, gdyby zapytać, co to właściwie znaczy, większość z nas miałaby problem z odpowiedzią. Nie jest jasne, co ma się kryć za tym błogim stanem, jakie wrażenie, emocja.

Partner ma wiedzieć, jak sprawić, by było nam „dobrze”, przyjaciółka ma to wiedzieć, rodzice, a nawet, coraz częściej, dzieci. Zrzucamy na innych odpowiedzialność za relację. To niedojrzałe. W dorosłym związku dwojga samodzielnych ludzi wspólnym zadaniem jest, by było im razem fajnie, namiętnie, udanie.

TS: Ale skąd się bierze to zrzucanie odpowiedzialności na drugą stronę?

EKG: Z dzieciństwa. Tak, wiem, nie brzmi to odkrywczo. Ale gdy pracuję z parami, zwłaszcza w początkach relacji, wyraźnie widzę tę tęsknotę każdego z partnerów za bezwarunkową miłością, bezgraniczną akceptacją, której nie otrzymali od swoich rodziców. Pierwsze rozczarowanie podczas terapii to moment, w którym pacjent odkrywa, że nigdy już tego nie dostanie. Partner, partnerka może mu dać mnóstwo fajnych chwil, uczuć, doświadczeń, ale tego jednego: „Uwielbiam cię, kocham w tobie absolutnie wszystko” nigdy już nikt z nas nie usłyszy.

Od nikogo. Tę prawdę trzeba zaakceptować. A wiele osób – przede wszystkim z pokolenia 20-, 30-, 40-latków – nie chce tego zrobić. Wolą odejść. Z badań przeprowadzonych na zlecenie telewizji Lifetime wynika, że Polacy mają przekonanie: jeśli w związku coś szwankuje, należy się rozstać. Nie podejmujemy prób naprawy, traktujemy drugiego człowieka tak jak stary model telewizora czy komórki. Nie opłaca się szukać serwisu, taniej wyjdzie wziąć nowy. W promocji będzie prawie darmo.

TS: To choroba pokoleniowa? Nie dotyka par z dłuższym stażem?

EKG: Znacznie rzadziej. Kiedyś ludzie nie zaczynali z wysokiego „C”. Wiele małżeństw to były związki aranżowane albo z rozsądku. Miałam pacjentkę – dziś osiemdziesięcioletnią wdowę. Przeżyła wielką miłość i rozczarowanie, wyszła za innego mężczyznę, kogoś, kogo znała od lat, komu na niej zależało. Wiedziała, że ten, który jej się oświadczył, będzie o nią dbał, jednym słowem – nieźle rokował na wspólne życie. I przeżyli razem pół wieku, choć ona, jak twierdziła, nigdy go nie pokochała.

W każdym razie nie tak jak pierwszego narzeczonego, który ją zostawił. Krótko po przejściu na emeryturę mąż pacjentki zachorował na raka. Pielęgnowała go, karmiła, myła, pod koniec życia zmieniała mu pieluchy. On, wspierając się na niej, gdy podnosiła go z łóżka, mówił zawsze: „Och, jaka ty jesteś dla mnie dobra!”. Wiedział, że ona go nie kocha. Dla niej te wszystkie czynności – przyznajmy: trudne, nieprzyjemne – były naturalne. Nigdy nie usłyszałam od niej słowa skargi, jej mąż – też nie. To poruszające.

TS: Z pani słów przebija przekonanie, że historia tej pacjentki i jej męża to jest coś, co należy do przeszłości, że dzisiaj ludzie już nie potrafią być razem w ten sposób.

EKG: Faktycznie. No więc stawiam tezę: coś takiego prawdopodobnie nie przydarzy się dzisiejszym „młodym parom”. To kwestia odpowiedzialności. Tamci ludzie – moja pacjentka i jej mąż, ale i moi rodzice, pani rodzice – się na coś umówili. I dotrzymali słowa. Jak pani sądzi, czy przez te wszystkie lata, także lata choroby, tamta kobieta zadawała sobie pytanie: „Czy mnie jest z nim dobrze?”. Nie zastanawiała się nad tym, co może otrzymać od męża, skupiała się na tym, by była to w miarę harmonijna, spra- wiedliwa wymiana.

TS: No dobrze, ale przecież moi dziadkowie czy rodzice otrzymali w dzieciństwie mniej ode mnie. Nikt nie poświęcał im tyle czasu i uwagi co mnie, o moich siostrzeńcach nie wspominając! Czemu więc to właśnie młodzi ludzie próbują sobie odbić deficyt rodzicielskiego uwielbienia i akceptacji w relacji z partnerem? Dlaczego starsi nie mieli tego pomysłu?

EKG: Właśnie dlatego, że w ogóle nie wpadliby na taki pomysł. Proszę wsłuchać się w komunikaty, które wbijane są nam do głów we współczesnym świecie: przez reklamy, seriale, ale także przez matki i ojców. Zasługujesz na więcej. Jesteś tego warta. Im młodsze pokolenie, tym bardziej skoncentrowane na sobie, własnych odczuciach i pragnieniu, by ktoś inny zrobił „dobrze”.

TS: Coraz częściej mottem życia jest przekonanie: „Oto ja, centrum wszechświata”?

EKG: Tak, niestety. Niedawno przyjaciółka opowiadała mi o swojej wnuczce. Dziewczynka właśnie nauczyła się korzystać z toalety, rodzice kupili jej różową nakładkę na deskę klozetową. Moja przyjaciółka też ma nakładkę, ale białą. A wnuczka za żadne skarby nie chciała jej używać. Co tam się działo!

Jestem psychologiem, wychowałam trzech synów, ale opowieść o awanturze, jaką urządziła kilkulatka, z waleniem głową o ścianę i rzucaniem klockami w dziadków, wprawiła mnie w zdumienie. „Bo ja muszę mieć różową nakładkę. I nic mnie nie obchodzi, że ty jej nie masz. Zdobądź! Do tego jestem przyzwyczajona: dostaję, co chcę”. Wczoraj w parku widziałam kilku chłopców na elektrycznych hulajnogach. Wszys- cy mieli lekką nadwagę i dostojnie toczyli się ławą przez parkową alejkę, nie zważając na przechodniów. Każdy bowiem miał nos wściubiony w smartfon. Wychowujemy dzieci na ludzi zdolnych kochać tylko siebie.

TS: A co to w związku z tym jest ta miłość?

EKG: Miłość to umiejętność oddania się drugiemu człowiekowi. Zawieszenia na kołku „ja” na rzecz „my”. I zdefiniowania: co mogę ci dać, a co ty – mnie. Natomiast najgorsze jest właśnie to podejście dziecka: „Bo mnie nie jest dobrze”. Tylko że wychodząc z tego założenia, nigdy mi też dobrze nie będzie. Wiesław Sokoluk, terapeuta i seksuolog, opowiadał o pacjentce, która narzekała na brak szarmanckości ze strony męża, że on jej nie przynosi kwiatów. Zaczął więc przynosić. „No, ale to się nie liczy, bo gdybym ci nie powiedziała, sam byś na to nie wpadł. A ja bym chciała, żebyś ty mi kupował kwiaty spontanicznie”, skwitowała. Ręce opadają. Miałam w terapii parę. Ona uważała, że jemu za mało na niej zależy, on uważał, że wszystko jest OK. Znów wracamy do wątku niezaspokojonych potrzeb z dzieciństwa: ta dziewczyna wychowywała się tylko z matką, depresyjną, ciągle na lekach, córka musiała sobie radzić sama. I wyrosła na kobietę, która radzi sobie świetnie, co jej mąż docenia.

Mimo to ona jest nieszczęśliwa, bo sądzi właśnie, że nie jest jej z nim „dobrze”, że on nigdy nie dał jej tego, czego ona pragnie. „No dobrze, ale czego pani pragnie?”, pytam. Tego ona nie wie, wie, że nie tego, co już ma. W ten sposób nie da się nic zbudować, bo albo jesteśmy wiecznie nadąsani, jak ta pani od kwiatów, albo sfrustrowani i nieszczęśliwi, jak moja pacjentka. A partner jest winny, ma się domyślać i powinien coś ze sobą zrobić, iść do naprawy, bo inaczej odejdziemy i poszukamy innego. Ta pacjentka tak zresztą zdecydowała: że rozstanie się z mężem.

TS: I co tu zrobić?

EKG: Poznać siebie. Być świadomym. Wiedzieć, czego mi brakuje. Może poczucia bezpieczeństwa, bo budzę się w środku nocy przerażona, że wyrzucą mnie z pracy, komornik zajmie dom, choć nie mam wcale podstaw, by się tego lękać? Partner, nawet milioner, wcale mnie z tego nie wyleczy. A może, gdy staję przed lustrem, czuję do siebie samej niechęć, wstydzę się własnego odbicia?

Choćby Brad Pitt wyznawał mi miłość i rzucił dla mnie Angelinę Jolie, to nic na dłuższą metę w moim widzeniu samej siebie nie zmieni. Nikt z zewnątrz nie rozwieje lęków, wątp liwości, one są zbyt głęboko zakorzenione we mnie. Albo więc mogę je zaakceptować i nauczyć sobie z nimi radzić, albo mogę spróbować się ich pozbyć, pracując nad sobą, choćby idąc na terapię. Partner to nie jest plasterek na stare rany, to żywy człowiek. Natomiast gdy wiem, co lubię, czego chcę, mogę powiedzieć: słuchaj, chciałabym, żebyś przyniósł mi kwiaty. Sprawisz mi radość. Wiesz, boję się, że zostanę bez pracy, bo w banku restrukturyzacja, porozmawiaj ze mną o tym, jestem przerażona myślą, że bez mojej pensji nie damy sobie rady.

TS: Zgodnie z popularną zasadą: mówisz – masz.

EKG: Ale my właśnie nie mówimy. Pracowałam kiedyś z kobietą, która po dziesięciu latach zdecydowała o rozstaniu z partnerem: „Bo on mi się nigdy nawet nie oświadczył”. Pytałam, dlaczego nie podjęła z nim tego tematu. „Nie, bo to mężczyzna powinien”, ona na to. Dociekałam dlaczego, przecież jako para byli zapraszani na rozliczne śluby, mogła coś napomknąć, zapytać, co on sądzi o przysiędze małżeńskiej, czy kiedykolwiek o tym myślał... On natomiast – zdziwiony. Pierwszy raz u mnie w gabinecie usłyszał od swojej wieloletniej partnerki, że chciałaby ten związek sformalizować.

TS: To znaczy, że oni nigdy nie podjęli nawet we własnym zakresie próby naprawienia związku. Przyszli do pani tak, jak pokłócone dzieci przychodzą do mamy.

EKG: Tak właśnie jest z parami, które zgłaszają się do terapii. I nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby kobieta i mężczyzna na pierwszej sesji byli zdolni ustalić, co stanowi dla nich problem. Nad czym chcą pracować? Co się zepsuło między nimi, co trzeba naprawić? Regułą jest, że pierwsze trzy sesje to są dwie oddzielne historie, jej i jego, powtarzane z uporem, bez słuchania tego, co mówi druga strona, co ja mówię.

Mogłabym równie dobrze włożyć korki do uszu. Ona: „Mąż w ogóle nie poświęca mi czasu, nigdy go nie ma, nie mogę na niego liczyć, mam na głowie dom, dzieci, a on jeszcze pełen pretensji, że w ogóle czegoś od niego chcę w weekend, żeby mi pomógł w sprzątaniu, wziął dzieci na basen”.

On: „Żona kompletnie mnie nie docenia, przecież ja dbam o naszą rodzinę, zarabiam, na rzęsach staję, żeby im niczego nie brakowało, a ona jeszcze ma żal, że jej na rękach nie noszę i w oczy jej nie patrzę. No widzi pani?”. Potem proszę taką parę, żeby zrobili ćwiczenie: niech narysują swoją relację w postaci dwóch kółek. I u niej te kółka są obok siebie, ledwo się stykają, a u niego całkiem spora część wspólna, okręgi nachodzą na siebie. Znów dwie opowieści. To jest kompletny brak świadomości siebie, drugiego człowieka, ślepota na jego i własne potrzeby.

TS: Przypomina mi się platońska teza o tym, że kobieta i mężczyzna to dwie połówki tej samej istoty. Wydaje mi się, że kiedyś nie zakładało się, że wśród miliardów innych jest ten jedyny i tylko w połączeniu z nim zrobię „klik!”, wszystko wskoczy na swoje miejsce, będziemy żyli długo i szczęśliwie. Może po prostu miłość – ta z poezji, filmów – nie jest dla każdego?

EKG: Aż tak daleko bym nie szła. Miłość – jako burza hormonów, szał ciał, bezsenność w nocy w oczekiwaniu na jego telefon – jest dla każdego. Natomiast po uczuciu zakochania nieuchronnie musi przyjść rozczarowanie. Kończą się uniesienia i nagle widzimy: on jest leniwy, niechlujny, nie pierze skarpet, a kiedy zaczynamy płakać, wychodzi, trzaskając drzwiami.

To jest moment, w którym możemy się wycofać – stwierdzić właśnie, że to pomyłka, że my „zasługujemy na więcej”, że nam „nie jest z nim dobrze” – i popędzić dalej w poszukiwaniu drugiej idealnej połówki. Kobiety często wiedzą dokładnie, jaka ma być ta druga połówka, z ich opowieści wyłania się obraz mężczyzny doskonałego. A gdyby tak zadać wtedy pytanie: „A co pani zrobiła, żeby ktoś taki się w pani zakochał? Czy pani też jest: seksowna, wysoka, świetnie zarabia, ma perspektywy, jest uczciwa, odpowiedzialna, ciepła, troskliwa, fascynująca, nigdy nikt nie zaznał z panią nudy?”.

Zapadłaby cisza. Skoro mnie brakuje cierpliwości, nie jestem tytanem pracy, mam kilka kilogramów nadwagi, to dlaczego zakładam, że ten „pan wspaniały” uzna mnie za właściwą partnerkę? W trakcie terapii przychodzi chwila, w której pacjentka musi zmierzyć się z prawdą. O sobie, świecie, o partnerze, jeśli ktoś taki jest w jej życiu.

TS: Domyślam się, że ta chwila nie jest zbyt miła?

EKG: No nie. Bo jak tak sobie we dwie rozmawiamy, że on leniwy, niechlujny i tak dalej, to pytam: czy chce pani spędzić życie z mężczyzną leniwym, niechlujnym, który nie wie, co robić, gdy pani płacze? Ona dalej: że nie jest jej dobrze, że chciałaby, by on jednak... O, nie, nie! Takie są, droga pani, fakty: partner jest, jaki jest, to się nie zmieni. I w pewnej chwili, jak powiedzieliby w filmie, opada zasłona iluzji i nierealistycznych oczekiwań.

Pacjentka zaczyna rozumieć, że nigdy nie dostanie „pana wspaniałego”, który da jej to wszystko, czego ona sama nie ma, czego nie dostała od rodziców. Widzi, że naprzeciwko siebie, w związku, ma drugiego człowieka, który – podobnie jak ona zresztą – ma wady i słabości, bo taki jest każdy z nas. Od tego momentu można zacząć coś budować. Można wypisać sobie wady i zalety partnera na dwóch kartkach, spojrzeć trzeźwym okiem. Czy pomimo tych wszystkich wad – zważając na jego zalety – decyduję się z tym człowiekiem być?

TS: Co się dzieje potem?

EKG: Potem może się dziać całkiem ciekawie, bo to jest wielka chwila, w której rozumiemy, że mężczyzna nie stworzy ze mną jedności, nie będzie moim dopełnieniem, że to jest w ogóle bzdura. Wielkie rozczarowanie, prawda? Ale i chwila, w której możemy wziąć odpowiedzialność za związek i siebie w nim. OK, on jest leniwy. I ja nie lubię się przepracowywać, więc co się będę człowieka czepiać. Jest niechlujny – nie podoba mi się to, ale zadbam, żeby wyglądał czysto, bo to dla mnie ważne.

Kiedy zaczynam płakać, on się denerwuje i wychodzi. Będę więc dzwoniła do przyjaciółki ze smutkami, ona umie słuchać. Widzi pani, co się stało? Wzięłam na siebie zadanie zrobienia sobie samej „dobrze”. Zdjęłam je z partnera.

TS: No, ale skoro on nie da mi poczucia bezpieczeństwa, bezwarunkowej akceptacji i sama jeszcze mam się pocieszać, bo on nie potrafi, to co właściwie mi da? Po co mi on?

EKG: Po to, że we dwoje lepiej, łatwiej i przyjemniej. Można założyć rodzinę. Tak w skrócie. Frazes? No, ale tak właśnie jest! Poza tym partner, jeśli go zobaczymy naprawdę i weźmiemy na siebie odpowiedzialność za związek i to, by obojgu nam było dobrze, ofiarowuje coś jeszcze. Możemy przejrzeć się w nim jak w lustrze i wreszcie zobaczyć, czego nam nie dostaje, czego nam brak. Nic nie ujawnia naszych deficytów tak efektywnie jak związek. Właśnie w nim dowiadujemy się, że czujemy się nieatrakcyjne, wiecznie zagrożone, gorsze.

Samotna kobieta może się łudzić – i często tak robi – że w „dobrym” związku te strachy zginą. Ale jeśli pani już ma związek i skonfrontowała się z prawdą, że pani mężczyzna jest taki, a nie inny i wielu rzeczy pani nie da, to pojawia się okazja do tego, by dowiedzieć się o sobie czegoś ważnego i wykorzystać tę wiedzę w praktyce. Rozprawić się z lękami z dzieciństwa, pokonać je. Związek nie musi wcale przetrwać do końca życia, choć może. Ale czego się pani nauczy, tego nikt pani nie odbierze.

TS: Rozprawię się z lękami, zobaczę partnera i co – już mam z głowy? Mój związek nigdy się nie zepsuje?

EKG: Nie, to dopiero początek. Udało się pani pokonać pierwszy kryzys, czyli przejście ze stanu zakochania do miłości. Ale potem będą kolejne: bo urodzi się dziecko, bo minie cztery, pięć, siedem lat i odkryje pani, że partner jest jej emocjonalnie i seksualnie obojętny, bo dziecko wyprowadzi się z domu, bo oboje przejdziecie na emeryturę. Za każdym razem procedura naprawiania jest podobna. Po pierwsze, trzeba uświadomić sobie, co się zepsuło. Po drugie – wziąć odpowiedzialność, czyli zastanowić się, co mogę zrobić, by to naprawić. Opowiedzieć o tym partnerowi.

Czy on też tak to widzi? Kobieta i mężczyzna muszą mieć wiedzę o sobie samych i o tym drugim – trzeba mieć ustalone podstawowe kwestie. Co to jest związek? Co chcemy robić za 10, 20, 30 lat? Co to znaczy wspierać w zdrowiu i chorobie, kochać, zdradzić? Jeśli oboje to wiemy, nie ma potem zdziwienia, które często obserwuję w gabinecie: on miał kochankę, ona we łzach, a on: „Ta kobieta nic dla mnie nie znaczyła, to był szybki numerek w delegacji!”. Pytam, czy ustalili, co znaczy zdrada. Rozmawiali o tym? Na co się umawiali? Patrzą oniemiali: „Ale jak myśmy to mieli ustalić?”.

TS: No właśnie jak? Na początku związku mieli wyciągnąć kartkę z ważnymi tematami i co piątek prowadzić poważne dyskusje, odhaczając na kartce, co już zaliczyli?

EKG: A co w tym złego? Niektórzy tak robią. Dobrze, nie wszyscy. Ale naprawdę ta procedura nie musi być tak sztywna i nienaturalna. Przecież codziennie zdarzają się okazje do poważnych rozmów: kuzyn Arek zdradził żonę, ona się dowiedziała. A co ty o tym myślisz? Oglądamy film o małżeństwie, które stara się o dziecko. A czy ty też byś chciał? I tak dalej, i tak dalej. Trzeba rozmawiać.

Codziennie. Poznawać siebie nawzajem – to się nigdy nie kończy, przecież niemożliwe jest, żeby znać każdy szczegół z życia drugiego człowieka, każdą jego myśl. Warto być ciekawym. Nie przyjmować za aksjomat: bo on myśli tak jak ja, bo ja znam go jak własną kieszeń, niczym mnie już nie zdziwi. Ważny jest też seks. Jestem przeciwniczką teorii, zgodnie z którą namiętność między partnerami umiera po kilku latach związku i nic nie da się na to poradzić. Seks się zmienia, jest inny, ale to niezwykle istotna część relacji, niezastąpiona! Znam pary z wieloletnim stażem, które są umówione: seks mamy w piątek o 23.15, bo jesteśmy zrelaksowani i następnego dnia możemy się wyspać.

Żadnej tam spontaniczności, rzucania się na partnera w przedpokoju, zdzierania ubrań. Powiedzmy sobie szczerze: fajnie jest się kochać na pralce, ale na pewnym etapie wszyscy mamy już problemy z kręgosłupem i musimy mieć inny pomysł na intymność. À propos starszych pokoleń: nierzadko osiemdziesięciolatki uprawiają seks częściej od swoich wnucząt. Bo nie oczekują już fajerwerków jak z 9 ½ tygodnia. Wiedzą, że czasem zamiast stosunku można zrobić komuś masaż karku i to też jest przyjemne. Z takich sytuacji rodzi się namiętność. A z oczekiwania, że zaczniemy się tarzać po podłodze jak dwa wygłodniałe lwy – raczej nie.

TS: Kolejna mądrość dziadków! A mnie się przypomina, w kwestii rozmawiania o ważnych rzeczach, taka scenka z dzieciństwa: piątek wieczór, rodzice otwierają butelkę bułgarskiego wina i rozmawiają do późnej nocy. Dziś partnerzy też otwierają wino, z apelacją, francuskie, włoskie. Rozlewają do kieliszków i on idzie do komputera sprawdzić, co słychać u znajomych na Facebooku, a ona przed telewizor.

EKG: To prawda. Niedawno zostałam zaproszona jako ekspert do udziału w dyskusji o filmie dokumentalnym. To była opowieść o dwojgu staruszków z Korei, byli małżeństwem od ponad 50 lat. Każdą chwilę spędzali razem, on głaskał ją po dłoni, ona karmiła go łyżeczką. W mroźny poranek rzucali się śnieżkami na podwórku. Po projekcji w sali zapadła cisza jak makiem zasiał.

W końcu zaczęły odzywać się głosy: „Eee, nieee, w dzisiejszych czasach to niemożliwe. Śnieżki – no, seriously? Reżyser im kazał”. Ano pewnie, że niemożliwe, jeśli jedyną naszą aktywnością w wolnym czasie będą wyprawy do galerii handlowej po zakupy. Zacznijmy się rzucać śnieżkami. Jest lato, to może skoszonym sianem na łące, poduszkami w pokoju hotelowym w trakcie urlopu? Spuśćmy trochę powietrza z tego nadmuchanego balonu z napisem „wielka miłość”. Miłość to naprawdę nie jest wielka sprawa. Zwyczajna rzecz to jest...

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również