Matka i córka 25 lat później

Matki mają dziś 50 lat. Córki połowę mniej. Pierwsze wchodziły w dorosłość po wyborach w roku 1989, wtedy, gdy powstał „Twój STYL”. Drugie zaczynają samodzielne życie w Polsce, która się zmieniła. Nieraz porównują swoje losy: matki wspominają puste sklepy i podróże małym fiatem, córki mówią o bezrobociu i życiu z kredytem. Któremu pokoleniu jest więc łatwiej? I kto komu czego zazdrości?

Blisko, coraz bliżej

Reklama

Anna 25 lat temu W mieszkaniu na Muranowie radość: będzie drugie dziecko. Anna i Maciek są jedynakami, marzą o dużej rodzinie. Może to nie najlepszy moment, Ania straciła etat w przedszkolu. Do pracy poszła od razu po maturze, lubiła pracę z dzieciakami. Szkoda. Ale jakoś to będzie.

W zakładzie, gdzie pracuje Maciek, jest miejsce. Anna nie zna się na poligrafii, ale się nauczy, zawsze była optymistką. Tylko czasem, gdy kolejni znajomi wyjeżdżają z kraju, myśli, czy na pewno ich miejsce jest tu, w kawalerce po babci. Kiedy rodzi się Marysia, pokój z kuchnią, 32 metry, robi się ciasny. Ale to jeszcze nie są czasy wyścigu. Żyje się spokojnie. Dzieci bawią się na podwórku, rodzice wcześnie wychodzą z pracy. Przyjaciele spotykają się przy bułgarskim winie. Gdy ktoś z paczki traci pracę, wiadomo, że inni pomogą. Polacy tak mają. No i takie czasy.

Z pielgrzymką przylatuje Jan Paweł II, rusza Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Marysia, córka Anny, dziś Różan, miasteczko za Pułtuskiem. Dom na skarpie, w dole Narew. Marysia oddycha głęboko. Tak chciałaby żyć, z dala od miasta. Dom to azyl całej rodziny odziedziczony po prababci. W rocznicę jej urodzin zjeżdżają się tu wszyscy i wtedy ciotki pytają, co Marysia będzie robić w życiu. Od dziecka świetnie rysuje, robi zdjęcia. Po maturze poszła do Europejskiej Akademii Fotografii, potem do Warszawskiej Szkoły Reklamy.

Pierwsza praca w firmie reklamowej, ale na zlecenie, więc trzeba szukać następnej. W ogłoszeniach jak zwykle potrzebne doświadczenie i... młody wiek. Etat w ursynowskiej gazecie dostaje po znajomości. Pieniędzy niewiele, więc Marysia mieszka z rodzicami na Muranowie i tylko liczy, czy dadzą radę z Łukaszem wynająć kawalerkę. Rodzice odradzają, ale gdy córka się wyprowadza, pomagają, co parę dni podrzucają im zakupy.

A jednak na stabilizację za wcześnie. Łukasz traci pracę, na mieszkanie ich nie stać. Ale Marysia już do rodziców wracać nie chce. Dostaje pokój u babci na Pradze.

Pokolenie kompromisów

Gdy Anna była w wieku córki, do słowa „stabilizacja” zawsze dodawano „mała”. Maciek urządził ich 32 metry tak, że każdy miał swój kąt i jeszcze przyjmowało się gości. Byli rodziną kumpelską. Mama Anny złościła się nawet: „Pozwalasz córkom na zbyt wiele”. Fakt, Marysia mogła nocować u koleżanek, wyjeżdżać z nimi.

Anna postawiła na partnerstwo i się nie zawiodła. Córki są związane z rodzicami, słuchają rad. Nawet teraz, kiedy Marysia mieszka u babci, chętnie wpada na Muranów, żeby parę dni pobyć z rodzicami. Śmieje się, że są „stadni”, i coraz częściej szepce z mamą, że może pora na dziecko?

Anna na babcię nie wygląda. Skórzane spodnie, czarne kozaki jak glany. Młoda duchem 50-latka. Tylko Maciej czasem mówi: „Jesteś super, ale męża masz biednego”. Ale ona tylko wzrusza ramionami. Jakoś nie dali się złapać w pogoń za pieniędzmi. Poza tym czy dobry partner nie jest wart miliona dolarów? Anna wie, że we dwoje, żeby nie wiem co, dadzą radę. Jest cenionym grafikiem w wydawnictwie, dumna, że wytrwała w zawodzie.

Marysia patrzy na mamę i zazdrości, bo uważa, że dzisiaj 25-latki mają trudniej. Ona wciąż szuka. Po gazecie było już laboratorium fotograficzne, praca kelnerki, aż wreszcie trafiła do drukarni pod Warszawą. I wciąż to marzenie: wynająć mieszkanie, zawiesić na ścianach własne obrazy...

Anna, jej mama, żałuje dwóch rzeczy: że nie wzięła kredytu na mieszkanie dla córek i że nie wyjechała na Zachód, kiedy to się jeszcze opłacało. Obiecała więc sobie, że jeśli Marysia będzie chciała szukać szczęścia w świecie, dołoży jej do biletu.

To, co najważniejsze

Dziś wieczorem rodzina spotyka się na karnawałowej imprezie. Anna przegląda się w lustrze. Rockowy styl. Na ramieniu tatuaż projektowany przez córki. Nie wygląda na starszą o 25 lat. Wciąż więcej je łączy, niż dzieli. Anna nawet nie zauważa, jak często mówi „my”. „Nie odebrałyśmy dyplomu z uczelni”, „kupiłyśmy Maciejowi prezent”. Czasem myśli, czy to dobrze, że jest tak blisko z córkami. Bo jak Włosi nazywają wieczne dzieci, które nie chcą się wyprowadzić od rodziców: bamboccioni? Jej mama szybko puściła Annę w świat, ale to były inne czasy.

Dzisiaj mieć za plecami kochającą rodzinę – bezcenne. Dlatego Anna, mając 50 lat, wciąż planuje. A gdyby przenieść się kiedyś do rodzinnego siedliska nad Narwią? Stworzyć gniazdo, do którego każdy z rodziny może zawsze przyjechać, ogrzać się? To chyba zawsze warto, nieważne, jakie mamy czasy.

Duże i małe sprawy

Monika 25 lat temu Uniwersytet Łódzki, wydział polonistyki, zajęcia z literatury. Dziewczyna z rudymi lokami robi notatki, obok w wózku śpi kilkumiesięczny maluch. Na uczelni to nowość, dotąd żadna studentka nie przyjeżdżała na zajęcia z dzieckiem. Prócz maleńkiej Basi Monika ma już dwuletniego syna. Łączy studia z macierzyństwem, pomaga jej mama. Monika wyszła za mąż wcześnie, młody mąż nie udźwignął obowiązków. Ale ona, córka wymagających rodziców, zrobi wszystko, żeby pokazać, na ile ją stać. Marzyła o Filmówce, teraz musi mieć pewny zawód.

W końcówce lat 80. dyplom państwowej uczelni to gwarancja pracy. Po obronie bez problemu dostaje etat nauczycielki polskiego. Jako 25-latka ma jasny cel: wychować dzieci, być samodzielną. Mieszka w kawalerce wynajętej za grosze od znajomego rodziców. Ubrania maluchów pierze w proszku Cypisek. Po znajomości załatwia zaświadczenie, że Basia jest dzieckiem nietolerującym glutenu. Ekspedientki w sklepie nie wiedzą, co to gluten, ale rodzicom z takim papierkiem mają sprzedawać deficytowe soczki Bobo Frut.

Basia, córka Moniki, dziś Absolwentka ekobiznesu, niedawno zaczęła pierwszą pracę: urząd miasta, ochrona środowiska. Jest w związku partnerskim z Marcinem. Znak czasów. Jej mama wolała wziąć ślub, chyba za szybko, bo wkrótce był rozwód, ale 25 lat temu życie „na kocią łapę” było nie do pomyślenia.

Dziś koleżanki Baśki ze ślubem się nie spieszą. Ona też, choć niedawno urodziła córkę. Przy porodzie była mama. Basia nie może uwierzyć, że kiedyś na salę porodową nie wpuszczano bliskich. Ale wie o tym, bo lubi opowieści mamy, „jak to było”. Ona była harcerką (ktoś dziś należy do harcerstwa?). W liceum chodziła z opornikiem wpiętym w sweter i czytała „bibułę” Konwickiego.

W wyborach w roku 1989 głosowała przeciw komunie. Tego Basia mamie zazdrości. Że o coś ważnego jej w życiu chodzi. I jeszcze konsekwencji. Ona, przyznaje, jest jak dziecko we mgle. Tak było, gdy miała zdecydować o studiach.

Wybór kierunku to jak wyprawa do Rossmanna po szampon – stajesz przed półką i nie wiesz, po co sięgnąć. Złożyła papiery na kilka uczelni, ale do żadnej nie była przekonana. Dziennikarstwo? 80 osób na miejsce. Dostała się na zarządzanie i ekonomię, wybrała opcję numer dwa. Po obronie urosła w swoich oczach, bo nie lubi matmy, bała się, że na ekonomii sobie nie poradzi. Basia pracuje w urzędzie, ale nie jest to praca marzeń. Ma za to stałą umowę, a to argument dla banku, w którym z chłopakiem stara się o kredyt na 30 lat. Chcą wybudować dom pod miastem.

Byle do przodu

Monika pierwszy kredyt wzięła trzy lata temu. Wcześniej było kilka małych pożyczek, na przykład na remont kuchni, bo z pensji musiało wystarczyć na rachunki, jedzenie, dzieci. A one rosły. Kiedy Basia poszła do szkoły, jej koleżanki miały bluzki z logo GAP, a ich ojcowie – pierwsze komórki. „Noc reklamożerców” odbywała się w Polsce nie bez przyczyny.

Monika musiała tłumaczyć dzieciom, dlaczego nie wszystkie dziewczynki muszą mieć lalkę Barbie. Ale pieniędzy potrzebowała więcej. Zapisała się na zaoczne zarządzanie i kursy coachingu. W weekendy dorabiała, ucząc kierowców PKS asertywnego postępowania z pasażerami.

Aspiracje? Na bok. Monika chciała podróżować, tylko nie miała za co. Kolejny kurs, tym razem pilota wycieczek, po nim podróże stały się źródłem dochodu. Gdy mogła, zabierała dzieci. Kiedy Basia zdała maturę, we dwie wyjechały do Tunezji. Mama była już dyrektorką łódzkiego Pałacu Młodzieży. Z wiekiem nabrała odwagi, uwierzyła, że „trzydzieści”, a potem „czterdzieści plus” to świetny czas dla kobiety. Tego uczyły kolorowe miesięczniki.

Monika czuje się jak „siłaczka”, bo Łódź jest trudna do kochania, działo się tu niewiele, lecz ona zapraszała gwiazdy, pisarzy, robiła festiwal „Łódź – miasto kobiet”. Uczy się kompromisów: martwi się, że syn nie spłacił na czas karty kredytowej i trzeba mu pomóc, ale i staje na głowie, żeby ściągnąć pieniądze z Unii do Ośrodka Inicjatyw Artystycznych, którym kieruje. Opiekuje się wnukami i organizuje koncerty.

A co z marzeniami? Sporo dało się uratować. Monika śpiewa w Łódzkim Teatrze Piosenki, zagrała w Pielęgniarkach. Wyszła drugi raz za mąż. A po drodze pokonała kryzys. Kilka lat temu zachorowała na raka piersi. Jest pewna – siłę do walki z chorobą dało jej doświadczenie samotnej matki, która ma sobie radzić. Teraz działa w organizacjach, które zachęcają do badań profilaktycznych. A córce powtarza, żeby nie zostawiała marzeń na później, bo nigdy nie wiadomo.

Pokolenie ryzyka

Marzenie Basi? Jak z obrazka. Dom pod lasem, kochająca się rodzina. Ona projektuje ogrody, uczy się śpiewu, zajmuje córką... Ale czy to tak będzie wyglądać? Na razie Basia i Marcin nie dają rady bez pomocy rodziców. Nie jeżdżą na wakacje, do kina chodzą rzadko. Brakuje pieniędzy.

Basia boi się zmiany pracy, mówi, że życie nie zachęca do odwagi. Marcin próbował założyć firmę. Dostał unijną pożyczkę na niski procent, kupili z kolegą maszynę do haftu komputerowego. Szło dobrze, ale sprzęt zaczął się psuć. Nie mogli realizować zamówień, rosła sterta rachunków, musieli się poddać, zwrócić pieniądze. Basia tę lekcję zapamiętała, więc boi się zrezygnować z posady. Może kiedyś.

Może nie w Polsce? Mama nie wyjechałaby z Łodzi, tu ma rodzinę i Kasię, tę samą przyjaciółkę od 40 lat. Basia myśli, że emigracja to szansa. Słyszała, że Duńczycy to najszczęśliwsi ludzie w Europie. Dlaczego nie miałaby być szczęśliwa właśnie tam? Spokojne życie, o nim tymczasem marzy. Zwolnić, mieć swój świat, małe sprawy. Niekoniecznie być siłaczką. A tu?

Za kilka tygodni kończy się jej urlop macierzyński. Czy dla córki będzie miejsce w państwowym żłobku? A jeśli nie, może lepiej wziąć urlop wychowawczy? Mama zapewnia, że pomoże, jak zawsze. Basia się uśmiecha. Chciałaby być dla swojej Alicji tak niezawodną matką. Na razie sama korzysta. Wieczorem podrzuci Alę mamie. Ma koncert, śpiewa amatorsko. Tego Monika dopilnowała, żeby córka nie zapomniała o sobie. I tak ma ciężko.

Korekta marzeń

Joanna 25 lat temu - 44 metry kwadratowe, pierwsze piętro w bloku na białostockim osiedlu. W „dużym” pokoju teściowie, w małym Joanna z Wojtkiem, starszą córką Marleną i małą Pauliną. Joanna, wysportowana blondynka, zna Wojtka od dzieciństwa. Któregoś dnia spotkali się na przystanku, wsiedli do tego samego autobusu i przegadali całe popołudnie. Joanna była w ogólniaku, trenowała piłkę ręczną. Chciała zdawać na AWF. Wojtek miał w planach politechnikę, ale oblał egzaminy.

W końcówce lat 80. oznaczało to... wojsko. Joanna dwa lata płakała w poduszkę, Wojtek tęsknił. Nawet jego mama powtarzała dziewczynie: „Nie wiąż sobie życia, za wcześnie na poważny związek”, ale Joanna czekała. Wzięli z Wojtkiem ślub, gdy miała 20 lat. Chrzestna chciała im podarować działkę budowlaną, ale podziękowali. Joanna, dziewczyna z bloków, wolała skromne życie. Wierzyła, że kochający mężczyzna jest gwarancją przyszłości.

Tylko z AWF-em nie wyszło. Joanna boi się pływać, o skoku na główkę na egzaminie nie było mowy. Poszła na nauczanie początkowe, potem dostała etat w podstawówce. Nie mieli z Wojtkiem mieszkania, ale mieli siebie. Wynajęli kawalerkę. On znalazł pracę w stolarni, wkrótce pierwszy raz wyjechał za wschodnią granicę. Handlował ciuchami, przywoził złoto.

Gdy urodziła się Paulina, taty z reguły nie było w domu. Ale były pieniądze.

Paulina, córka Joanny, dziś pracuje w przedszkolu dla dzieci autystycznych. Lubi to, choć miało być zupełnie inaczej. Kiedy Paulina zdała maturę, była pewna, że zamieszka w Warszawie. Białystok wydawał się ciasny i nudny. Mama to co innego, lubi swoje Podlasie, a Paulina mówiła, że trzeba się wyrwać z „Polski B”, mieć dobry zawód i pieniądze, jak rodzice. Dotąd oni ją wspierali.

Wymyśliła, że będzie śpiewać – sfinansowali prywatną szkołę muzyczną. Grała w piłkę – wozili na turnieje i kupowali sprzęt. Zdecydowała się zdawać na prawo – dali jej na czesne w warszawskiej uczelni. I nie wypominali. Słyszała tylko: „My nie mieliśmy takich możliwości, niech tobie będzie lepiej”.

Paulina przeniosła się do Warszawy, gdzie siostra studiowała już weterynarię. Wynajęły mieszkanie w eleganckim osiedlu, znalazły pracę w pizzerii. Półtora roku szło dobrze. Potem przy rodzinnym stole w Białymstoku mama zaczęła poważną rozmowę: „Kryzys, zarabiamy coraz mniej, chyba nas już nie stać na prywatną szkołę".

Pokolenie wielkich szans

Gdzieś na początku lat 90. Wojtek namówił Joannę, żeby rzuciła pracę. Miała mu pomagać w biznesie. Tylu znajomych prowadziło firmy, wszystkim dobrze szło. Pomysł prosty: on będzie przywoził ubrania z hurtowni w Łodzi, ona poprowadzi sklep. Wkrótce otworzyli zakład krawiecki, wynajęli halę, sprowadzali maszyny.

Poszły na to wszystkie oszczędności, ale to były złote lata. Rodzina mieszkała w ładnym szeregowcu, córki studiowały w Warszawie, stać ich było na przyjemne życie.

Joanna i Wojtek kończyli właśnie duży dom pod Białymstokiem, gdy karta się odwróciła. A mówiąc bez metafor – splajtowali. Trzeba było zamknąć firmę, sprzedać maszyny prawie za bezcen. Dzisiaj żartują, że nie stracili tylko fantazji, bo za ostatnie 800 dolarów kupili... doga. I to wtedy odbyła się ta rodzinna rozmowa przy stole.

Droga do siebie

Paulina wraca do Białegostoku, tu chce dokończyć prawo i pomóc rodzicom. Opowiada o pizzerii, w której pracowała i która zawsze była pełna. Może by...? Ojcu to się podoba. Zająć się wreszcie czymś spokojnym, mieć knajpkę, wpadaliby znajomi, byłaby praca dla rodziny, mąż starszej córki jest kucharzem. Tylko Joanna jest ostrożna. Tyle razy się sparzyła.

Teraz więc Paulina pracuje nad mamą: Nie masz jeszcze 50 lat, musisz gdzieś pracować, etatu nie znajdziesz... Odkąd wróciła do domu, myśli praktycznie. Tu ludzie nie zadzierają nosa, nie ma takiego lansu jak w Warszawie. I jest jeszcze jedna zmiana. Zakochała się w koledze z czasów liceum.

W Trzech Króli 2015 roku Paulina wypisała na drzwiach KMB: „Niech Chrystus błogosławi temu domowi”. Są z Krzysztofem dwa lata po ślubie. Mieszkają na piętrze w domu teściów. – Wszystko się ułożyło – mówi z uśmiechem. Może pomogła w tym religia. Bo Paulina nauczyła się szukać sensu raczej w sobie niż na zewnątrz.

Kariera? Prawo skończyła. Jeszcze przed obroną pracy obeszła białostockie kancelarie. Nikt nie chciał jej przyjąć nawet za darmo. Na razie więc prawniczką nie będzie. Żyłaby na utrzymaniu rodziny, gdyby nie telefon od Ewy, siostry męża. Otwiera przedszkole dla dzieci autystycznych, potrzebuje pomocy. Paulina pracuje tam już ponad rok. I chyba ma serce do maluchów, bo przy niej spokojnie jedzą, usypiają. Dziwi się, że znalazła szczęście tam, skąd chciała uciekać. Nawet się nie śmiała, gdy mama zachęcała ją do akcji „bądźmy razem na Podlasiu”.

Rodzice otworzyli jednak tę pizzerię. Odważyli się na kredyt i na szczęście po trzech latach zaczęli „wychodzić na swoje”. Na tyle, że w 50. urodziny Joanna, zdmuchując świeczkę na torcie, pomyślała, że może pora na drugą knajpkę? A Paulina, jej ambitna córka, zapisała się na pedagogikę specjalną. Od roku nie bierze od rodziców pieniędzy na życie. Planują z Krzysztofem dziecko. I to nie w Danii.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Komu łatwiej?

Prof. Beata Łaciak z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW badała pokoleniowe zmiany w obyczajowości Polaków. Opowiada o starcie w dorosłość dzisiejszych 50-latek i ich córek.

Twój STYL: Co różni dawne i współczesne 25-latki na starcie?

Beata Łaciak: Po pierwsze sytuacja na rynku pracy. Dzisiejsze 50-latki nie znały słowa „bezrobocie”. Dyplom wyższej uczelni otwierał wiele możliwości, zwłaszcza że wtedy ludzi z wyższym wykształceniem było w Polsce o wiele mniej. Jest jednak ale. Kiedy nastał czas rewolucji gospodarczej, firmy się przekształcały, likwidowano etaty, dorosłe już kobiety miały większy problem z przystosowaniem się do zmian. Dziś uczelnie przygotowują do zachowań w kryzysie, ostrzegają: to cię może spotkać, miej alternatywę. Mamy wychowane w czasach względnej stabilizacji musiały same się nauczyć, jak reagować, gdy coś się wali. Uważam więc, że lepszy wyjściowy pakiet kwalifikacji i umiejętności dostaje pokolenie córek.

TS: Ale one twierdzą, że mamom było łatwiej zaplanować przyszłość krok po kroku, że życie było stabilniejsze. Prawda czy mit?

BŁ: Nie zgadzam się z takim podejściem. 25 lat temu życie było nieprzewidy- walne. W roku 1989 pierwszym efektem wprowadzenia wolnego rynku było uwolnienie cen. Pensje stały się śmiesznie małe, zresztą małe były zawsze. Fakt, o pracę nie trzeba było zabiegać, ale nie oznacza to, że matki miały z czego żyć. No i w czasach ich młodości nie można było zaplanować kupna mieszkania, wyjazdu na wakacje. Rozwoju kariery też nie, bo na rynku pracy zaczęła się wolna amerykanka. Dziś inwestowanie, oszczędzanie daje jednak gwarancję, że będzie z tego jakaś korzyść, pieniądze się rozmnożą, a na pewno nie przepadną. Wtedy nie było żadnych gwarancji.

TS: Dzisiejsze córki narzekają, że zdobyta wiedza, dyplom niewiele dają. Czy przez to im trudniej?

BŁ: Trochę tak, ale jednak te dziewczyny są bardziej elastyczne. Nie ta praca, to inna, może trochę później. Możliwości jest więcej w każdej dziedzinie. Współczesne córki mogą się uczyć, gdzie chcą, wyjeżdżać, pracować za granicą. Są bardziej otwarte. Nie mają kompleksów, które ograniczały mamy w ich wieku. Bo co z tego, że w roku 1989 otworzyły się nasze granice, świat? Dziewczyny dorastające w PRL-u kiepsko znały języki, nie miały odwagi w ten świat wyruszyć. Bo go nie znały.

Mogły emigrować, ale jednak najczęściej tego nie robiły. W ogóle ludzie byli bardziej przywiązani do miejsc, w których żyli, także ze względów finansowych. Praca wiązała, a mieszkało się często z rodzicami, bo szanse na własne M były małe. Dziś młodzi chcą jak najszybciej mieć własne lokum, dziwią się podejściu „najpierw dziecko, potem praca”.

TS: Mają większe aspiracje?

BŁ: Ja te aspiracje nawet rozumiem. Kiedy wiem, jak fajnie i łatwo żyje się innym ludziom na świecie, też szybko chcę wejść na podobny poziom. My, matki, chyba lepiej rozumiałyśmy, że zawsze coś jest kosztem czegoś. Życie nie jest łatwe, trzeba się natrudzić, zawierać kompromisy. 50-latki dostrzegają, że mimo problemów życie jest fantastyczne. Częściej uświadamiają sobie, że są szczęściarami. Odwołują się do pokoleń swoich rodziców i dziadków, których dotknęły czasy wojny i komuny. Ta perspektywa pomaga uzyskać równowagę: mam problemy, ale daję radę. Córki takiej perspektywy nie mają.

TS: Czy dostają od matek takie wsparcie, na jakie same mogły kiedyś liczyć?

BŁ: Dostają, ale innego typu. Dzisiejsze 50-latki to pokolenie kobiet aktywnych. Pracują, realizują się, rozwijają. Pomagają córkom, jednak nie są babciami na pełnym etacie kosztem swoich spraw. To już nie jest całodzienne pilnowanie, wręcz wychowywanie wnuków. Chodzi raczej o pomoc finansową, a nie oddawanie im całego czasu. Myślę, że aktywne mamy wychowały swoje córki mądrze. One też sobie w życiu poradzą. Jestem spokojna o dzisiejsze 25 plus.

Dacie radę, dziewczyny!

Czy generacja córek dostała trudniejsze zadania, żyje w cięższych czasach niż matki w ich wieku? Maja Szpakiewicz, psycholog z Centrum Psychoterapii TREDO, patrzy na młode pokolenie z optymizmem.

Twój STYL: Słyszy się czasem, że pokolenie „25 plus” to generacja stracona. Ciężki start, zagubienie, marne szanse. Córki mają gorzej?

MS: A kto tak mówi? Ja myślę, że mają lepiej. Korzystają z tego, co matki musiały wyszarpywać. One przełamywały stereotypy, np. dotyczące roli kobiet, w domu, w pracy, w życiu społecznym. Może czasy dla dzisiejszych 25-latek są trudne, ale one już mają to, co im wydaje się oczywiste. Dla córek normalne jest równouprawnienie w związku i to, że drogi do kariery mają otwarte.

TS: Żyją w czasach lepszych dla kobiet?

MS: Tak, naciski społeczne są mniejsze. Kobieta może w ogóle nie wyjść za mąż albo rozwieść się dwa razy i żyć w związku nieformalnym. Może zdecydować, że nie urodzi dziecka, albo poczekać na moment, kiedy sama poczuje, że chce. Mówi o tym głośno. W ogóle młode Polki inaczej się komunikują. Są asertywne, pewne siebie, jasno formułują cele, są świadome potrzeb i kierują się nimi, nie dyskutują z otoczeniem. To jest zdobycz ich czasów.

Poza tym mają w zasięgu ręki wiedzę, którą my musiałyśmy z trudem wyszukiwać. Internet otworzył je na świat, na wszystkie zdobycze cywilizacji. Dziewczyny widzą, jak można żyć, co osiągnąć. Mają aspiracje. To nie jest zła pozycja startowa.

TS: A wielki wybór: jak żyć, gdzie, kim być, nie powoduje zagubienia?

MS: Kiedy jest duży wybór, szansa rozwoju też jest wielka. Oczywiście, niektórzy boją się podjąć decyzję dotyczącą swojego życia – czym się zająć, gdzie mieszkać. Ale to nie zależy od czasów, tylko od człowieka. Ludzie mówią: „za komuny było lepiej, łatwiej”. Ale dzisiejsze 50-latki wychowały się w czasach, które je „ubezwłasnowolniły”, w niewielkim stopniu decydowały o swoim życiu.

TS: Być może hasło „Bierz życie w swoje ręce” to za trudne zadanie dla współczesnych 25-latek? Frustrują się, bo np. mają świetny dyplom, a nie mogą znaleźć pracy.

MS: A ja myślę, że są odporne na frustrację. Jeżeli czegoś chcą, dążą do tego, nawet jeśli sukces trzeba odłożyć w czasie. Nie zdałam na wymarzone projektowanie mody? Będę próbowała kolejny raz, do skutku. Nie dam się presji rodziny, która nalega: idź na jakiekolwiek studia, zdobądź jakiś dyplom, bądź praktyczna. Matki poddawały się takim naciskom, uważały, że coś powinny. Myślę, że dzisiejsze dwudziestoparolatki wyczuwają zagrożenie w pójściu na kompromis. Trzymają się swojego zdania. Mają większą wewnętrzną wolność niż ich matki. Nie naginają się do rzeczywistości. Potrafią wyczekać, zawalczyć o swoje.

TS: Nie są pokoleniem „instant”, które chce mieć tu i teraz?

MS: Owszem, ale w innym znaczeniu. Mają mniejszą odporność na zwykłe, czasem banalne życiowe trudności. Tutaj nie potrafią czekać. Zepsuł się internet? Trzeba natychmiast naprawić! Nie mam za co jechać do Włoch, kupić najnowszy model nart? Wezmę kredyt. Nie ma etapu dochodzenia do czegoś wielkim trudem i w efekcie radości, że się to osiągnęło. Ale frustracje tego rodzaju nie dotyczą samorealizacji.

TS: Myśli Pani, że 25-latki dadzą sobie radę w życiu?

MS: Tak. Choć uważam, że ich matkom na starcie też nie było źle. Fatalnie było kobietom sto lat temu. Nie przesadzajmy więc z narzekaniem. Po prostu pokolenie matek i córek musi mierzyć się z innymi wyzwaniami. My kiedyś z ograniczeniami społecznymi, politycznymi, a one dziś przede wszystkim z trudnościami zawodowymi. Ale przecież w gruncie rzeczy nie żyje nam się źle.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Czujesz, że życie ci ucieka, a ty nie spełniłaś marzeń? To objaw kryzysu wieku średniego. Przy odrobinie wysiłku pokonasz go, a nawet przekujesz w sukces. więcej