Na naukę nigdy nie jest za późno

Choć miałam prawo jazdy, od lat nie prowadziłam samochodu. Aż nadszedł dzień, kiedy okazało się, że muszę to zrobić

W życiu nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko trudne i łatwe. Gdy się chce, wie jak i ma odpowiednią motywację, można zrobić wszystko. Przekonałam się o tym całkiem niedawno. A zaczęło się dość niezwykle: mąż złamał nogę...

Reklama

– Basiu, a może byś zaczęła jeździć samochodem? – zapytał nieśmiało pierwszego dnia swojego zagipsowania. – Bo wiesz, jakby trzeba było zakupy zrobić albo coś załatwić... – Przez sześć tygodni nie musimy jeździć do marketu. Zakupy mogę robić w sklepie na osiedlu – wykręcałam się. – No ale przecież nie wiadomo, czy po zdjęciu gipsu od razu będę mógł prowadzić – westchnął ciężko.

– Może czeka mnie jeszcze rehabilitacja? – No, to trudno, jakoś sobie poradzimy – odpowiedziałam ze stoickim spokojem, nie dopuszczając do siebie myśli, że miałabym zasiąść za kierownicą. Zaczęłam jednak o tym myśleć, a im dłużej myślałam, tym bardziej uświadamiałam sobie, że powrót do dawno zapomnianej roli kierowcy może być najrozsądniejszym wyjściem z obecnej sytuacji. Mieszkaliśmy sami na starym osiedlu na obrzeżach miasta.

Jeden syn wyprowadził się do Anglii; drugi – na koniec Polski, prawie pod granicę, więc musieliśmy być samowystarczalni. A samochód stanowił ważną część tej niezależności. Był nam potrzebny. Samochód z kierowcą. Kłopot w tym, że jedyny kierowca leżał na kanapie z nogą w gipsie i łypał na mnie z proszącym uśmiechem. – Dobrze – uległam. – Ale najpierw muszę wziąć jakieś lekcje przypominające, bo kompletnie nic nie pamiętam...

Miałam prawo jazdy od przeszło trzydziestu lat, ale od egzaminu siedziałam za kółkiem dosłownie kilka razy, i to dawno temu. Po prostu nie musiałam sama prowadzić.

Kiedy poznałam Edka, był już dumnym właścicielem zielonego malucha, którym woził mnie na nasze randki.

Prawo jazdy zrobiłam za jego namową, chciałam, by był ze mnie dumny, że dałam radę.

A teraz miałam sześćdziesiąt trzy lata – zaczynać na nowo jeździć w moim wieku to przecież istne wariactwo! Mąż chyba postanowił kuć żelazo, póki gorące, bo natychmiast złapał za telefon i zadzwonił do swojego znajomego, który prowadził szkołę nauki jazdy. Umówił mnie na intensywny kurs doszkalający – codziennie przez dwa tygodnie. W sumie dwadzieścia lekcji.

– Jeszcze rabat wytargowałem – oświadczył z dumą, kiedy skończył rozmowę. Nie miałam innego wyjścia, jak zacząć się szkolić. Znajomy Edka okazał się sympatycznym mężczyzną o anielskiej cierpliwości i lekko zgryźliwym poczuciu humoru. Z właściwym sobie wdziękiem wprowadził mnie najpierw w podstawy teoretyczne, co nie zajęło mu nawet piętnastu minut, a potem zaordynował: – Pani Basiu, no to jazda! I pojechaliśmy. Boże, ależ się spociłam w ciągu tych czterdziestu pięciu minut! Jakbym maraton przebiegła. Ciągle mylił mi się gaz z hamulcem, sprzęgło wciskałam tylko do połowy, bo się bałam, że coś zepsuję, a włączenie w odpowiednim momencie kierunkowskazu było dla mnie nie lada wyzwaniem. Po pierwszej lekcji przyszły kolejne; radziłam sobie nieco lepiej, aż wreszcie podczas ostatniej lekcji mój nauczyciel zaproponował, żebyśmy skorzystali z – jak się wyraził – „naszej bryki”.

Naszą bryką był dziesięcioletni opel, którego uczyłam się prowadzić prawie od nowa, bo wszystko w nim było inne niż w renaulcie, na którym ćwiczyłam jazdy. Ale po kwadransie zaczęłam chwytać, a po godzinie oboje uznaliśmy, że jest dobrze i że teraz tylko trzeba trenować. Więc trenowałam codziennie, robiąc krótkie trasy: a to do sklepu na drugim końcu osiedla, a to do przychodni po zaświadczenie dla męża, a to do jego pracy, by odebrać jakieś dokumenty.

Kiedy przyszedł dzień, w którym miałam zawieźć męża do szpitala na zdjęcie gipsu, byłam już tak gotowa, że bardziej nie można.

Edek usadowił się, z moją pomocą, na miejscu pasażera i ruszyliśmy. Niemal na drugi koniec miasta. Po czterdziestu minutach sprawnie zaparkowałam pod budynkiem. Mój mąż milczał chwilę, aż wreszcie powiedział: – Kochanie, z podziwem stwierdzam, że jeździsz prawie jak rajdowiec... – Bez przesady – odparłam ze śmiechem. – Ale ja też muszę coś stwierdzić – odezwałam się po chwili namysłu. – Co takiego? – Trzeba kupić nowe auto – oświadczyłam kategorycznie.

– To nie ma przyspieszenia prawie wcale, zawieszenie z tyłu jest do wymiany, i w ogóle prowadzi się toto jak starą furmankę. A ja chyba znalazłam swoje powołanie i naprawdę będę jeździć jak rajdowiec. Tylko muszę mieć lepszy samochód. – Załatwione! – Edek wyraźnie się ucieszył. Wydało mi się to podejrzane. – Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałam, mrużąc oczy. – Bo widzisz... jeszcze przed tym złamaniem chciałem zaproponować ci wymianę auta na nowszy model, ale byłem przekonany, że odmówisz.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Życie na gorąco

Zobacz również