Miłość. Jak poradzić sobie z lękiem, złością, zawiścią?

Każdy z nas chciałby stworzyć udany, satysfakcjonujący związek. Ale niektórzy muszą się bardziej napracować, bo w dzieciństwie skutecznie zaszczepiono ich przeciwko miłości. Jak poradzić sobie z własnym lękiem, złością i zawiścią wobec partnera? Rozmawiamy z dr Sławomirem Murawcem, psychiatrą i psychoterapeutą.

Reklama

Twój Styl: Każdy z nas pragnie miłości, prawda? Dlaczego więc niektórzy robią wszystko, by partnera odrzucić, zniechęcić, jak bohaterowie naszego reportażu?

Sławomir Murawiec: Bo jednocześnie miłości pragną i straszliwie się jej boją. Mam doświadczenia w pracy z pacjent- kami, które – po serii uczuciowych niepowodzeń, złych związków, w których były krzywdzone, zdradzane, bite – trafiają w końcu na fajnych partnerów.

Proszę sobie wyobrazić: przychodzi do mnie na terapię kobieta, opowiada o nowym mężczyźnie, z tych opowieści wyłania się obraz faceta stabilnego emocjonalnie, opiekuńczego, mądrego, wyrozumiałego, czułego… Wspaniale, prawda? A tymczasem moja pacjentka zaczyna tę rodzącą się dopiero relację niszczyć, jakby robiła to z rozmysłem!

TS: Przecież to bez sensu…

SM: Pozornie. Prowadziłem terapię młodej kobiety: pochodziła z rodziny z problemem alkoholowym, jej ojciec pił. Przepiękna dziewczyna, ale z wieloma kompleksami, bez wiary w siebie. Była reporterką w telewizji, w związku z tym miała nienormowany czas pracy.

Kiedyś późnym wieczorem w piątek zadzwonił do niej szef i powiedział, że ma natychmiast stawić się w redakcji, żeby zmontować jakiś pilny materiał. No i ten jej nowy, dobry partner powiedział: „Słuchaj, szybko się ubiorę i cię zawiozę”. A ona dostała ataku szału, zaczęła wrzeszczeć, żeby on nie mieszał się w nie swoje sprawy, trzymał język za zębami i w ogóle to najlepiej, żeby spadał.

Potem, już w gabinecie, tłumaczyła: „Bo Marcin jest zawsze taki układny, idealny, kochający, nawet telefon od mojego szefa w nocy nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. A ja taka nie jestem! Jak mnie to wkurza!”.

TS: Nie jestem idealna, czyli może po prostu boję się, że ten „świetny facet” w końcu mnie zostawi?

SM: Tak. Mogę się tego właśnie bać. Często z tym problemem zmagają się ludzie, którzy dorastali w rodzinach z problemem alkoholowym. Mają po prostu kiepski wzorzec przywiązania, jak nazywają to psychologowie. W dzieciństwie nie stworzono im bezpiecznego, pełnego miłości i akceptacji środowiska.

Pijący rodzic – ojciec lub matka, to nie ma znaczenia – raz był do rany przyłóż, głównie „pod wpływem”, a raz – wściekły, rozdrażniony, pełen pretensji i odpychający. Takie doświadczenia zaszczepiają w nas przekonanie, że bliskość z drugim człowiekiem jest niebezpieczna. Gdy partner stosuje przemoc, jest emocjonalnie niedostępny, też nadużywa alkoholu – paradoksalnie czujemy się komfortowo, bo... to jest coś, co znamy, rozumiemy.

A ktoś miły, godzien zaufania, ciepły i troskliwy, do kogo można się zbliżyć – nie bardzo wiadomo, z czym to jeść. Co mówić, co robić? Nie umiemy się przy takim dobrym partnerze zachować i odnaleźć. To budzi niepokój i sprawia, że człowiek zachowuje się w relacji do najbliższej osoby irracjonalnie, dokładnie tak, jakby chciał sprowokować rozstanie.

TS: To jest właśnie przypadek pana pacjentki, partnerki Marcina?

SM: Niekoniecznie. Bo lęk przed bliskością wyniesiony z domu rodzinnego to tylko jedna z możliwych odpowiedzi na pani pierwsze pytanie, czyli: dlaczego niektórzy z nas zdają się odrzucać prawdziwą miłość. Odpowiedź druga związana jest z osobowością. To narcyzm. Osoby narcystyczne w dzieciństwie dostawały od rodziców sporo miłości, ale tylko warunkowo. Gdy osiągały wyznaczone przez do- rosłych cele – były mądre, ładne i grzeczne, mogły czuć się akceptowane, a nawet uwielbiane, rozpieszczane.

Gdy się jednak sprzeciwiały lub zwyczajnie nie udało im się doskoczyć do wysoko postawionej poprzeczki, były ignorowane lub karcone. W związku z tym w dorosłości przekonane są o swojej absolutnej wyjątkowości i wielkości, ale... wciąż szukają zewnętrznego potwierdzenia dla tego przekonania. Od tego zależy ich samopoczucie. Lubią więc wiązać się z partnerami, którzy swoim wyglądem, życiowymi dokonaniami, podnoszą ich samoocenę.

Na przykład kobieta o cechach osobowości narcystycznej znajduje mężczyznę starszego od siebie, z pozycją towarzyską i zawodową. Jego sukcesy stają się jej sukcesami. „My kupiliśmy nowy samochód, my dostaliśmy awans” itd. Działa, dopóki ona postrzega siebie i jego jako jeden twór, to „my” właśnie.

Ale symbioza trwa krótko. W pewnym momencie ona zaczyna się orientować, że jej partner jest osobną jednostką i wszystkie triumfy życiowe zostają zapisane na jego koncie. Zaczyna więc czuć do niego złość.

TS: Nie bardzo rozumiem, jak to ma się do pana pacjentki, którą „wkurza” układny i idealny Marcin…

SM: Już tłumaczę. „Doskonałość” partnera, to, że postrzegam go jako dobrego, mądrego, przystojnego, człowieka sukcesu, może mnie złościć, budzić zawiść. Bo ja taka nie jestem i ten „porządny Marcin” ciągle mi o tym przypomina każdym swoim słowem i zachowaniem. Chciałabym, żeby mu się powinęła noga.

Żeby okazał się ułomny, tak jak ja, bo w głębi ducha podejrzewam, że coś jest jednak ze mną nie tak. Przecież nigdy nie otrzymałam rodzicielskiej akceptacji za to, że jestem, tylko za to, jaka jestem. To ogromna różnica.

TS: No dobrze, a co się dzieje później, gdy już odkryję, że mój partner jest dobry i fajny? Budzi moje przerażenie, bo boję się bliskości, albo zawiść i agresję, bo jestem narcyzem?

SM: Niezależnie, czy chodzi o to, że boję się odrzucenia, czy zazdroszczę partnerowi jego zalet, mam dwa wyjścia. Mogę storpedować ten związek, sprowokować rozstanie. Zrobię coś głupiego: nawrzeszczę na niego, zranię go, może zdradzę.

Zabiję tę miłość – i nie będę miała kłopotu. Albo mogę… spróbować sprowadzić tego „wspaniałego faceta” na swój poziom – jeśli w głębi ducha sądzę, że jestem niedobra, niezbyt atrakcyjna, nie osiągnęłam zbyt wiele, to zrobię coś, żeby i o swoim mężczyźnie zacząć tak właśnie myśleć. „E, wcale on nie jest taki fajny. Niby taki mądry, a proszę, dał się wrobić w głupie polisolokaty.

Niby taki zrównoważony, a tu proszę, jak się wkurzył, całkiem stracił fason”. Kobieta „psuje” sobie tego „wspaniałego faceta” i dzięki temu radzi sobie z trudnymi emocjami: lękiem, zazdrością, agresją.

TS: Znajoma miała wspaniałego męża, chodzący ideał. Po porodzie czuła się mało atrakcyjna. Zadała mężowi przewrotne pytanie, czy podobają mu się jej rozstępy. Zgodnie z prawdą odrzekł, że podoba mu się ona jako kobieta, a rozstępy same w sobie – niezbyt.

Wtedy ona się na niego obraziła i przez rok odmawiała współżycia. On zaczął rozładowywać swoje potrzeby dzięki pornografii. Ona się dowiedziała, wmówiła mu, że jest seksoholikiem…

SM: No właśnie, to doskonały przykład na to, jak można sobie „zepsuć” wspaniałego faceta. Można powiedzieć, że pani znajoma z premedytacją doprowadziła partnera do popełnienia błędu, małżeńskiej zbrodni – i teraz to ona jest górą. Ona jest przecież w porządku, dochowała wierności, a on, cóż, nielojalna świnia, wolał od niej roznegliżowane panienki w internecie.

Teraz on jest chory, zły, „zepsuty” – a ona będzie go leczyć i pomagać mu. Od- zyskała kontrolę nad sytuacją, nie musi ani się bać, że on ją zostawi, ani że będzie zazdrosna o jego sukcesy zawodowe, atrakcyjność fizyczną. Przecież nie ma o co. Ale skoro on jest już taki mały, biedny i niezbyt fajny, to ona… traci nim zainteresowanie.

Może go rzucić, wejść w kolejny związek. Niszczyć jednego partnera za drugim – tak na przykład robił ze swoimi kobietami Pablo Picasso.

TS: Zastanawiam się, co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do tego, by miłość umarła. Nie zrywać znajomości, nie psuć partnera… Jakie są wyjścia?

SM: Przede wszystkim trzeba zauważyć, że to ja tę miłość zabijam! W przypadku osób, które lęk przed bliskością wyniosły z dzieciństwa, na przykład z rodziny z problemem alkoholowym, sprawa jest nieco prostsza. Dobrze jest uświadomić sobie: mój partner jest fajny, miły, czuły i lojalny wobec mnie, ale ja takiego zachowania w związku nie rozumiem.

To tak, jakbyśmy mówili dwoma językami. Tego drugiego języka można spróbować się nauczyć. Wzmacniając poczucie własnej wartości, ale też przyglądając się sobie. Gdy czuję przypływ paniki, zaczynam mieć dziwne, irracjonalne pomysły, dam sobie czas. Zastanowię się: czego tak naprawdę się boję w tej sytuacji?

Jak zachowałby się ktoś inny, moja przyjaciółka, która od dwudziestu lat żyje w udanym, szczęśliwym małżeństwie? Czy mogłabym postąpić tak jak ona?

TS: Rozumiem, że w sytuacji, gdy mamy osobowość o cechach narcystycznych, sprawa się nieco komplikuje?

SM: Tak, narcyz stanowi poważne wyzwanie, nie tylko dla partnera, także... dla terapeuty! Niełatwo poddaje się terapii, bo – jak można się domyślić – gdy tylko poczuje zawiść o to, że terapeuta jest „lepszy i mądrzejszy”, co jest przecież koniecznym elementem sojuszu terapeutycznego, natychmiast próbuje swojego rozmówcę „zepsuć”, tak jak wcześniej psuł i niszczył kolejnych dobrych partnerów.

Mimo to, podejrzewając u siebie narcyzm, warto wybrać się do specjalisty. Czasem się jednak udaje zakończyć terapię sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy narcyz przemyślał sobie sprawę, przeanalizował swoje doświadczenia i doszedł do wniosku, że samodzielnie nigdy nie zbuduje trwałej, satysfakcjonującej i bliskiej relacji.

Bo to, co powiedziała pani na początku, to prawda: każdy z nas pragnie miłości, bliskości, akceptacji. Każdy może je mieć w związku. Tylko niektórzy muszą się o to bardziej postarać.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Dr Sławomir Murawiec jest redaktorem naczelnym czasopisma „Psychiatria”, pracuje w Centrum Terapii Dialog. Właśnie został uhonorowany prestiżową Nagrodą im. prof. Stefana Ledera, przyznawaną wybitnym psychoterapeutom.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Jeśli twój wnuk jest niejadkiem, warto wypróbować proste lecz skuteczne sposoby. Dzięki nim maluch nie będzie dłużej kręcił nosem nad talerzem. więcej