Jak ułożyć dobre relacje z teściową?

Jeden z najczęstszych przyczyn konfliktów w małżeństwach. Kim jest kobieta, która tworzy trójkąt z parą małżonków? Rywalką? Przyjaciółką? Wrogiem? Relacja synowa–teściowa przyniosła Emilii upokorzenie i krzywdę. Beata i matka jej męża walczą, ale jednocześnie się wychowują. Katarzyna „zakochała się” w swojej teściowej. Jak układamy sobie relacje z tą trzecią? Wygrywamy czy częściej jesteśmy pokonane?

Reklama

Tekst: Marta Bednarska

Casting na synową

Emilia, 26 lat. Chce być wizażystką, teraz pracuje w salonie piękności. Mąż Kamil to jej wielka miłość.

Gdy myślę „teściowa”: Wiem, że dla męża to kobieta numer jeden. Nie doczeka się, że powiem do niej „mamo”. Dla mnie to „pani Krystyna”.

Ona myśli o mnie: Prostaczka ze wsi, histeryczka, do tego bezpłodna! Na komórce wyświetla się „mama Kamila”, a ja czuję ścisk w żołądku. Przed jej wizytacją mam migrenę. Szczególnie gdy mąż warczy: – „Mama się tak stara, a ty strzelasz focha. – Szkoda, że mną się tak nie przejmujesz!” – drży mi z nerwów broda.

Nasz ślub sześć lat temu. Krystyna do ostatniej chwili nie wie, czy przyjdzie. – To miał być najpiękniejszy dzień w moim życiu. Ona dąsa się, gdy zapowiadamy, że ceremonia odbędzie się w Bieszczadach, skąd pochodzę. „Może jeszcze świniaka zarżniecie z tej okazji? A wesele w remizie?”, syczy. Narzeczony staje po jej stronie: – „Nie żal ci pięknego przyjęcia. Kabriolet, bal, suknia z Włoch, mama marzy, żeby to zorganizować. – Wtedy wesele nie będzie nasze, tylko twojej mamy” – tulę się do niego.

Krystyna obrażona jednak zjawia się na ślubie. Pamiętam przyklejony uśmiech i jej życzenia. Do mnie: „Postarajcie się o wnuki”. Do Kamila. Cmok, cmok: „Uważaj, taka feministka, zaraz cię zostawi”. Tańczę z mężem na weselu i szepczę mu do ucha: „Tylko nas dwoje, na zawsze”. Wtedy nie przypuszczam, że stworzymy trójkąt – on, ja i ona. Krystyna.

Szantaż silniejszy niż miłość

W Kamilu zakochuję się na padoku. Pięć lat temu. Dorabiam w wakacje jako trenerka jazdy konnej. Kamil, przyszły radca, bierze lekcje w stadninie. Po wakacjach jesteśmy parą, a ja planuję studia kosmetologiczne. Nocami leżymy w łóżku i rozmawiamy. Kamil opowiada o rodzicach: – Nie chcę, żeby nam zdarzyło się to, co matce i ojcu. Śpią oddzielnie, oddzielnie jedzą. On, od zawsze dyrektor w kolejnych urzędach. Ona kobieta domowa z dyplomem ekonomii. Skłócona z jedyną siostrą. Bez przyjaciółek, które uciekały przed jej gderaniem. Wszystko poświęciła rodzinie.

– „Matka udaje, że nie wie o zdradach ojca – opowiadał. – Ja jestem miłością jej życia. Kiedy dostała spadek po babci, zaprosiła mnie w podróż. Pojechałem do Toskanii. Moja eks dostała szału, bo planowaliśmy w tym czasie Mazury. Odeszła niebawem, a mama oczywiście była pocieszycielką. Tatę i mamę widuję razem w Boże Narodzenie. I przez nich nienawidzę rodzinnych imprez. – U nas będzie fajnie” – głaszczę ukochanego.

Gdy wkrótce zapraszamy mamę w Bieszczady na święta, krzywi się: „Za daleko. Oczywiście, jedź Kamil, ale ja nie wyobrażam sobie wigilii z ojcem. Już wolę z bezdomnymi w parafii” – szantażuje nas, a my ulegamy. Nie lubię u niej być. Pamiętam, jak na pierwszym spotkaniu zdejmuję kozaki, żeby nie zabrudzić dywanu. Chcę być grzeczna. – „I jak mi poszło? – pytam Kamila. – Super. Ale mama żartuje, że tylko na wsi zdejmuje się buty w gościach”. Głupio mi. Przy Krystynie jak na złość sushi wymyka się z pałeczek. Ona patrzy krzywo. Czuję się wiecznie jak na castingu na synową. Matka męża lubi wpadać do nas w weekend bez zapowiedzi. „Co za chlew!”, myje jedyną brudną szklankę w zlewie.

W kolejne soboty zrywam się, żeby wypucować mieszkanie. Chcę zasłużyć na aprobatę. Na kolanach szoruję klozet. Mąż nie wstaje z łóżka. Dlaczego mnie to dziwi? Kilka dni wcześniej on tłucze butelkę z syropem przy matce, a ona wyrywa mu mop ze słowami: „Daj to, bo się pochlapiesz”. „Powiedz jej coś”, gorączkuję się w myślach. Ale nie ryzykuję spięcia. Wpojono mi w domu, że ze starszymi się nie dyskutuje – to przejaw braku wychowania. W mojej rodzinie nie obgaduje się, nie „dowala” nikomu. Może dlatego nie radzę sobie z dosadnymi komentarzami mamy Kamila. Często łapię jej spojrzenie na sobie. – „Coś nie tak? – pytam. Chrząknięcie. – Masz małe oczy. Przy nalanej twarzy trzeba ci mocniejszej kreski na powiece” – „komplementuje” mój wygląd. Szukam wzrokiem męża. Ale on ucina: „Ja się na makijażu nie znam”.

Znowu uciekam do łazienki. „Uspokój się, nie zwracaj na nią uwagi”, szepczę do siebie. Innym razem jestem według Krystyny za gruba, więc chudnę. Też źle. „Widać ci stringi, polujesz na innego faceta?”, uznaje mnie za puszczalską. Mam ochotę warknąć: „Zazdrościsz?” Wtedy jeszcze nie potrafię. „Załatwię to delikatnie”, myślę.

Jakiś rok po ślubie piszę do teściowej list. Papierowy, w kopercie. Na początku wydaje mi się to głupie, ale siostra mówi: „Kiedy zaczniesz mówić takiej osobie, co cię boli, uzna to za atak. Na bank przerwie w połowie zdania. A czytając list, być może zrozumie, co do niej mówisz”. Zaczynam kilka razy: „Kochamy tego samego wspaniałego mężczyznę. Co mam zrobić, by zasłużyć na Twojego syna? Na Ciebie?”. Zero odpowiedzi. Tylko Kamil po nastu dniach mówi: – „Po co, kochanie, pisałaś ten głupi list? Mama ma cię teraz za histeryczkę. Powiedziała, że dorośli tak nie załatwiają spraw – całuje mnie w czoło. Jest mi wstyd, że się obnażyłam. – List? Jaki list?” – sprawę zamiatam pod dywan.

Dwa lata po ślubie. Jestem płaczliwa. Rzadziej kochamy się z mężem, choć odstawiam tabletki, bo staramy się o dziecko. Kłócimy się o duperele. Po jednym z obiadów u Krystyny, w aucie: – „Szarpiesz, jakbyś wiózł kartofle. – Nie podoba ci się, jak jadę? Gdy ty prowadzisz, kierowcy pukają się w czoło. – Obrażasz mnie jak twoja matka! – Znowu chodzi o matkę? Uznaj, że nigdy nie przestanę jej kochać. Łączą nas 34 lata. Z tobą zaledwie kilka. Zapamiętaj to sobie!”. – „Czy to kryzys małżeński? – wypłakuję się potem siostrze. – Może docieramy się i poznajemy swoje prawdziwe oblicza? Nie kłócimy się przecież o bałagan, pieniądze, zdradę czy nałogi. Tylko kiedy ona jest w pobliżu.

– Jego matka traktuje cię podle – oburza się siostra – a on nic z tym nie robi. To z tobą Kamil tworzy rodzinę!”. Ale mąż nie widzi problemu, gdy mówię: „Matka rywalizuje ze mną jak kochanka”. Odpowiada tylko: „Masz obsesję!”. Dlaczego to znoszę? Z miłości. Kiedy wierzysz, że znalazłaś drugą połówkę, idziesz na każdy kompromis. Unikam więc awantur. Ale kolejny raz nie wytrzymuję. Sobota wieczór, a mój mąż jest u matki. Skręca komodę. O 22 dzwonię zapytać, kiedy wróci. Odbiera ona: „Narzucasz się. Kobieta nie dopytuje, tylko czeka!”

Jadę po wino na stację benzynową, żeby zrobić mu na złość. Kamil po powrocie chce się kochać na zgodę. Odwracam się i płaczę. Mąż przytula: – „Pogadam z matką, żeby ci odpuściła. Może kupię jej lenor do zmiękczenia – żartuje. – Ona naprawdę cię lubi”. Próbuję więc innego sposobu na teściową. Zachwycam się jej ogrodem. Murzynkiem, choć czasem resztki ciasta, które przywozi, sczerstwiały. „Pomożesz mi wybrać szpilki?”, proszę. Jedziemy razem na zakupy. Krystyna obraża sprzedawczynie, zanim zmierzę cokolwiek. A Kamil się cieszy: „Coraz lepiej wam się układa”.

Chcę wierzyć: może ma rację, może nie jest taka zła. Zwierzam się teściowej z moich problemów z miesiączką i hormonami. Chcę, żeby poczuła się jak przyjaciółka. Ale ona nie zna słów „dyskrecja” ani „delikatność”.

Albo ona albo ja

Obiad w Święto Niepodległości rok temu. Teściowa częstuje śliwowicą. Łyk i przechodzimy do naszego życia osobistego. Hasło: wnuk. Przecież wie ode mnie, że mam kłopoty z zajściem w ciążę. – „Synowa sąsiadki urodziła bliźniaki – wzdycha. – Emilko, nie możesz zajść w ciążę, bo za dużo pracujesz, popalasz i nie dbasz, już nie wspomnę o Kamilu, o siebie. – Nie wytrzymuję: – Pragniesz wnuka? Nie powierzyłabym ci chomika na godzinę. Znęcasz się nad każdym. Kupiłabym ci na Gwiazdkę krzesło. Elektryczne. – Co się z tobą dzieje!”

– Mąż zrywa się z krzesła. Sama siebie nie poznaję. Czuję, że jeśli będę grzeczna choć przez sekundę, skończę w psychiatryku. To dzięki kobiecie, dla której byłam workiem treningowym, uświadamiam sobie, że już więcej nie dam się poniżać. I nie będę zabiegać o jej akceptację. – „Wychodzisz ze mną czy zostajesz? – pytam męża. – Nie zostawię teraz mamy”.

Tamtego dnia coś pęka, choć Kamil nawet przeprasza. – „Sama tej burzy nie przetrwam, a nie mam w tobie oparcia – żalę się. – Nie widzę nic złego w moim zachowaniu. To tylko szacunek dla matki – mówi mąż. – Mylisz go z uległością. – On wzrusza ramionami. – Ty znowu swoje”. Dlaczego Kamil nie potrafi się postawić? Przypominam sobie, jak opowiadał, że w dzieciństwie był mistrzem w pływaniu. Matka się nim przechwalała. Kamilek na podium. Jeśli nie – natychmiast zakazy i chłód. Nie chciał jej rozczarować i dotąd nie potrafi. Jest zaprogramowany na lojalność.

Konflikt trwa. Kiedy Krystyna dzwoni, zgłaśniam telewizor. Gdy zapowiada, że wpadnie, wychodzę. Mąż apeluje: – „To moja matka. – Skoro tylko ona potrafi tak cię kochać, ożeń się z nią” – robię się chamska. Mnie już to coraz mniej obchodzi. Wyobrażam sobie, że się rozstajemy. Jestem sama. Brakuje mi pieniędzy? Być może, ale nikt nie zagląda mi ani do garnka, ani pod kołdrę. Jeszcze boję się rozstania, ale nie mam już złudzeń. Chciałabym zakochać się tak jak w Kamilu. Chyba jednak poszukam mężczyzny, który jest sierotą.

Matka z nawiązką

Katarzyna, 33 lata. Mężatka od siedmiu lat. Mama Jaśka. Scenograf. Gdy myślę o teściowej, wiem: Teresa dla rodziny zrobi wszystko. Nigdy mnie nie zawiodła. Chciałabym mieć taką mamę. Co ona myśli o mnie? Chyba jestem dla niej ważna, skoro cierpliwie znosi to, że bywam niedojrzała. Lubi swoją synową. Czy kocha? „Mamcia”, tak wpisuję w telefonie Teresę tuż przed naszym ślubem z Maćkiem. Przecież i tak będę się do niej zwracać w ten sposób. Innej mamy nie mam. Moja zmarła na raka. Ale tak naprawdę to się zachlała.

– „Nie mów tak – prosi Teresa, ilekroć używam wulgarnego słowa. – Bo mnie zostawiła. Nienawidzę jej” – czuję, że zaraz się rozpłaczę. Teresa głaszcze po głowie. Jest najbliższą kobietą w moim życiu. Ale codziennie muszę pamiętać, że nie jestem jej córką. Tylko synową. Uczę się tego od naszego pierwszego spotkania. To wtedy wymyśliłam sobie, że ona da mi to, czego nie dała mama. Pamiętam skrzypiący taras w domu na Kaszubach. Teresa w dżinsach zapala lampiony i puszcza Martynę Jakubowicz. Tata rozpala grilla.

– „Poznaj moich rodziców – Maciek ściska mnie za rękę. Mam tremę. Niepotrzebnie. Ona mnie obejmuje, tata całuje w dłoń. – Nie mogliśmy się was doczekać! A to nasza córka, Ola”. Okularnica podaje mi rękę. Jakbym trzymała zimny naleśnik. Przy obiedzie Teresa jest mnie ciekawa. Pyta o to, czym sama chciałabym się chwalić. Wie, że tworzę scenografię do spektakli i znam biegle portugalski. Pochlebia mi. – „Niepotrzebnie piłam wino na odwagę – szepcę Maćkowi. – Mówiłem? Pokochają cię, skoro ja cię tak kocham”.

„Cieszę się, że mój syn spotkał wspaniałą kobietę” – słyszę na kolejnych spotkaniach. Święta razem. Imieniny razem. Niedziele też. I jeszcze soboty. Nie mogę się nagadać z mamą. Właściwie cały czas mówię o sobie. Na dwudziestą rocznicę ślubu rodziców Maćka wymyślam przyjęcie niespodziankę. Z projektora puszczam teledysk, zmontowałam romantyczne zdjęcia teściów. Teresa płacze i wysyła mi w powietrzu całusy. „Świetna robota”, przytula mąż.

Zarządzam zdjęcie na pamiątkę. Ja w środku obejmuję Teresę. Obok Maciek. Ola, w końcu ich córka, stoi z boku kadru. Chcę słyszeć jeszcze więcej pochwał i zachwytów teściowej. Dzwonię do niej każdego dnia. „W teatrze awantura”, „Kupimy z Maćkiem telewizor na raty”, „Jestem gruba, znasz jakąś dietę cud?” Wpadam bez zapowiedzi na herbatę. Idziemy na spacer z psem. Wymieniamy się książkami Kinga, przepisami i lakierami do paznokci. Przyjaciółki.

– „Mam zły humor – mówię, a Teresa wpada z Kwiatem kalafiora Musierowicz. – Literatura młodzieżowa jest najlepsza na chandrę”. Mam rodzinę. Nie tylko fajnego faceta, ale teściów, z którymi nawet w podróż poślubną do Barcelony jedziemy razem.

Biało-czarna

Na grób mojej matki jeżdżę rzadko. Kiedyś Teresa mi towarzyszy. – „Wreszcie jestem szczęśliwa, mam nadzieję, że przyłożyłaś do tego rękę – mówię do katakumby, w której są prochy mamy. – Wpadam tu na nią pokrzyczeć – tłumaczę Teresie. – Obwiniałam ją o wszystko: złamane serce i oblany egzamin do szkoły teatralnej”. Teresa dobrze już zna historię mojego dzieciństwa. Wiele razy słyszała o matce, która miała szansę być wybitnym wykładowcą na lingwistyce, ale pokochała wódkę. I o ojcu, który sprzedał rodzinne nieruchomości i mieszka z inną kobietą w Sydney.

Teresa obejmuje mnie: „Może podziękuj mamie, że masz teraz nas?” Jestem szczęśliwa, więc wymyślam coraz to nowe atrakcje. „U nas maraton filmowy Hitchcocka”, zapraszam teściów. „U was smażenie powideł”, przyjeżdżamy z Maćkiem ze skrzynką węgierek. Obrażam się, kiedy teściowa ma inne plany. Nie zdaję sobie sprawy, że manipuluję. Na przykład przez dwa dni nie odbieram telefonów.

Czekam, aż wreszcie przyśle sms: „Kasieńko, cholernie się martwię”. Uff. Jednak jej zależy. Gdy zachodzę w ciążę, Teresa płacze ze wzruszenia. Jej reakcja jest dla mnie tak ważna jak męża. Przykro mi tylko, że siostra Maćka nie pisze nawet sms-a. Chciałabym, żeby cała rodzina się cieszyła. A ona chyba mnie nie lubi. Ciężko mi to znieść. Może jest zazdrosna, że kradnę jej matkę? Ganię się za tę myśl. Pięć lat temu rodzi się Jaś. – „Ratunku, mamo Tesiu, przyjedź!” – histeryzuję przez telefon, choć Maciek daje sobie radę z niemowlakiem.

Muszę mieć wokół wszystkich. Konsultuję każdy krok. – Tesiu, tak przystawiać do piersi? A dlaczego dziąsełka spuchnięte? Maciek coraz rzadziej protestuje, że nie chce być aż tak blisko rodziców. Zaakceptował przez te lata, że ja zawsze marzyłam o domu z regularnymi obiadami i rodzicami, dla których dzieci zawsze są dziećmi. Ja też jestem ich dzieckiem. A jednak męczy mnie Ola. Wiecznie w kontrze. Maciek też dostrzega, że przy mnie staje się milcząca albo zrzędzi.

Majówka na Kaszubach. Popijamy wino. Jestem podminowana. Wkurza mnie marudzenie Olki. Dziś ma na celu Maćka: – „Jak pozmywałeś skoro wszystko jest upaprane serkiem topionym?! – Ola, miało być miło, co ci jest? – staję nad nią. – Tylko ty masz prawo do humorów w tej rodzinie? – mówi ze spuszczonym wzrokiem. – Może mi powiesz, co masz do nas?” – to ja. Milczy. Nie wiem, czy się mnie boi. A może ma gdzieś? Czuję się zlekceważona, więc wpadam w szał. Alkohol dodaje odwagi. Przybieram ton, jakbym mówiła do młodszej siostry: – „Dlaczego się czepiasz Maćka? Masz 25 lat, a gderasz jak 70-latka. Umarłabym, z nudów, gdybym żyła tak jak ty. Zazdrościsz mi, że mam miłość! Skąd ty się wzięłaś w tej rodzinie?

– Zjawia się Teresa. – Kasiu, uspokój się. Dlaczego atakujesz Olę? – Ja? To ona wiecznie czepia się mnie i Maćka. Teresa prosi łagodnie: – Nie, Kasiu, nie rozpędzaj się. Obrażasz moją córkę. Wiesz, że nie ma nic gorszego niż mówić matce źle o jej dziecku? – Wyjeżdżamy! – rozkazuję Maćkowi. Ja, Kasia. Ta milutka. Mąż prosi, żebyśmy zostali do rana. – Nie, natychmiast. Twoja matka mnie zdradziła. Tylko udaje miłą, a kiedy jej podpadłam, to mnie skreśla”. Koniec rozmowy. Stosuję system zero-jedynkowy – albo ktoś jest po mojej stronie, albo go nienawidzę.

Nie jesteś jedynaczką!

Przez kolejne noce nie mogę zasnąć. Łapię się na tym, że w domu Maćka czułam się kochana. Wraca wspomnienie z dzieciństwa – mama wolała wódkę, ojciec inną kobietę. A teraz to odrzucenie. Teresa woli przecież Olę. – „Nie skreślisz mnie i ty? – pytam męża. – Nikt cię nie kasuje, Mała! Ludzie czasem się złoszczą, wiesz? Pozwól im na to. Olka cię lubi, ale nie jest taka jak ty. To zasupłany wrażliwiec. A ty chcesz i nad nią mieć kontrolę. Odpuść”.

Myślę o tym, co mówi Maciek. Brakuje mi „mojej rodziny”, ale duma jeszcze nie pozwala zadzwonić. W pustce nadrabiam zaległości towarzyskie. Spotkanie klasy z liceum. – „Tak się postarzałaś, czy coś cię trapi?” – słyszę od pani Zofii, ukochanej polonistki. Wylewam żale. Opowiadam o mężu, mojej teściowej, awanturze. O „zdradzie” rodziny Maćka. – „Już ich nie potrzebuję – nagle czuję się żałośnie. – Potrzebujesz, i oni ciebie – mówi pani Zofia.

– Tylko dlaczego wpychasz się na nie swoje miejsce? Nie jesteś siostrą Oli ani tym bardziej jedyną córką Teresy – mówi brutalnie. – A ty jak rozwydrzona jedynaczka oczekujesz bezwarunkowej akceptacji. – O matko, a pani profesor teraz stała się Freudem? – żartuję. – Nie jesteś jedynaczką. I nie nadrobisz czasu, kiedy mama powinna czytać ci bajki i się tobą zachwycać. – Zaraz pani powie, że szukam mamy w Teresie. – Wczepiłaś się jak trzylatka w ramiona teściowej i nie chcesz puścić. Tylko byś brała i brała. A kiedy ostatnio coś dałaś? Kiedy posłuchałaś?”. W domu kradnę mężowi papierosa. Mam gonitwę myśli. Wstydzę się. I już widzę moje awantury, wymagania.

Budzę Maćka. – „Ile ty ze mną zniosłeś – całuję go. – Specjalnie nie odbieram telefonu, żebyś się martwił. A potem chciałam ci ukraść mamę. – Ona nigdy nie będzie twoja. Na szczęście, bo nie mógłbym cię kochać” – uśmiecha się mąż. Ale ja ciągnę dalej. Uświadomiłam sobie, że Teresa nie przeprosi mnie za to, że moja matka piła. I nie pokocha mnie kilkuletniej. Gryzę się. Wiem, że pierwsza muszę odezwać się do Teresy i do Olki. Przeprosić, że chciałam przemeblować ich rodzinę. Według mojej wizji, czyli wcisnąć się do środka jak wtedy na fotografii. „Oto Kasia, bez której nie wyobrażamy sobie życia”, brzmiałby podpis. To ja muszę podziękować całej czwórce za to, że są. A nie wymagać, żeby mnie ubóstwiali.

Wreszcie spotkanie z Olą i Teresą. Nabieram powietrza: – „Przepraszam, że w każdym waszym słowie szukam krytyki. I wciąż żądam pochwał. – Jesteś ważna – rozpogadza się Teresa. – A my dla ciebie? Bo czasem chciałabym, żebyś i ty posłuchała. A nie słuchasz”. Auuu. Boli. Jednak chcę się postarać, choć dawanie to nie jest moja mocna strona. Buduję relację z rodziną męża trochę od nowa. Staram się nie zachowywać jak pięciolatka. Nie żyć w poczuciu krzywdy.

Wymyśliłam sobie ćwiczenie. Codziennie rano o 10.30 pika mój telefon. Na ekranie pojawia się przypomnienie i skrót THX od thanks. Zamiast myśleć, że teściowa nie taka, szwagierka nie taka, dziękuję. Na głos. Za to, że spotkałam Maćka i jego rodzinę. Dziękuję, że Olka jest milsza. I dziękuję, że się nie mazgaję, bo kiedyś zostałam skrzywdzona. Staram się zachowywać jak świadoma swoich ograniczeń 33-latka. Różnie wychodzi. Ale dziś jest w moim życiu więcej miłości niż kiedykolwiek.

Próba sił

Beata, 40 lat. Tłumaczka. Wychodząc za górala, nie wiedziała, że poślubi całą jego rodzinę. Gdy myślę o teściowej, wiem: Twarda zawodniczka. Tak jak ja. Być może pozabijałybyśmy się, gdyby nie pewien dramat. Ona myśli o mnie: Nie „swoja”, ale należy do rodziny. Myślę, że kocha mnie tak jak potrafi. – „Synu, ty gwizdok, a tu jaka śwarna dziewka – mama Darka całuje mnie w oba policzki. – Powiedziała coś złego, przetłumaczysz? – proszę ukochanego. – Matka dziwi się, że taki obrzydliwiec jak ja ma taką śliczną kobietę”.

Jest 2008 rok. Na spotkanie z rodziną Darka jadę po czterech miesiącach bycia z nim. Poznaję Anielę. To kobieta tajfun. „Kiela godzina?!”, krzyczy znad parującego garnka z pierogami, jednocześnie na Skypie rozmawia z siostrą w Chicago. Wiem, że jej mąż ma firmę remontową w Stanach. Ona uczy biologii i prowadzi pensjonat. – „Czemu nie przyjechałaś z synem? – Aniela bierze mnie za rękę.

– Krzyś jest teraz z moimi rodzicami” – dukam ze strachu, że nie spodoba jej się synowa z dzieciakiem. Tamtego dnia nie zauważam, że Aniela dyryguje rodziną: „Przynieś”, „zawieź mnie”, „posprzątaj”. Jej córki, Darek i ja posłusznie i chyba z przyjemnością spełniamy polecenia. Nie chce mi się wyjeżdżać z Poronina.

Kto tu rządzi?

Teściowa jak marzenie. Jak ona płacze na naszym ślubie. – „Gdzie ty byłaś całe moje życie” – żartuję, kiedy składa nam życzenia. Wesele zorganizowała w sześć tygodni. Niewiele miałam do powiedzenia, ale uznałam to za piękny prezent. Moje i Darka mieszkanie – postanowiliśmy zamieszkać w Zakopanem – urządza jak swoje.

– „Podłogę musicie mieć z dębu, a kominek zrobi wam wujek Jasiek – wylicza Aniela. Ośmielam się pokazać panele w katalogu. – No skoro nie chcecie za darmo podłogi na setki lat, to kupuj w OBI licho z dykty”. – „Twoja mama nas przekupuje – wściekam się na męża, kiedy w domu pojawia się niezapowiedziana ekipa stolarzy. Darek uspokaja: – Mama to robi z miłości! – Uzależnia nas od siebie. Nie potrafi cię puścić do mnie!”.

Już wiem, że Aniela decyduje za swoje dorosłe dzieci. Za mnie nikt nigdy nie decydował. Miałam dziewięć lat, kiedy wybierałam, czy chcę jechać na kolonie, czy na obóz. Matka dawała wolność, zajęta swoją nieudaną karierą w teatrze. Ojciec troszczył się o mnie, płacąc alimenty. A teraz nagle w dorosłym życiu zjawia się ktoś, kto wie lepiej, co dla mnie dobre. Nie potrafię się dostosować, jednocześnie urzeka silnie związana rodzina. Nie miałam takiej. Mój syn dawno nie był taki roześmiany. Wszyscy go rozpieszczają.

Zachodzę w ciążę. Zarabiam nieregularnie, tłumacząc instrukcje obsługi suszarek i inhalatorów. Mąż rozkręca firmę stolarki artystycznej. Czasem brakuje nam do pierwszego. Otwieram lodówkę, a tam bundz, oscypki, wędzonka – mama wpadła niezapowiedziana. Dba o nas. „To taki kompromis”, myślę, ale się boję, że za bardzo ingeruje. Chcę wierzyć, że to chwilowe. Kiedyś nie zgadzam się na pomysł teściowej, by ochrzcić córkę zaraz po porodzie. Aniela podczas obiadu gwałtownie odsuwa talerz. Jej chłód czuć w sąsiedniej wsi. Darek, jego siostra pytają z pretensją: „Coś jej zrobiłaś?” Ja. Czarna owca. Czepiam się. A oni tak serdecznie mnie przyjęli.

Rodzina postanawia, że naszą córkę nazwiemy Aniela. Proponuję Kaję, ale mamie znowu przykro. Mnie też, ale nie daję sobie prawa głosu, gdy widzę, jaki szczęśliwy jest Darek. Rodzę Anielkę.

Cholerna altruistka

Pięć tygodni po porodzie. Spacer: ja i dwie Anielki. Zakrywam buzię córki przed słońcem. Mam obsesję, że ją poparzy. Kilka kroków. Mama mimochodem odkrywa pieluszkę. Parę metrów, i ja buzię zakrywam. Wieczorem słyszę, jak rozmawia przez komórkę z Darkiem: „Na litość boską, Beata chowa małą przed słońcem. Przecież to witamina D!

Dareczku, ona jako matka jest bezradna! Jeśli dalej będzie karmić sztucznym mlekiem, to mała nie dożyje wiosny”. – „Sztuczne mleko złe!? – wrzeszczę potem na męża. – To teorie z szałasu od bacy! – Nie obrażaj mamy. Ona to robi, bo cię kocha. – Altruistka cholerna! Dlaczego uważa mnie za głupią? I jeszcze otwiera nasze wyciągi z banku i komentuje, że mamy debet. – Ale jakoś pieniądze od niej ci nie przeszkadzają! – Jasne, jestem pasożytem, który żyje z jej kasy. – A wiesz, że tak... Przydałoby ci się więcej pokory”. O jedno zdanie za daleko. Darek przeprasza. Zabieram Anielkę i melduję się u przyjaciółki. Sztab kryzysowy: wino i rozmowy.

– „Uspokój się. Wymień jej trzy największe wady. – Pomaga. To znaczy, wtrąca się we wszystko od fryzury Darka do tego, jaką Anielka zrobiła kupę! Jest dwulicowa. Przy mnie się uśmiecha, a Darkowi sączy, że jestem beznadziejną matką. – Z jakiego powodu? – Anielka płacze, a ona mówi, że nie wolno jej uspokajać, bo rozbudzam dziecko. Zostawiłaby ją samą! Albo się rozwiodę, albo dostanę zawału z nerwów – histeryzuję. – Użalasz się nad sobą – przyjaciółka wzrusza ramionami. Mówi, że źle karmisz małą? Powiedz, że dziękujesz za rady. Po cholerę wszystko kisisz w sobie. Jak to zdusisz 50 razy, w końcu rozerwiesz teściową na strzępy. A najpierw pogadaj z mężem. Od niego zależy, czy odetniecie pępowinę”.

Wracam do domu. Krzyś rysuje naszą rodzinę na plaży. Podpis: Darek, mama, Nelka i ja. – „A kto jest na jachcie? – wskazuję palcem. – To babcia patrzy na nas przez lornetkę”. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Pokazuję Darkowi bazgroły synka. – „Fajna z nas rodzina – mówię. – Nie potrafię tak dalej. Czuję się, jakbym balansowała na linie. Z jednej strony pomoc Anieli jest bezcenna. Z drugiej odnoszę wrażenie, że mnie, nas lekceważy.

– Mąż jest zniecierpliwiony. Nie zniechęcam się: – Kochany, widzisz fragment sytuacji. Mama nie tylko jest aniołem, zbyt mocno wpycha się w nasze życie. Postawmy granice. Razem! Nie mówisz mamie nic o mnie. Ona wpada do nas raz na jakiś czas. Swoje rady zostawia dla siebie. – Ostro stawiasz sprawę” – Darek nie jest przekonany. Zawozimy mamę na lotnisko, leci na dwa miesiące do siostry w Chicago. – „Po powrocie chcielibyśmy porozmawiać. – zaczynam. – Rozwodzicie się? – Nie, chcemy naprawić stosunki z tobą”. Wsiada obrażona do samolotu. Przez dwa miesiące jej nie zobaczymy. Oddycham z ulgą.

Jak dobrze, że już jesteś

Następnego dnia odbieram zaległą cytologię. „Grupa III”. Lekarz przestraszony, wysyła na pobranie wycinków. A potem ten dzień. Rankiem spaceruję z Anielą po Plantach. Po południu mam raka. Stadium 1B2. Czeka mnie usunięcie macicy. Termin operacji za trzy tygodnie.

– Zadzwońmy do mamy – roztkliwiam się. – Ona coś poradzi. Aniela szuka miejsca w samolocie do Polski. Próbuje pomóc jeszcze przez telefon, zna dyrektora szpitala w Krakowie, przyspiesza zabieg. Trzy dni później jadę na salę operacyjną. Ona całuje mnie po twarzy i po dłoniach. Ją pierwszą widzę na OIOM-ie po operacji. Nie wychodzi z oddziału. Darek jest z dziećmi, a ona czyta mi na głos Chmielewską. – „Mamo, nie mogę się śmiać” – tłumię chichot.

Nie protestuję, kiedy wiezie mnie do siebie. Pierwszy spacer po operacji. Idziemy nad potok. Aniela pyta: – „O czym chciałaś pogadać? – To był zły sen – uciekam. – Przepraszam, choć nie do końca wiem za co – mówi ona. – Kiedyś o tym pogadamy” – przyrzekam. Wcale nie chcę. Choroba naprawiła naszą relację. Zrozumiałam, że nie muszę być wciąż harda. Żałuję, że byłam wymagająca. Patrzę na Anielę, kiedy wyciera ręką mokry nos Krzysiowi i zamiast się wściekać: „Mamo, mama roznosi bakterie”, widzę czułość. Ale są też zmiany.

Nie otwiera już naszych rachunków. My przyjmujemy od niej wyłącznie prezenty dla dzieci. Teściowa ma zjazdy rodzinne – chrzty, imieniny, staramy się na nich być. Aniela to naprawdę głowa rodziny. Nieznośna. Autorytarna. Ale wiem, że dla swoich bliskich zrobi wszystko.

Marta Bednarska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Wkrótce po ślubie mój syn wydawał się szczęśliwy. Teraz jednak coraz częściej młodzi się kłócą. Synowa nieustannie go krytykuje i ma mu coś do zarzucenia. Widzę, że on traci cierpliwość. Mojemu... więcej