Kiedy pojawia się miłość do dziecka?

Rodzina się powiększa, pojawia się w niej nowy człowiek. Kto to? Co lubi, czego nie? Młoda mama potrzebuje czasu, by poznać dziecko, przyzwyczaić się do niego, w końcu pokochać. „Nie należy jej popędzać i udzielać dobrych rad. Ale czasem warto poszukać pomocy specjalisty” – mówi Justyna Dąbrowska, psycholog i terapeutka zajmująca się problemami kobiet w czasie ciąży i połogu.

Reklama

Twój STYL: Dziecko wyskakuje z brzucha. Hop! I już jest miłość. Tak?

Justyna Dąbrowska: Niekoniecznie. Miłość oznacza, że matka wiąże się z dzieckiem emocjonalnie – to jest proces, trwa. Zaczyna się zresztą przed porodem. Kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży, zaczyna sobie wyobrażać dziecko, siebie jako matkę. Około 20–22 tygodnia zaczyna czuć: dziecko się wierci, kopie, reaguje na to, co na zewnątrz.

To zaskoczenie: we mnie, w środku, zamieszkała jakaś istota, jest częścią mnie – a jednak kimś odrębnym. Pojawiają się różne uczucia. Może być radość, ale też strach, niechęć. Czasem wszystkie naraz. Niektóre kobiety uważają, że to cud: wewnątrz wzrasta nowy człowiek. Są i takie, które się boją porodu, zmiany. Albo mają wrażenie, że dziecko wysysa z nich siły, eksploatuje jak organizm „żywiciela”. Żadne z tych uczuć nie jest złe. Są normalne.

TS: No jak to? Normalne jest, że myślę o swoim dziecku jak o obcym? Raczej mało kto zgodziłby się z Panią...

JD: Bo my idealizujemy macierzyństwo, wszystko ma być gładkie, ładne, ciepłe, grzeczne. Przyszłe matki bywają przerażone swoimi uczuciami wobec ciąży, noworodka, własnego ciała. A tymczasem niektórzy badacze uważają, że to, co przeżywa matka w odniesieniu do własnej fizyczności, można porównać do przemian, które przechodzą nastolatki.

Tu też jest burza hormonalna, poczucie obcości, gdy kobieta staje przed lustrem i z niedowierzaniem patrzy na swoje odbicie. Nie chodzi zresztą o wygląd. Zmienia się smak. Wyostrza się węch. Pojawia się nadwrażliwość piersi. To, zwłaszcza w pierwszej ciąży, jest przemiana tożsamości: „Kim ja jestem? Byłam dziewczyną, a teraz...”, zastanawia się kobieta.

TS: Wreszcie nadchodzi ten wielki dzień. Rozwiązanie. I...?

JD: Matka rodzi się w cierpieniu niezależnie od tego, czy poród odbywa się naturalnie, ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, czy w narkozie. Przebieg rozwiązania ma wpływ na relację kobiety z jej dzieckiem. Ważnym czynnikiem jest podmiotowość, to, na ile lekarz, położne, pozwolą kobiecie na samodzielność, podejmowanie decyzji na przykład dotyczących pozycji porodowej. Jeśli kobieta może być aktywna i swobodna, ma szansę poczuć swoją siłę, moc kreacji. Tworzy przecież nowego człowieka, a to jest wyjątkowe doświadczenie, choć jednocześnie bolesne. Jeżeli nawet nie w czasie porodu, to potem.

TS: Musi tak być?

JD: Każda zmiana jest trudna. Bo trzeba pogodzić się z tym, że coś tracimy. Co? Dawną siebie. Już nie jestem dziewczyną, która nie liczy się z żadnymi ograniczeniami. Już nie jestem... w ciąży. To też warto powiedzieć: są kobiety, które świetnie ją znoszą, czują się doskonale, wypełnione życiem.

To jest taka rajska jedność, coś, czego nie można zaznać w inny sposób, tylko nosząc pod piersią dziecko. I kiedy ono przychodzi na świat, może pojawić się pustka. Żal. Oczywiście te odczucia, o których mówimy, nie są w pełni uświadomione.

TS: Wróćmy do porodu. Jaka jest rola oksytocyny w jego przebiegu, w nawiązywaniu relacji z dzieckiem?

JD: To naturalny „dopalacz”. Oksytocyna jest wyjątkowym hormonem, towarzyszy skurczom porodowym, ale i tym podczas orgazmu czy ejakulacji u mężczyzny. Pojawia się, kiedy wypływa mleko z piersi. To oksytocyna sprawia, że stajemy się bardziej otwarci na drugiego człowieka, ufni, gotowi zaryzykować i się zaangażować. Najwyższe stężenie tego hormonu w organizmie matki i dziecka występuje w ciągu dwóch godzin po porodzie.

I jeśli w tym czasie położna poda dziecko kobiecie, położy je nagie na jej brzuchu – naturalny stymulator zadziała. Czasem można obejrzeć zdjęcia matek, które przytulają dzieci tuż po rozwiązaniu. Widać na ich twarzach absolutną błogość, rozluźnienie mimo zmęczenia, bólu. Ta hormonalna trampolina pomaga na starcie.

TS: Ale nie zawsze pierwsze godziny przebiegają modelowo. W jednym z wywiadów mówiła Pani o swoim drugim, trudnym porodzie.

JD: Przez tydzień nie miałam siły, by zająć się dzieckiem. To ono musiało o mnie „zawalczyć”. Dziecko zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby nawiązać relację z matką. Będzie płakało, a gdy ona weźmie je na ręce, przestanie. Nagrodzi ją swoim spokojem, tym, że reaguje na jej starania.

Gdy położy się noworodka na brzuchu matki, to pomalutku sam podpełznie do piersi – nam się wydaje, że to taka nieruchoma kluska, a tymczasem ono potrafi podjąć ogromny wysiłek.

TS: Obie strony się starają. Chcą. A mimo to nie zawsze wychodzi.

JD: Tak się może zdarzać z wielu przyczyn. Dzisiejszym matkom jest trudno, bo są z dala od własnych matek. Bywa, że mieszkają kilkaset kilometrów od domu rodzinnego albo w innym kraju. Oprócz dystansu fizycznego jest też emocjonalny. Młode kobiety czują, że nie mają oparcia w rodzicach, bo oni są z innej epoki, z innego świata.

Nie istnieje międzypokoleniowy przekaz o macierzyństwie. Trzydziestolatka zachodzi w ciążę i jej własne pierworodne dziecko to często pierwszy noworodek, jakiego w ogóle bierze na ręce.

TS: Co więc możemy zrobić, by samym sobie pomóc i naszym nowo narodzonym dzieciom?

JD: Dać sobie przestrzeń do wspólnego poznawania się. Swobodnego, bez presji czasu i społecznych oczekiwań. Powiedzieć sobie: przyszedł do nas człowiek. Jest inny niż ja, niż mój partner. A jaki jest? To może być moje zadanie, znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Znany psychoterapeuta Donald Winnicott nazywał to pierwotnym macierzyńskim zaabsorbowaniem i nawo- ływał, by dać matce spokój przez kilka pierwszych tygodni po porodzie, pozwolić jej zanurzyć się w świat dziecka. Można leżeć razem w łóżku, we dwójkę, najlepiej nago. Kontakt fizyczny, skóra do skóry, jest bardzo ważny. Ojciec też może się włączyć, położyć na gołej piersi syna czy córkę. Przyjrzeć mu się. Miłość potrzebuje czasu. Na ogół przychodzi sama. Któregoś dnia pojawi się myśl: „Jak ja mogłam żyć bez niego, bez niej!”.

TS: Czekamy. Ale tego matczynego uczucia nadal nie ma. Co teraz?

JD: Może tak być. Mijają miesiące, lata, a matka ma wrażenie, że dziecko ją drażni. Budzi niechęć, bo chce czegoś od niej, a ona nie umie mu tego dać. U każdej matki tego typu myśli i uczucia mogą się pojawiać, ale odchodzą, ustępują radości, pragnieniu bycia blisko.

Jeśli nie jest zachowana ta równowaga, jeśli dominuje przekonanie, że dziecka nie lubię, nie chcę – dobrze byłoby skontaktować się ze specjalistą. To może być np. depresja poporodowa. Dotyka od 7 do 15 procent kobiet w pierwszym roku po porodzie. Do psychiatry nie trzeba skierowania, są dostępne leki antydepresyjne, które mogą bezpiecznie zażywać kobiety karmiące piersią.

TS: Jak można wspomóc mamę?

JD: Przede wszystkim można się nie wtrącać. Nie radzić. Chyba że kobieta sama o to prosi. Poza tym dobrze, by bliscy przez pierwszych kilka tygodni czy nawet miesięcy po porodzie robili wszystko, by kobieta mogła – jeśli chce – być z dzieckiem. Można posprzątać, uprać, wziąć małego czy małą na spacer, żeby rodzice mieli okazję się wyspać. Bliscy mają być oddani kobiecie i na niej skupieni. Bo to jest jej czas, jej wielki moment. Rodzi się matka. Pomóżmy jej, to inwestycja na całe życie.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Justyna Dąbrowska jest psychologiem, psychoterapeutką, w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie zajmuje się psychoterapią okołoporodową. Autorka kilku książek o wychowaniu, wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika „Dziecko”. Mężatka, ma dwoje dorosłych dzieci i małego wnuka – towarzyszyła w jego narodzinach.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Zostajesz w pracy po godzinach kosztem chwil dla siebie i rodziny? Oto proste sposoby, które pozwolą ci to zmienić i zaoszczędzić cenne minuty. więcej