Kryzys wieku średniego u mężczyzn

Kupno czerwonego kabrioletu, podróż z plecakiem do Indii, siwe włosy związane w kucyk? Znacie? To kryzys wieku średniego. Mąż Joli przed pięćdziesiątką postanowił zostać rockmanem. Mąż Natalii – sportowcem ekstremalnym. Zamiast z tym walczyć, próbowały rozumieć. Nie było łatwo, ale było warto. Dziś twierdzą, że ich związki osiągnęły nową jakość.

Zdjęcie

Dotarło do mnie, że przez kryzys wieku średniego mojego męża staliśmy się sportowym małżeństwem. /123/RF PICSEL
Dotarło do mnie, że przez kryzys wieku średniego mojego męża staliśmy się sportowym małżeństwem.
/123/RF PICSEL

Jola, 46 lat, ekonomistka

Kryzys wieku średniego? Zdarza się, ale takiego faceta jak mój Wojtek nie dotyczy. Myślałam tak, kiedy mąż opowiadał z pobłażliwym uśmiechem o koledze z pracy, który przed pięćdziesiątką zaczął jeździć na rolkach, a potem wkręcał się na imprezy synów, nie zauważając, że dla wszystkich jest to trochę krępujące.

Podtatusiały dżentelmen z brzuszkiem w skaterskich ciuchach – oboje przewracaliśmy z niedowierzaniem oczami. Dotąd znaliśmy go jako szefa działu HR pod krawatem nawet po godzinach. Gdy jakiś czas później inny znajomy, dotąd stateczny ojciec trojga nastolatków, przeprowadził się do młodszej o 20 lat dziewczyny z dredami, rzucił pracę, nie martwiąc się zaciągniętym z żoną kredytem na dom, i wyjechał z narzeczoną na pół roku do Azji, też nie widziałam błysku zazdrości w oczach męża.

Reklama

„Nie bój się, – zapewniał z uśmiechem – ja nie zwariuję. Jestem spełnionym facetem, kocham ciebie i dzieciaki, takie odloty są dobre dla frustratów”. Byłam wdzięczna, że mój mąż jest poukładany i przewidywalny. Pierwsze zdziwienie przeżyłam na wakacjach w Irlandii.

Swoje 45. urodziny Wojtek koniecznie chciał spędzić w pubie na przedmieściach Dublina. W Polsce nigdy nie chodził do barów, ale powiedział, że na studiach dorabiał w angielskich knajpach i ma ochotę na „urodzinowy powrót do przeszłości”.

Tego wieczoru w pubie grała kapela rockowa. Nie jestem wielbicielką takich klimatów, wolałabym zjeść z Wojtkiem kolację w miłym miejscu, ale w końcu to były jego urodziny, więc poszłam.

Gdy na scenę wyszło czterech brodatych gości pod pięćdziesiątkę i zrobiło się głośno, Wojtek zaczął zamawiać piwo za piwem. Potem ruszył pod scenę. Widziałam, że podskakuje i krzyczy coś w tłumie podchmielonych Irlandczyków.

Kiedy pół godziny później muzycy ogłosili przerwę, zobaczyłam, że zamiast wrócić do stolika, wchodzi na scenę, bierze jedną z gitar i... zaczyna grać. Po chwili obok niego pojawił się brodaty basista z zespołu. Byłam pewna, że chce wyprosić Wojtka ze sceny i zabrać mu gitarę. Ale okazało się, że brodacz przysłuchuje się akordom wygrywanym przez mojego męża, po czym zaczyna zgrywać się z nim na basie.

Byłam zaskoczona, przez piętnaście lat małżeństwa Wojtek nie zdradził się z tym, że umie grać na gitarze! Cieszyłam się, że ten wieczór będzie dla niego niezapomniany i... byłam szczęśliwa, gdy już się skończył.

Po powrocie z Dublina zauważyłam, że coś się zmieniło. Wojtek zaczął się zamykać w swoim pokoju częściej niż dawniej. Czasem pojawiał się w łóżku dopiero o trzeciej nad ranem, choć wcześniej nigdy nie kładł się później niż o północy.

Kiedy pytałam, co robi, zbywał mnie enigmatycznymi mruknięciami. I jakoś łatwo się irytował. „Może ogląda porno?”, zasugerowała moja starsza siostra. Wojtkowi nigdy bym się nie przyznała, ale sprawdziłam wtedy w komputerze, jakie strony odwiedza. Okazało się, że słucha słynnych solówek gitarowych. Wchodził też na strony ze sprzętem muzycznym. Okej, nic w tym złego. Tylko dlaczego do trzeciej nad ranem?! Nie dopytywałam, żeby się nie zdemaskować.

Było mi wstyd, że go kontroluję, zwłaszcza że podejrzenia o grzeszne zainteresowania się nie potwierdziły. Niedługo potem kurier przywiózł wielkie pudło. Przesyłka z Ameryki. Mąż odpakowywał je z nabożną czcią.

– „O, kupiłeś gitarę – zauważyłam zaskoczona, bo nic mi nie mówił. – Gitarę?! To oryginalny Fender Stratocaster!” – zabrzmiało, jakby chciał powiedzieć: „nie znasz się, kobieto, na tym co ważne!”. Przełknęłam to, choć nie uszło mojej uwagi, że wcześniej nigdy nie mówił do mnie takim tonem.

Kiedy potem odkryłam, że zapłacił za nią sześć tysięcy złotych, byłam zaskoczona. Jeśli chce sobie przypomnieć chwyty, może wystarczyłby sprzęt za jedną piątą tej ceny z komisu muzycznego, niekoniecznie od razu „dokładnie taki model jak ten, na którym gra Clapton”. Ale to w końcu jego oszczędności.

Skutek uboczny pojawienia się nowego gadżetu był taki, że Wojtek zaczął znikać w swoim pokoju z gitarą na całe weekendy. Odpuścił cotygodniową pływalnię z synami, a dotąd był to żelazny punkt programu w każdą sobotę. Stał się milczący, wycofany, unikał mnie i wspólnych rozmów.

Gdy wspominałam o codziennych sprawach, dawał do zrozumienia, że to go nie obchodzi. Zaczął też wykręcać się od spotkań ze starymi znajomymi, mówiąc, że są nudni. Gdy w końcu oznajmił mi, że zakłada zespół rockowy, myślałam, że żartuje.

Najpierw się roześmiałam, bo przed oczami stanęła mi jego szafa pełna białych koszul i marynarek. Wojtek, menedżer w spółce notowanej na giełdzie, rzadko chodził w czymś innym niż garnitur. Ciekawiło mnie, w czym wybierze się na próbę. I kto będzie chciał grać z prawie pięćdziesięcioletnim debiutantem. Ale sprawy zaczęły się toczyć szybciej, niż sądziłam.

Mąż znalazł gdzieś basistę, perkusistę i zaproponował próby... w naszym domu. Gdy byłam w pracy, perkusista zwiózł do sutereny swój sprzęt. Potem pojawiły się tam wzmacniacze, mikrofony, kable, głośniki.

– „To świetnie! – pocieszała mnie znów siostra. – W domu nie zaszaleją. Będziesz miała wszystko pod kontrolą. Na szczęście nie ma wokalistki, więc to żadne ryzyko”. Jasne, każdy ma prawo do swojej pasji. Ale irytowało mnie, że mąż, który dotąd konsultował ze mną wszystkie decyzje, nagle zaczął się komunikować metodą faktów dokonanych: „w warsztacie będzie sala prób”, „ćwiczymy z chłopakami we wtorki od 20, a w soboty w południe”.

Gdy na jego ramieniu pojawił się któregoś dnia wytatuowany napis: „Never is too late to live your life”, byłam w szoku. A pierwsza próba to... było coś nie do opisania. W naszym domu ze starannie udrapowanymi zasłonami i zaprojektowaną w holu mozaiką pojawiło się dwóch nieznanych mi facetów w spranych dżinsach. Mruknęli coś w moim kierunku, po czym zeszli z Wojtkiem na dół.

Po godzinie rozległo się stamtąd głośne dudnienie, które urozmaicały porykiwania. Skończyli po 23. Nie wiem, co bardziej mnie martwiło, czy to, że synowie nie mogli spać, czy to, że mąż, dotąd opiekuńczy i uważny, ma kompletnie gdzieś fakt, że postawił cały dom na głowie, nie pytając nikogo o zdanie.

W sobotę przed 12 wyszłam z synami do miasta i przezornie wróciłam przed 15, z nadzieją na święty spokój. Nic z tego, nowi koledzy Wojtka pili piwo w naszej kuchni. Nie dowierzałam, gdy mąż zaproponował, żeby zostali na obiad. Wyszli przed 22, zaliczyłam całodzienne przesłuchiwanie rockowych płyt. Wytrzymałam.

Dopiero w sypialni wykrzyczałam: „Odwaliło ci?! Pięćdziesiątka na karku, a ty przestajesz zauważać żonę i dzieci, bo zakładasz zespół?!”. Bez słowa wyszedł i spędził noc w salonie. Potem mijał się ze mną przez tydzień w milczeniu.

Wszystko go irytowało, o byle co podnosił na dzieci głos. Wtedy pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że Wojtka jednak dopadł kryzys wieku średniego. Gdzieś odlatuje. I to wcale nie jest zabawne. Dobra strona awantury była taka, że w następnym tygodniu prób w naszym domu nie było, a perkusja zniknęła z sutereny, gdy byłam w biurze.

Wkrótce Wojtek oznajmił, że będą ćwiczyć na mieście. Siostra znów była optymistką: „Przejdzie mu za miesiąc, dwa, zobaczysz. Wolałabyś kochankę?”. Nie, nie wolałabym, ale wkrótce i tak miałam wrażenie, że mojego małżeństwa jest... mniej.

Wojtek jeździł na próby trzy razy w tygodniu, czasem cztery. Wracał przed północą. Reagowałam rozdrażnieniem, gdy usiłował opowiadać o tarciach w zespole. Naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Kiedy ja chciałam pogadać na inny temat, czułam, że on jest mało zainteresowany. Zaczęliśmy się mijać.

Potem grał już cztery razy w tygodniu, a w weekendy „komponował”, co oznaczało, że z rzadka wychodził z pokoju, a nawet jeśli, nie zwracał uwagi ani na mnie, ani na synów. Oni byli zaintrygowani tym, co robi tata, ale Wojtka interesowało tylko to, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Zaczęłam się niepokoić na dobre, gdy po próbie kilka razy wrócił nad ranem i czuć było od niego alkohol. Stał się wycofany, milczący. Nagle nasze rozmowy przestały się kleić, były zdawkowe. Trwało to kilka miesięcy. Co z tego, że nie miał kochanki. I tak czułam się odstawiona na boczny tor. Wreszcie postanowiłam, że zrobię jakiś ruch.

Zapytałam, czy mogę wpaść na jedną z prób. Usztywnił się, ale nie powiedział „nie”. Dżinsy wkładam tylko do lasu, ale zrobiłam wyjątek, żeby wpasować się w klimat. Sala prób w piwnicy starego pawilonu handlowego miała siedem na pięć metrów. Było duszno i nie będę się krygować, łomot mnie zmęczył. Ale siedząc na zdezelowanym fotelu rodem ze starych hoteli robotniczych, miałam wrażenie, że widzę mojego męża takiego, jakiego dotąd nie znałam. I... podobał mi się.

Nie umiem ocenić, czy to, co grał, było oryginalne, ale widać było, że robi to z pasją. W drodze powrotnej opowiedział mi, kim są pozostali członkowie zespołu. Pierwszy raz gadaliśmy o tym. I pierwszy raz spokojnie byłam w stanie mu powiedzieć, że jest mi źle, bo przez zespół za mało się widujemy.

Nie mam z kim pogadać o starszym synu, który źle znosi nowe liceum. Czuję się niezauważana. I boję się, bo stajemy się sobie obcy. Po następnej próbie Wojtek oznajmił, że odtąd będą grali tylko dwa razy w tygodniu. A w weekendy „komponował” teraz jedynie do południa. Resztę dnia, jak za starych czasów, zaczęliśmy spędzać razem. I znów chodził z synami na basen.

Zaproponowałam w końcu, żeby zaprosił do nas kolegów z zespołu z rodzinami. Jeden przyszedł z żoną, drugi sam, był w trakcie rozwodu. Nie powiem, że gadaliśmy jak starzy znajomi, ale wszyscy starali się przełamać lody.

Zespół rozpadł się po roku. Wojtek to przeżył, ale nie próbował zakładać nowego. Najpierw chodził przygnębiony, w końcu wyznał, że nie do końca rozumiał się z kolegami. Chyba przestał też wierzyć, że rock będzie nową ścieżką jego życia.

Skutek uboczny był taki, że któregoś dnia zaczął uczyć synów chwytów gitarowych. Polubili to. W domu pojawiła się jeszcze jedna gitara elektryczna i teraz w weekendy ćwiczą razem. Mąż czasem puszcza chłopcom robocze nagrania ze starych prób, z czasów, gdy „grał w zespole”. Ich to cieszy.

Młodszy syn nawet napisał ostatnio w wypracowaniu, że tata był kiedyś gitarzystą rockowym i koledzy z klasy mu zazdrościli. Kiedy ostatnio Wojtek przyniósł do domu dokument o historii rocka, obejrzeliśmy go wszyscy. A kiedyś pewnie poszłabym czytać do pokoju obok. Ale nie będę udawać, czuję ulgę, że to się skończyło.

Wieczory spędzamy razem, a starzy znajomi „pod krawatem” znów są dla męża wystarczająco fajni, żeby od czasu do czasu napić się z nimi wina.

Natalia, 42 lata, nauczycielka

„A co to jest kitesurfing?”, zapytałam, gdy Maciek oznajmił, że kupił sobie sprzęt do uprawiania tego sportu i zapisał się na kurs na Helu. Na indywidualne lekcje i ekwipunek z dnia na dzień wydał kilka tysięcy złotych!

Byłam rozżalona. To były pieniądze na szafę i biurko w sypialni córki. Trudno było mi jej wytłumaczyć, że będzie musiała zaczekać na obiecane meble jeszcze jakiś czas, bo tata miał „ważne wydatki”. I niepokoiło mnie, że Maciek chce uprawiać sport, z którym dotąd nie miał do czynienia.

Prawda jest taka, że on w ogóle nie miał nic wspólnego z żadnym sportem. Zrozumiałabym, gdyby kupił rakietę tenisową, bo ogląda tenis w telewizji. Albo nawet gdyby umówił się z kolegami na mecz piłki nożnej – śledzi wszystkie rozgrywki. Ale dlaczego kitesurfing?!

Okazało się, że w agencji reklamowej, w której jest grafikiem, kilkuosobowa ekipa regularnie w weekendy jeździ na Hel, żeby „polatać nad Bałtykiem”, i Maciek postanowił do niej dołączyć. Przeoczył tylko fakt, że średnia wieku w ekipie wynosi 25 lat. A on skończył 48, ma lekką nadwagę i łapie zadyszkę po wejściu na drugie piętro.

Próbowałam z nim rozmawiać: – „Przecież jak chcesz się poruszać, możesz kupisz rower albo hantle. Usłyszałam: – Nic nie rozumiesz. Jestem gościem, który sam siebie nudzi. Jeśli tego nie zmienię, strzelę sobie w łeb!”. Zabrzmiało niepokojąco, ale nie drążyłam tematu.

Z planowanego dwutygodniowego wyjazdu z kitesurfingową ekipą z pracy mój mąż wrócił po dziewięciu dniach. Przygnębiony i małomówny. Po miesiącu wydusił z siebie, że to jednak nie było „to”. Później od jednego z jego kolegów z pracy dowiedziałam się, że Maciek o mały włos się nie utopił.

Próbował szarżować, jak bardziej zaawansowani koledzy, ale zabrakło mu kondycji i umiejętności i musieli go ściągać pontonem na brzeg. I chwała Bogu! – pomyślałam.

Lekcja bolesna i kosztowna – sprzęt do kitesurfingu udało się sprzedać za pół ceny, przynajmniej szybko pozbył się złudzeń i będzie spokój. Coś jednak było nie tak. Mąż nie miał na nic ochoty. Dotąd raczej był pogodny, rozmowny, a teraz milczał i wzdychał. Zasypiał na filmach akcji, zasypiał w łóżku, jeszcze zanim zgasiliśmy światło.

Zasugerowałam, żeby poszedł do psychologa. Popatrzył na mnie z wyrzutem i dalej chodził smętny. Aż któregoś dnia wrócił do domu ożywiony i oznajmił, że jedzie na Słowację na „rafting w męskim gronie”. Wszystko już miał załatwione. Ani ja, ani córka nie byłyśmy uwzględnione w planach.

Postanowiłam nie robić wyrzutów. Plusem było to, że Maciek się ożywił, był weselszy, bardziej kontaktowy. Wyprawa raftingowa udała się chyba bardziej od kitesurfingowego eksperymentu. Mąż przywiózł zdjęcia, chwalił się przed znajomymi, oglądał filmiki w internecie, ale drugi raz już nie pojechał.

Za to zapisał się na siłownię i zaczął ćwiczyć pięć razy w tygodniu! Od siódmej rano do ósmej trzydzieści. Nie odpuszczał, zupełnie jak nie on. Nie podejrzewałam go o taką konsekwencję. W domu pojawiły się sportowe buty w odblaskowych kolorach, chyba z pięć par. O koszulkach, spodenkach, bluzach z „idealnie oddychającego materiału” i dresach już nawet nie wspominam, w szafie zajęły nagle trzy półki.

No i jeszcze gadżety. Zegarek, który mierzy tętno, przebyte kilometry, ilość spalanego tłuszczu, elektroniczne paski badające dzienną aktywność fizyczną, wibrujące plastry odchudzające. Sporo zaliczył tych nowości. Obserwowałam jego entuzjazm i... irytowało mnie to. Drażniło, że Maciek rzuca się we wszystko bez opamiętania. Nie widzi świata poza mierzeniem swojej wydajności mięśniowej i tętna.

A kiedy jeszcze kupił rower i zaczął znikać po pracy, bo zaliczał po 30, 40 kilometrów dziennie, miałam naprawdę dosyć. Nie znajdował już nawet czasu na wspólne oglądanie filmu w weekend, bo wieczorami wolał czytać gazetki o bieganiu, diecie sportowców itp.

Aż w końcu odpuściłam i pomyślałam: może to nie jest takie złe, że mój mąż nie chce zniedołężnieć? Może się miota, próbuje różnych rzeczy, ale czy naprawdę wolałabym, żeby po pracy siedział na kanapie z piwem i pilotem? Skoro miałby się przy mnie dusić albo „strzelić sobie w łeb”, to może niech już ćwiczy.

Tylko że trudno było mi się pogodzić z tym, że większość wolnego czasu spędzałam teraz sama. Bo nastoletnia córka też miała swoje sprawy. Na urlopie też spacerowałam po plaży w pojedynkę, bo Maciek zaliczał plan treningowy. Pomógł niezbyt szczęśliwy przypadek. Mąż złamał na rowerze rękę i na dwa miesiące przestał ćwiczyć.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby... wymyślił plan treningowy dla mnie. Zaczęłam od dwóch wypadów na siłownię w tygodniu i krótkich biegów. Wszystko pod okiem Maćka. Wyznaczał mi dystanse, czasy, jakie mam osiągnąć, mierzył tętno, oceniał postępy, czasem chodził ze mną do parku, gdzie biegałam, i korygował technikę biegu.

Naprawdę odnalazł się w roli trenera i traktował ją zaskakująco serio. Wkurzał się, gdy próbowałam traktować jego wskazówki z przymrużeniem oka. Parę razy się o to spięliśmy, ale było to dużo lepsze niż życie obok siebie, do którego zaczęłam się już przyzwyczajać.

Po dwóch miesiącach Maciek wrócił do ćwiczeń, a ja zaczęłam mu towarzyszyć. Z jego pięciu porannych wypadów na siłownię, zrobiły się trzy, ale nasze wspólne. Na gwiazdkę dostałam buty do biegania w odblaskowym różowym kolorze, zegarek, który „mierzy wszystko”, i książkę Bądź młodsza za rok.

Dotarło do mnie, że przez kryzys wieku średniego mojego męża staliśmy się sportowym małżeństwem. Nadal nudzą mnie dyskusje o nowinkach treningowych, które czasem odbywam z Maćkiem dla świętego spokoju, ale widzę, że dla niego to ważne, więc... czego się nie robi, żeby sprawić przyjemność mężowi?

Ostatnio znów chodzą mu po głowie radykalne pomysły. Znalazł grupę, która przygotowuje się do triatlonu, i chce do niej dołączyć. Pewnie to zrobi, ale mnie już to nie przeraża. Średnia wieku w triatlonowym teamie – powyżej czterdziestki, więc to chyba bardziej pasująca do niego grupa niż amatorzy kitesurfingu.

I nawet z ulgą myślę, że wytraci trochę energii w męskim gronie, bo czasem mam jednak tego sportu dosyć.

Anna Jasińska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również

  • Przedszkolak bije kolegów!

    Ostatnio dowiedziałam się, że mój czteroletni synek, walcząc o zabawki, bije inne dzieci w przedszkolu. Nie mogę w to uwierzyć, bo w domu tak się nie zachowuje... więcej