Kryzys w związku: Co robić?

Uczucie. Małżeństwo. Ma być tak pięknie. Bywa trudno, żałośnie, agresywnie. Co najczęściej wystawia nasz związek na próbę? Od lat to samo: zdrada. Brak pieniędzy. Narodziny dziecka. Przeszłość partnera. Wspólne mieszkanie. Śmierć rodziców. Wspaniałe zdarzenia są czasem równie stresujące jak te trudne. Jak nie oblać testów dla związku i jeszcze bardziej się kochać – mówią Marta i Tatiana.

Marta i Marcin razem dziewięć lat

Delegacja. Na hotelowym łóżku czytam sms od męża: „Co chcesz na kolację?”. „Wracam jutro, zapomniałeś? – odpisuję. „Czekam w restauracji na dole” – odpowiada. – „Przyjechałeś 350 kilometrów?! Tęskniłam!” Półtora roku temu te słowa nie przeszłyby mi przez gardło. Gardziłam Marcinem. Umierała moja mama, a on miał to gdzieś. Wątpiłam, czy mu wybaczę. To nie był nasz pierwszy kryzys. Strata pracy męża i finansowa zapaść też nas przetestowały. Podobnie jak wspólne mieszkanie. Dziś wierzę: problemy rozwijają związek. Dzięki nim jesteśmy blisko. W hotelowej restauracji stukamy się kieliszkami: „Za nasze trudne szczęście”.

Kryzys numer jeden. Sześć miesięcy razem. Jak ze sobą wytrzymać?

Reklama

Pamiętam pierwsze zakupy po tym, jak wspólnie zamieszkaliśmy. Koszyk wyładowany jedzeniem. Czas w sklepie – 90 minut. Ja biorę z półki pierwszy lepszy ryż, nie wczytuję się w etykiety. Marcin owszem. „Co za świr”, myślę.

W domu układam wędliny, sery i owoce w lodówce. On wyjmuje zakupy z powrotem. „Nabiał nie może leżeć z szynką, skarbie” – układa z pietyzmem każdy produkt. Ma bzika na punkcie porządku. Uczę się, że nie warto czekać na niego z gorącymi lazaniami. Zanim zacznie jeść, musi wyczyścić kuwetę kota.

Zmyć resztki pomidorów i mięsa z blatu. Naburmuszona grzebię widelcem w talerzu. W ogóle nie zauważa, że się starałam. Kolejne miesiące razem. Lista moich grzechów w oczach męża się wydłuża. Bałaganiara, która trzyma majtki z czapkami. Zostawia włosy w wannie. Non stop rozmawia przez telefon. Albo spędza czas na forach. Kiedyś wściekły Marcin wyrywa wtyczkę przewodu komputera.

Nie masz na mnie wyłączności!

– „Zdecyduj się, z kim chcesz być, ze mną czy z przyjaciółkami? – Nie masz na mnie wyłączności! Wypucuj prysznic, to ci przejdzie” – odpowiadam, a mąż milknie. Ja przeciwnie: „Czy ty jesteś chory psychicznie? Który facet po pół roku małżeństwa wchodzi do domu, wyciąga odkurzacz, zamiast pogadać z żoną?! Kiedy ostatnio wysłałeś mi czuły sms? Twoja niespodzianka to zrobić mi porządek w szafie. – Bo masz burdel!”.

W sobotni poranek przynoszę do łóżka herbatę i gazety. „Będziemy się całować i czytać?” – przymilam się. Seks. I zaraz Marcin wyskakuje spod kołdry: „Akcja, akcja!” – pstryka mnie w nos. Mam ochotę na lenistwo. Nie. On będzie zmieniał dętki w rowerze. – „Drażnisz mnie. A ja ciebie – mówię smutno.

Potrzebuję ochłonąć

– Myszko, ale o co ci chodzi? – Nienawidzę, kiedy jesteś taki kołtuński! Wszystko według planu, porządeczek, żadnej spontaniczności” – rozklejam się. Potrzebuję ochłonąć. Jadę do siostry. Julia od dwunastu lat jest mężatką. Wzdycha: – „Ślub to spotkanie dwóch kultur. On jest poukładany, ty chaotyczna. Ale on cię kocha za to, że jesteś szalona, a ty potrzebujesz w nim oparcia. Pomyśl o naszym ojcu – był nieprzewidywalny. Pojawiał się i znikał. Matka rozpacz wyciszała drinkami. Twój facet cię nie zawiedzie”. Wracam do domu, do męża. Powinnam ustąpić. Dostaję tak wiele. – „Nie chcę się gniewać – przytulamy się. – Nie dotknę przez tydzień odkurzacza” – żartuje on. Godzimy się. Ustalamy kompromis: „Zniosę, że czepiasz się o bałagan w rachunkach. I że robisz mi porządek w szafie. – Nie wyzywaj mnie od sztywniaków... – Obiecuję. Ale błagam, siadaj do stołu, gdy czekam z kolacją! – A ty nie jedz ciastek w łóżku. – Nie mów źle o mojej matce. Może mnie czasem wkurza, ale kiedy w nią uderzasz, bijesz we mnie”.

Kłótnie, awantury, fochy

Dzwonię do siostry: „To takie proste. Cała rozmowa zajęła nam 30 minut. – Teorię zaliczyłaś, teraz praktyka – trzymam kciuki” – mówi Julia. Liczba awantur miesięcznie? Powiedzmy: zero. Sprzeczek: kilkanaście. Nadal kruszę w łóżku. Ale brudną łyżkę odkładam do zlewu. Marcin wpada do domu i krzyczy: „Jestem głodny jak wilk!”. Nie wiszę na telefonie, choć nie umiem się powstrzymać i zaglądam na moje fora. Marcin uczy się leniuchować w łóżku. Ostatnio kochaliśmy się na stole wśród niedojedzonej chińszczyzny. „Nie zwracaj uwagi”, szepnął, gdy na podłogę rozlał się sos. Kłótnie, awantury, fochy sprawiły, że zrozumiałam: jeśli nie ustępuję, tracimy bliskość. Teraz mieszczanin i kobieta chaos spotykają się w połowie drogi.

Kryzys numer dwa. Czwarta rocznica ślubu. Nie ma pieniędzy – nie ma miłości?

Za kredyt we frankach kupujemy mieszkanie. Marcin pracuje w dzienniku. Ja jestem redaktorem w wydawnictwie. Stać nas na restauracje, dwa auta. Pieniądze nie są dla mnie najważniejsze, choć istotne. Na jednej z pierwszych randek powiedziałam: „Siedemdziesiąt procent wydatków powinno być po stronie faceta”. Mąż spełnia moje oczekiwania, ale do czasu.

Wiosna 2008 roku. – „Jak mogłeś mnie tak okłamać?” – wrzeszczę na Marcina. Dowiedziałam się od kolegi, że mąż tydzień temu stracił pracę. – „Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć. Nie martw się, znajdę coś”. Odwołuję dentystę, bo się boję, że nie starczy nam na życie. I na spory kredyt. Stres. Złość. Wydaje mi się, że mąż za wolno szuka pracy.

Cudem udaje mi się wybłagać

Gazeta z ogłoszeniami leży na kanapie nietknięta. „Gdzie dziś dzwoniłeś?” – nasze rozmowy zamieniają się w przesłuchanie. Trzeci miesiąc utrzymuję sama dom. Cudem udaje mi się wybłagać „wakacje kredytowe”. Na dwie raty za mieszkanie pożyczam pieniądze od ojca. Zakupy robię w dyskoncie. Brakuje mi na OC samochodów. Tata przelewa tysiąc złotych, ale komentuje: „Pracę tracą tylko debile”. No tak, ojcu nigdy się źle nie wiedzie. Porównuję do niego Marcina. Wypada słabo.

– „Co cię ugryzło? – pyta mąż, gdy od tygodni odmawiam mu seksu. – Stres – warczę. – Mam cały dom na głowie!” Co rano oboje wstajemy w napięciu. Czepiam się, bo mi się wydaje, że mąż się nie stara. Widzę w nim słabego człowieka. „Wyszłam za ciamajdę” – szukam pocieszenia u babci.

Kręci głową: „Gdy dziadek był bez grosza, otworzyliśmy małą piekarnię i ja z nim nosiłam worki z mąką. Nie wypada być taką egoistką. Czasem ty też musisz być silna” – zawstydza mnie. Dobrze. Pomogę Marcinowi. Sama przeglądam ogłoszenia. Znajduję stronę o coachingu w biznesie. „Zadaj sobie pytanie, czego byś chciał. Nie myśl o doświadczeniu zawodowym, wykształceniu”. Muszę to pokazać Marcinowi, kiedy w końcu porozmawiamy – decyduję. Ostatnio rzadko się to zdarza. Stał się obcy. Niewiele mówi, nie przytula. Podejrzliwie sprawdzam jego komputer. Klikam w żółte słoneczko na ekranie.

"Moja żona ma mnie za frajera"

Otwiera się rozmowa na Gadu-Gadu. Marcin zwierza się jakiejś Gosi: „Moja żona ma mnie za frajera”, pisze. Panikuję, że mnie zdradza. „Sama go do tego pchasz”, myślę. Biorę wolne, żeby pobyć z mężem: „Słuchaj – zaczynam rozmowę – zamknij oczy. Wyobraź sobie siebie w pracy, w jakiej byłbyś szczęśliwy. – Tylko się nie śmiej. Ja... chciałbym być nauczycielem. Pamiętasz, jak pracowałem w liceum? Jak robiliśmy spektakl o Hłasce? Ale to marne pieniądze”. Pierwszy raz od dawna widzę entuzjazm u Marcina. Myślę o workach z mąką, które taszczyła babcia.

– „Zrób to! Sprzedajmy auto, będzie na spłaty kredytu. Na wakacje pojedziemy do ciotki w Bieszczady”. Dwa lata później Marcin dostaje nagrodę kuratora oświaty. Czasem przez ramię podglądam fragmenty wypracowań jego dzieciaków.

– „Rosną ci przyszli nobliści” – chwalę. Jestem dumna, widzę, jak żyje pracą. Przynosi do domu mniej pieniędzy, ale ma pasję. Już nie wydaje mi się ciamajdą.

Kryzys numer trzy. Siedem lat razem. Śmierć i choroba to tabu.

Tej wrześniowej nocy leje. „Godzina zgonu: 4.23 – pielęgniarka zdejmuje maskę tlenową z twarzy mojej matki. Szlocham. Nie słyszę, jak trzeci raz pyta: „Powiedzieć mężowi, żeby zabrał rzeczy osobiste?”. Ona myśli, że Marcin jest na korytarzu. Ale nie. Kilka godzin wcześniej uciekł ze szpitala, choć lekarz mówił jasno: „Pacjentka nie przeżyje nocy”. Mój mąż około 22 oznajmił: – „Muszę wyprowadzić psa. – Dlaczego nie poprosisz rodziców? – spytałam. – Nie będę im zawracał głowy”. Porzuca mnie w takiej chwili!

„Niech się pies zsika, moja mama umiera!”, krzyczę w głowie. Ale nie chcę łaski. – „Jedź” – mówię. Gdy wraca, tłumaczy się: „Nie zdążyłem”, a ja myślę: „Zwiałeś!”. Kolejne dni zajmuję się pogrzebem.

Mama choruje wiele lat. Rak.

Uciekam w pracę. Nie patrzę Marcinowi w oczy. Jeszcze nie wiem, jak bardzo jestem na niego zła. Potrzebuję miesięcy, żeby przyznać: nie poradziliśmy sobie z odchodzeniem mojej mamy. A wina leży po obu stronach. Mama choruje wiele lat. Rak. Do tego marskość wątroby, bo jest alkoholiczką. Mam ją na głowie, odkąd traci pracę. „Nie mam na jedzenie”, „Nie mam gdzie mieszkać” – skarży się, a ja wyciągam ją z ekstremalnych sytuacji. Marcin zna układ, ale przez lata powtarza: „Alkoholika ratuję się, zostawiając go samego. Jeśli pójdzie się leczyć, będziemy ją wspierać”. Nienawidzę go za to. Gdy czasem jedzie ze mną do szpitala, omal nie mdleje na widok kroplówek i sączków.

Tydzień po jej śmierci. Wieczorem Marcin przytula mnie namiętnie. „Nie jestem w nastroju ” – naciągam na siebie kołdrę. Rano robi mi śniadanie. Kaszle. A ja się czepiam, żeby nie pluł na jedzenie. – „Co cię ugryzło? – Właśnie umarła moja matka, jeśli nie zauważyłeś!” Mijają dni. Wracam z pracy, rzucam „cześć” i w sypialni oglądam ulubiony serial. Byle nie być z mężem. Patrzę na niego z niechęcią, gdy pyta, jak mi minął dzień.

Traktujesz mnie jak powietrze

Nastawia naszą ulubioną płytę Chambao. Wyciszam pilotem dźwięk. Irytuje się: – „Ja też tu jestem, jeśli nie zauważyłaś. Traktujesz mnie jak powietrze. – Tak, rozczulaj się nad sobą, biedaku – wybucham. – Ty egoisto! A gdzie byłeś, gdy ja po siedem godzin dziennie siedziałam przy mamie? Kiedy chciałam ci opowiedzieć, jak paprze jej się rana po operacji? I wtedy, gdy wymiotowała po chemioterapii, a ty nigdy nie zaoferowałeś mi pomocy?!” Marcin też krzyczy: – „Nie znam drugiej tak silnej baby jak ty. Wszystko kontrolujesz. Wszystko wiesz najlepiej.

Czy choć raz poprosiłaś o pomoc? – Mógłbyś sam się domyślić – mówię ciszej. – Przepraszam cię, nie sprostałem – czuję skruchę w głosie Marcina. – Patrzyłem, jak smarowałaś matce odleżyny, jak robiłaś zastrzyk, i to było dla mnie zbyt intymne.

TIR spycha mojego golfa z jezdni

Wydawało mi się, że jestem tam zbędny, że chcesz zostać z nią sama. A może tak było mi wygodniej...”. Chcę wybaczyć. Uwierzyć, że gdybym ja zachorowała, Marcin mnie nie zawiedzie. Niebawem los nas sprawdzi. TIR spycha mojego golfa z jezdni. Dachuję. Mam szczęście – kończy się „tylko” kilkoma śrubami w zgruchotanym barku. W gipsie, obolała, mogę zrobić najwyżej kilka kroków. Czas na moją lekcję: muszę nauczyć się prosić i przyjmować pomoc.

Gdy wciąż przepraszam męża za niepełnosprawność, niecierpliwi się: „Do cholery, pozwól mi czuć się potrzebnym”. Rok po śmierci matki. W korku nagła myśl: „Muszę zadzwonić do... mamy”. Jakbym cofnęła się w czasie. Jakbym zapomniała, że jej nie ma. Dzielę się tym z mężem. – „Chciałam z nią porozmawiać – opowiadam. – To zrób to. Mogę pojechać z tobą na cmentarz? – zaskakuje mnie mąż. – Naprawdę chcesz?” – nie ufam. Przy grobie stoimy długo, mąż porządkuje znicze.

Pozwalam mu się objąć. Pierwszy raz od dawna spotykamy się we trójkę. I naprawdę jesteśmy blisko. Chcę zapomnieć, że w przeszłości było inaczej.

Tatiana i Paweł są małżeństwem od jedenastu lat

Lubię patrzeć na zdjęcie z rejsu po Dunajcu. Syn „na barana” u męża. Paweł trzyma rękę na mojej pupie. Roześmiani. Chyba zakochani. To było cztery lata temu. Zaraz po tym, jak postanowiliśmy walczyć o związek po ostrych zakrętach, scenach zazdrości, oddaleniu, braku lojalności. O mały włos się nie rozstaliśmy. Dziś myślimy, czy nie odnowić ślubów małżeńskich. Żeby przypieczętować miłość, która tyle zniosła.

Kryzys numer jeden. Dziewięć miesięcy razem. Co z tą eks? Spacer w parku. „Wujek! – mała blondyneczka rzuca się na Pawła. – Pobawimy się w chowanego? – Lileczko, potem – to jej mama. – Jestem Anka – wyciąga do mnie rękę. – Dużo o tobie słyszałam”. Taksuję wzrokiem ekskobietę mojego faceta: szczupła, zadbana, w modnych butach. – „Ależ pięknie razem wyglądacie – słyszę. A kto cię pytał o zdanie? Nie lubię jej i wciąż się z nią porównuję.

Pawła poznaję kilka miesięcy przed tym spacerem. To facet z przeszłością. Opowiada o trzyletnim związku z samotną mamą. Rozstali się przez jej zaborczą zazdrość. – „Musisz coś o mnie wiedzieć, pokochałem jej córkę. – A co z jej prawdziwym ojcem? – pytam.

– Spędzała z nim mniej czasu niż ze mną. Mamy kontakt do dziś. – Rozumiem, to nie kłopot” – uśmiecham się. A jednak nie rozumiem. Komunia. Spektakl w szkole. Wspólna pizza i wypad na Farmę czarów – Paweł nie znika z życia Lilki. Dzwoni do niego Anka: – „Mam awarię w pracy, odbierzesz małą?

– Bez problemu”. Zawsze „bez problemu”. Buntuję się: – „Źle mi z tym, że jeździsz do domu swojej eks. – Bejbi, tu chodzi o Lilkę. – Tylko że jej mama pożera cię wzrokiem. Widziałam! Ona się z ciebie nie wyleczyła – dąsam się, gdy Artur jedzie na urodziny dziewczynki. – Przecież to dziecko ma ojca! – On ma ją gdzieś. Zostawił rodzinę. Nie chcę zachować się tak samo.

Jak się zakochaliście? Dobrze gotowała?

– „To może w ogóle wróć do nich! – staję się żałosna. Paweł nie daje się sprowokować. Do czasu. Któregoś wieczoru, wstawiona drinkami, wypytuję o Ankę: „Jak się zakochaliście? Dobrze gotowała? Czemu się rozwiodła?”. Przeginam: „Jak było w łóżku?”. Paweł nie wytrzymuje: „Co, chcesz usłyszeć, że przy mnie znowu poczuła się kobietą? Uspokój się. Jestem z tobą. Szczęśliwy” – przytula mnie. Budzę się skacowana. Pierwsza myśl: a jeśli z nią było mu lepiej? Wali mi serce. Stali się rodziną – Paweł opiekował się Anką i jej córką. Może on tego potrzebuje? Przy Lilce poczuł instynkt ojcowski. A jeśli ze mną nie będzie chciał dzieci, bo ma już jedno? Temat powraca przy okazji drobiazgów. – „Tu pojedziemy na wakacje – Paweł pokazuje port na Mazurach. – Byłeś tam z Anką i Lilką? – pytam.

– Tak, dawno temu”. Ścisk w żołądku. Posuwam się dalej. „Trzepię” komórkę Pawła. A tam sms-y od eks: „Lila napisała dla ciebie wierszyk”. „Lila cię pozdrawia”. „Lila pyta, kiedy przyjdziesz” Wypijam neospasminę. Czy ja mam paranoję? Proszę Pawła o kolejną rozmowę.

Z jakichś powodów Anka jest była. A ja Obecna

– „Anka używa dziecka, żeby być obok ciebie. – To jakaś teoria spiskowa – mówi mój mężczyzna. – Postaw się na miejscu Lilki. Mam jej powiedzieć, że nie zgadzasz się na nasze kontakty? – Ty masz więź z dzieckiem. A nie jesteś jego ojcem! – w kółko powtarzam to samo.

– Przerażasz mnie” – ucina Paweł. Szukam wsparcia. W internecie jest masa wpisów o tym, jak ekspartnerzy zatruwają życie „tu i teraz”. Ktoś załącza link: „Zazdrość wsteczna”. Czytam: „Kochasz tak mocno, że nie umiesz się pogodzić z przeszłością partnera. Wątpisz w obecne uczucia, porównujesz się, stawiasz się na gorszej pozycji. Zaakceptuj historię swojego mężczyzny albo wasz związek się rozpadnie”.

Zawsze pomagało mi pisanie

Dociera do mnie, że muszę uporać się... ze sobą, nie z Anką. Zawsze pomagało mi pisanie. Dzielę na pół stronę w notatniku. Po jednej stronie „lęki”: „Anka dzwoni, bo chce go odzyskać. Nie mam wstępu do ich życia. On nie zechce mieć ze mną dzieci”. Na siłę szukam plusów. „Z jakichś powodów Anka jest BYŁA. A ja OBECNA. Paweł powtarza, że to mnie szukał. Dlaczego więc miałby do nich wrócić?”. Powtarzam sobie: tak naprawdę to super, że Paweł jest wspaniały dla Lilki. Zbudowali więź, nie mogę jej zerwać. To teoria. Najtrudniejsza jest teraz praktyka. Zaczynam od przeprosin: – „Chcę ci wierzyć, inaczej nic z nas nie będzie. Ok, Lilka istnieje. Ale ja też istnieję!”. Ustalamy z Pawłem zasady: „Jeśli odbierasz małą ze szkoły, przywoź ją tutaj. Chcesz iść na jej przedstawienie? Zrób to, kiedy jestem w pracy. Nie zabieraj nam weekendu. Albo chodźmy do niej razem. I jeszcze drobiazg...

Proszę, trzymaj mnie zawsze za rękę przy Ance”. Im bardziej Paweł pilnuje nowych reguł, tym jestem spokojniejsza. Lilka raz na jakiś czas bywa u nas. Przed przyjściem Anki trochę się denerwuję. Ale ona nigdy nie wchodzi dalej niż do przedpokoju. Paweł dba, żeby spotkanie było jak najkrótsze. Gdy dopadają mnie lęki, otwieram swój notatnik i patrzę na plusy sytuacji. W wakacje zgadzam się na wyjazd z Lilką na Mazury. Na łódce Paweł przytula mnie, tłumaczy małej, jaki jest we mnie zakochany. – „Kiedy będziecie mieli dzieci, to ja będę miała przyszywaną siostrę. Marzę o siostrze” – mówi Lilka. Jej szczerość mnie rozbraja.

Kryzys numer dwa. Trzy lata razem. Narodziny dziecka. Rok 2006. Szczęśliwa w ciąży. Paweł nosi w portfelu zdjęcie USG naszego syna.

Gdy pracuję jeszcze w dziewiątym miesiącu – jestem makijażystką, maluję aktorki na sesjach – on montuje w domu łóżeczko, prasuje „pajacyki” do szpitala. Nie możemy się doczekać naszej „trójki”. Z dzieckiem będzie nam jeszcze lepiej. No i chcę rodziny, jakiej nigdy nie miałam. Wspomnienie mojego domu? Awantury między rodzicami. Zdrady ojca. Rewanże matki z kolejnymi narzeczonymi. I ja – zawsze na ostatnim miejscu. Poród. Od pierwszych godzin staram się być perfekcyjną matką. Non stop w gotowości. Cierpliwa, gdy Bruno się drze, rozanielona, kiedy karmię.

Świat się kręci wokół syna. Czasem, kiedy mąż wraca z redakcji – jest grafikiem w tygodniku – otwieram mu w piżamie, „niezrobiona”. On kąpie Bruna. Ja zasypiam na kanapie. Tak jest dzień po dniu. „Kiedy ostatnio zrobiliśmy coś tylko we dwójkę? – zastanawiam się, kiedy o świcie wstaję na karmienie. Tęsknię za naszymi frajdami. Chcę znowu razem lepić pierogi, czytać gazety w kawiarni. Albo nie wychodzić z łóżka przez cały dzień. Paweł wolne chwile poświęca synowi. Przewija, karmi i usypia. Supertata. „A my? Ja i ty?” – myślę zazdrośnie.

Czuję, jakby mąż zdradzał mnie z synem

Czuję, jakby mąż zdradzał mnie z synem. Karzę go. Gdy wieczorem on chce się kochać, warczę: „Cały dzień byłam dla ciebie przezroczysta!”. Koleżanki mówią: „Czepiasz się Pawła. Mój mąż został sam z córką, dopiero gdy miała rok”. Namawiają: „Włóż coś koronkowego i go uwiedź”. Koronka działa. Na chwilę. Pospieszny seks w kuchni, bo Bruno budzi się i dopomina uwagi. Paweł jest na zawołanie. Zostaję w kuchni i z furią szoruję butelki na mleko. Widzę swoje odbicie w szybie: zmęczone i smutne.

Pierwsze urodziny synka. Dekoruję tort błękitnym lukrem. I jeszcze popijam orzechówkę. Muszę uspokoić się po kłótni z Pawłem. Poszło o bałagan. To tylko pretekst, tak odreagowuję brak jego uwagi. Kiedy zaczęliśmy się tak traktować? – zastanawiam się. Robię bilans: nasz związek w skali od jednego do dziesięciu? Czułość – zero. Seks – jeden.

Nie bawił się, nie grał w piłkę.

Uczucia? Szkoda gadać. Paweł albo pracuje, albo „rzuca się” w synka. Kiedyś w nocy mój ukochany pytał w półśnie: „pokochamy się odrobinkę?”. Teraz lądujemy na dwóch krańcach łóżka. Próbuję zrozumieć, dlaczego on tak oszalał na punkcie Bruna. Mówił mi, że ojciec nie poświęcał mu uwagi. Nie bawił się, nie grał w piłkę. Gdy Paweł zdał na ASP, usłyszał: to szkoła dla „pedałów”. Ich kontakt dziś kończy się na uścisku dłoni. „Chcę być fajniejszym tatą niż mój ojciec”, mówił Paweł, kiedy czekaliśmy na dziecko. Tylko dlaczego naszym kosztem? Moje małżeństwo przez rok to gra pozorów. Zdarza się pospieszny seks, dbamy razem o synka, planujemy wakacje. „Jesteśmy razem dla dziecka” – przyznaję się przed sobą do porażki. Jakoś trwamy. Jakoś.

Kryzys numer trzy. Cztery i pół roku po ślubie.

Bruno ma nianię, ja znowu pracuję przy sesjach. Fajnie, że mogę odpocząć od domowej rutyny. Na jednym z planów fotograf w przerwach robi mi zdjęcia.

– „Mikołaj, to mnie peszy – uśmiecham się i poprawiam usta błyszczykiem. – Podwiozę cię do domu” – proponuje. Rozmawiamy ponad godzinę w aucie pod moim domem. Jestem tak spragniona czułości, że nie potrafię się bronić, gdy na drugim spotkaniu, w parku, zaczyna mnie pieścić i całować. „Nie rób głupstw”, powtarzam sobie, ale i tak odpisuję w kolejne dni na gorące sms-y Mikołaja. Paweł nie mówi tak do mnie od miesięcy. Kochamy się co parę tygodni, a kiedyś seks był dla nas tak ważny. Teraz, kiedy się przytulam, słyszę: „Jestem wykończony”. Czuję się najbrzydsza, najgłupsza. Nieważna. Okłamuję męża: „Wyjeżdżam na dwudniowe zdjęcia” – noc spędzam z Mikołajem. Nie zastanawiam się, jak skończy się ta historia. „Pawła obchodzi tylko praca i Bruno” – łagodzę poczucie winy.

Znam historię twoich amorów z maili i sms-ów

Nie zakochuję się w Mikołaju, po prostu szukam bliskości. Po kilku tygodniach znajomości zaczynam być nieostrożna. Tańczę z Mikołajem w knajpce w mieście. Nagle on przewraca się na stolik. Z ust leci mu krew. Przede mną stoi mąż. – „Wychodzisz ze mną w tej sekundzie albo jutro nie zobaczysz ani mnie, ani syna. – Bawisz się w boksera?” – daję się prowadzić do auta, oburzona jego agresją. On zapala papierosa. – „Kiedy planowałaś mi powiedzieć? Nawet się nie tłumacz. Znam historię twoich amorów z maili i sms-ów”. Chce mi się wymiotować ze strachu: „Odchodzisz? – pytam.

– Nie będę żebrał o miłość. Nie wiem, czy ci przebaczę. Ruch jest po twojej stronie”. Powrót do domu. Patrzę na zdjęcia w ramkach, kolorowy pokój Bruna – stracę to wszystko? – „Muszę ochłonąć, porozmawiamy jutro” – Paweł nalewa sobie whisky. Wynosi się na kanapę, a ja go szarpię i błagam, żeby położył się ze mną. – „Ten facet nie ma dla mnie znaczenia – przekonuję.

– Właśnie to udowodniłaś” – mówi zimno mój mąż. Nie śpię w nocy. Modlę się: „Proszę o szansę. Nie chcę, jak moja matka, romansami rozwalić rodziny”. Teraz, gdy mogę stracić męża, Mikołaj się nie liczy. Zależy mi tylko na mężu. Nocą na lustrze nalepiam kilkadziesiąt żółtych karteczek ze słowem „przepraszam”. Paweł nie zauważa. – „Dlaczego? Powiedz dlaczego? – zaczynamy rozmowę.

Kocham cię, zaufaj mi" nie wystarczy. Impas.

– Byłem złym ojcem, mężem? – Ja nie mam męża, od kiedy mam syna – płaczę. – Stałeś się pracoholikiem, a resztki czasu oddajesz dziecku. – Czyli to moja wina? Spuszczam głowę: – Guzik cię obchodzę! Paweł prycha z sarkazmem: – Pokazałaś, że ja ciebie jeszcze mniej”. Oboje wiemy: samo „kocham cię, zaufaj mi” nie wystarczy. Impas. – „Może pójdziemy na terapię? – szukam jakiegokolwiek wyjścia. – Ja nie mam nad czym pracować. Mówiłem ci, ty rozdajesz karty”. Proszę o spotkanie zaprzyjaźnionego dominikanina. – „Nie zgadzam się, że to tylko moja wina – rozklejam się.

– Ukarałam męża, bo przestał na mnie zwracać uwagę. Łaski nie robi – stroszę się. Ojciec Marek uspokaja: – „Kobieta ma w sobie uległość, pogódź się z tym. Jeśli Paweł nie daje ci czułości, nie szukaj jej z innym mężczyzną. Tylko sama o nią zabiegaj. To nie jest upokorzenie. – Właśnie że tak! W dzieciństwie wdrapywałam się na kolana taty, a on zniecierpliwiony mówił: Idź się pobawić. Czekałam na mamę, żeby przytuliła mnie na dobranoc, słyszałam tylko: Czas spać. Ilekroć szukałam czułości, trafiałam na chłód. Skąd mam to umieć? – Dam ci pracę domową: jeden, dwa, trzy ciepłe gesty wobec Pawła. Codziennie. I dużo rozmawiajcie.

– Trudne, ale spróbuję”. W czytelni przeglądam książki o kryzysach w małżeństwie. „Umiejętność słuchania to podstawa, żeby pracować nad związkiem”.

Poradnik podpowiada ćwiczenie dla pary

Poradnik podpowiada ćwiczenie dla pary. Czytam: „Usiądźcie naprzeciwko siebie, twój parter przez trzy minuty mówi, co mu przeszkadza i co w tobie ceni. Ty uważnie słuchaj. Teraz powtórz dokładnie to, co usłyszałaś – bez interpretacji. Potem zamieńcie się rolami. Ty mówisz, a on uważnie słucha”. Pawła śmieszy ten pomysł, jednak się zgadza. Usypiam syna. Siadamy na poduszkach zwróceni do siebie. „Czułam się odrzucona, bo dla ciebie liczył się tylko Bruno. Twoja praca była ważniejsza niż moja. Byłeś obcy, więc gdzie indziej szukałam bliskości”. To działa. Paweł powtarza i zaraz tłumaczy, że on też czuł się zlekceważony: „Ciągle wpadałaś w złość, naburmuszałaś się.

Paweł chciał zaprzyjaźnić się ze swoim synem

Zajmowałem się synem, a ty mnie za to karałaś. Wiem, powinienem dzielić czas między was”. Rozmowa pozwala nam zrozumieć, że każde z nas próbowało w małżeństwie załatwić to, co nie udało się naszym rodzicom. Paweł chciał zaprzyjaźnić się ze swoim synem. Ja – zbudować stabilizację zamiast żyć w skrajnych emocjach. Może zdrada była potrzebna, żeby to zrozumieć? Nie ma błyskawicznej recepty na odbudowanie zaufania. Paweł nie sprawdza mi komórki, nie przepytuje, co robiłam. To poniżej jego godności. Dał mi kredyt zaufania. Teraz oboje odrabiamy pracę domową. Mniej żądamy od siebie. Więcej dajemy. I wierzymy, że z kolejnym kryzysem, którym nieuchronnie przyjdzie, poradzimy sobie lepiej. Ale kto wie?

Marta Bednarska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również