Jak się żyje nieperfekcyjnym paniom domu

Nie każda z nas jest perfekcyjną panią... Magda i Ewa zupełnie nie. Przerastają je sprawy urzędowe, zapominają o rachunkach, stale gdzieś się spóźniają. Usprawiedliwiają się, że tak mają ludzie kreatywni. Zamiast czynności nudnych i rutynowych one wybierają w życiu to, co inspirujące i ważne. Tylko że cena, którą płacą za złą organizację one i ich bliscy, jest wysoka. Powiedzmy wprost: trudno tak żyć.

Reklama

Tekst - Natalia Kuc

Magda 35 lat, prowadzi pracownię architektoniczną. Mężatka, ma córkę.

Opowiem o zdarzeniu sprzed dwóch dni. Środa, godzina 16, tego dnia pracuję w domu. Córka wraca z przedszkola i marudzi, że ma ochotę na truskawki. Zamykam laptopa i wsiadam na rower.

Jadę na bazar oddalony pięć kilometrów od naszego osiedla. Gdy chcę płacić, orientuję się, że mam przy sobie tylko kartę. „Proszę odłożyć mi łubiankę, muszę znaleźć bankomat”, mówię sprzedawcy. Pod bankomatem kolejka. Czekam. Dzwoni telefon: „Pani Magdo, zaczynamy telekonferencję”.

Cholera, zapomniałam o naradzie z ważnym klientem! Nie mam przy sobie dokumentów, rysunków, nie zdążę wrócić do domu, wypłacić kasy, nie kupię truskawek. Kontrahent czeka na linii. Biorę głęboki wdech i wydech. Siadam na ławce i zaczynamy rozmowę. Wracam do domu po półtorej godziny. W stresie, bo zostawiłam dziecko. Na szczęście w domu jest już mąż.

– „Gdzie byłaś? Czemu Zosia została sama?! – pyta. – Miało mnie nie być pół godziny – tłumaczę. – Miało? Czyli co znowu poszło nie tak?! – Mamo, gdzie truskawki?! – piekli się córka. – Dajcie mi spokój, wszystko jest na mojej głowie!” – krzyczę.

Tydzień później dowiaduję się, że dostałam kontrakt wynegocjowany na ławce.

Grzech pierwszy: Szybko się nudzę

Żyję w chaosie. Mam tak, odkąd pamiętam. Studiowałam architekturę, prawo, europeistykę, kulturoznawstwo. Skończyłam tylko architekturę, ale się nie obroniłam. Magistrem zostałam jako trzydziestotrzylatka. Z jednego powodu – było mi wstyd.

Prowadziłam małą firmę, zatrudniałam ludzi, jednak w CV publikowanym na stronie internetowej, w rubryce wykształcenie zostawiałam puste miejsce. Miałam wpisać średnie? Nie mogłam popisywać się też pod projektami, nie miałam uprawnień. Byłam szefową bez dyplomu, gorzej wykształconą od pracowników.

Nie obroniłabym dyplomu, gdyby nie mąż. Motywował, pilnował moich terminów. Był aniołem stróżem. Ale czasami przegrywał. Nie zdążyłam podejść do końcowego egzaminu w pierwszym terminie. Dlaczego?

Zaangażowałam się w ważny projekt dla dewelopera, wpadałam w wir, siedziałam nocami. Nie mogłam myśleć o dyplomie.

Grzech drugi: Odkładam gdzie popadnie

Nie nadawałam się do pracy w korporacji. Pięć lat po studiach założyłam więc firmę, biuro miałam w naszym domu. Pomagał mi mąż. Nie znoszę urzędów, a wtedy jeszcze ich nie odróżniałam – zdarzyło mi się pojechać z PIT-em do ZUS-u.

Dlatego Paweł mnie wprowadzał, tłumaczył, czym jest KRS, jak opisywać faktury. Kupił regał i segregatory na dokumenty. Nigdy jednak żadnego ważnego papieru nie odłożyłam na miejsce. Stosy piętrzyły się na biurku, gdy było ich za dużo, odkładałam je na podłogę. Mąż wściekał się na bałagan, ja tłumaczyłam, że nie mam czasu sprzątać. Miałam małe dziecko, ciągle pracowałam nad projektami, a wieczorami... chciałam odpocząć.

„Jak możesz żyć w takim chaosie?”, dopytywał i w pewien weekend zrobił mi porządek. Posegregował papiery, projekty, opisał teczki. Ale dwa tygodnie później znów był bajzel. Otwierałam korespondencję i zostawiałam ją tam, gdzie stałam. Dokumenty lądowały na regale z książkami, na parapecie, na półce w kuchni, w szufladzie z jedzeniem.

Kiedyś pismo z Krajowego Rejestru Sądowego znalazłam w pudełku po butach. Czasem nawet nie wiedziałam, co jest w tych listach, bo nie znosiłam czytać pism urzędowych, bankowych, całej tej oficjalnej korespondencji.

Zostawiałam ją na później, na wieczne nigdy, a wtedy ginęła wśród stert. Nieraz komornik zajmował mi rachunek. Nie wiedziałam dlaczego. „Wysyłaliśmy ponaglenia w sprawie mandatu, ale pani nie odpowiadała”, usłyszałam.

Grzech trzeci: Płacę odsetki

Mam teorię, że gdy dzieje się coś naprawdę poważnego, odpowiednia instytucja przysyła SMS: „Brak wpłaty do dnia... spowoduje...”. Wtedy wiem, że mam nóż na gardle i płacę. Kartą przez telefon, bo nie znoszę robić przelewów. Ale nie wszyscy piszą SMS-y.

Czasem po prostu, tak jak dostawca energii, po kilku monitach odcinają prąd. Zdarzyło nam się to, gdy wyjechaliśmy na dwa tygodnie do Chorwacji. Na lotnisku mąż upewnił się: „Czy na pewno opłaciłaś rachunki?”. „Tak”, skłamałam. Nie chciałam znów przyznawać się do wpadki. Przysięgłam sobie, że zrobię przelew, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Przypominałam sobie o tym wielokrotnie, ale zawsze w nieodpowiednim momencie. Kiedy nie było dobrego sygnału wi-fi, gdy szliśmy na plażę, kiedy robiłam kolację albo piliśmy wino na tarasie. Przez dwa tygodnie nie przelałam tych pieniędzy.

Na co liczyłam? Że jeśli będą chcieli wyłączyć, najpierw uprzedzą. Po powrocie w mieszkaniu poczuliśmy smród. Nie było prądu, nie działała lodówka.

W środku zostały wędliny, mięso, ser, które zapomniałam przed wakacjami oddać sąsiadce. W rękawiczkach wyjmowałam zepsute jedzenie, chciało mi się wymiotować. Szorowaliśmy lodówkę wiele razy, zamówiliśmy nawet ozonowanie. Nie pomogło, w środku pozostał odór. Musieliśmy kupić nową.

Albo taka historia. Chciałam zmienić bank, więc otworzyłam nowe konto. Nie przeniosłam tam jednak pensji, bo za dużo było z tym roboty. Zapomniałam o koncie, tak jak zapominam o wszystkim. Bank przysyłał listy, ale ich nie otwierałam. Pewnie ktoś nawet do mnie dzwonił, ale rzadko reaguję, gdy dzwoni numer, którego nie znam.

„Odbierz, może to coś ważnego”, mówi mi w takich chwilach mąż. „Daj spokój, pewnie ubezpieczyciel będzie chciał mi coś wcisnąć”, odpowiadam. Wtedy zapomniałam o jednym, że opłata za prowadzenie nowego konta wynosiła 15 złotych miesięcznie. Zaległość rosła. Przez rok. Dowiedziałam się o niej, gdy w starym banku wnioskowałam o drugą kartę kredytową – chcieliśmy zrobić remont.

Od doradcy usłyszałam: „Nie ma pani dobrej historii. Od roku nie reguluje zobowiązań. Widzę też niespłacone odsetki za obecną kartę”. Rzeczywiście, zapomniałam je przelać.

Tłumaczyłam: „Nie jestem niewypłacalna, przecież pan widzi, że mam pieniądze”. „To czemu pani nie płaci?”. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam niewiarygodna. Nie dostałam nowej karty, zablokowali mi tę istniejącą. Z remontem musieliśmy poczekać.

Grzech czwarty: Liczenie na fart

Jednak w tym całym chaosie udawało mi się zarabiać, zdobywać kontrakty, wywiązywać się z nich! Czasem zawalałam termin, ale jakoś tłumaczyłam się przed klientem. Przykład? Telefon: „Nie dostaliśmy jeszcze od pani obiecanych dokumentów mailem”. „Przepraszam, utknęłam w urzędzie/ ministerstwie”. Utknięcie w urzędach rozumieli wszyscy.

Wkrótce stać mnie było na wynajęcie niedużego biura, zatrudnienie trzech pracowników na etat i dwóch na zlecenie. „Magda, teraz musisz mieć dobrą księgową, bo inaczej utoniesz”, żartowali znajomi. Polecili mi taką. Oczywiście ją zatrudniłam. Ale księgowa wszystkiego za ciebie nie zrobi, musisz jej dostarczyć dokumenty, faktury, umowy. No i musisz zrobić to na czas.

Trudne, jeśli ten ucieka ci przez place, wciąż koncentrujesz się na twórczej pracy i pewnie przez to giną ci dokumenty. Niełatwo zapanować nad papierami, jeśli należysz do osób, które gubią dowód rejestracyjny i nie wyrabiają nowego, bo liczą na fart. Tyle że mnie spotyka pech.

Na przykład kontrola policji, gdy chyba pierwszy raz w życiu skręciłam na zakazie. Pamiętam ten dzień. Trafiłam na policjantów, którzy nie rozumieli, że pędziłam z dzieckiem na przedstawienie szkolne, i za brak dowodu zatrzymali mój samochód. Trudno pamiętać o durnych papierkach dla księgowej, kiedy jesteś kobietą, która leci w dwudniową delegację do Berlina z jedyną nieważną kartą płatniczą.

Nie mogłam zapłacić za hotel, miałam przy sobie jedno euro. Co zrobiłam? Zadzwoniłam do męża. A on jak superbohater rzucił pracę, pędził samochodem ponad pięć godzin, by przywieźć mi pieniądze! „Dobrze, że nie jesteś w Pekinie!”, wściekał się.

To wtedy powiedział, że ostatni raz gasi mój pożar. Że albo coś z tym zrobię, albo się rozstaniemy. Gdy dojechał, próbowałam go rozbroić: „Jesteśmy w Berlinie! Moja matka weźmie do siebie Zosię, a my zaszalejmy w klubie”. Pawłowi przechodziła złość, chyba kochał we mnie spontaniczność, wariactwo, umiejętność życia na sto procent. Bo przecież nie wszystko zawalam.

Potrafię dużo zarobić, mam świetną relację z córką, robię genialne sushi i piekę torty! „Ale nie potrafisz zrobić jajecznicy. Gardzisz tym, co przyziemne”, powtarza mi mąż. Może ma rację?

Grzech piąty: Paraliż

Postanowiłam, że sama będę robić przelewy pracownikom. Nie chciałam, żeby ktoś obcy miał dostęp do konta. Ale pech chciał, że zapominałam. Zdarzało się, że nie płaciłam im, dopóki się nie upomnieli. Co czułam? Wstyd, zażenowanie, dlatego... zrzucałam winę na księgową. „Pani Halinka ma już swoje lata”, szeptałam. Dlaczego tak robiłam? Nie wiem.

Księgowa straciła w końcu cierpliwość: „Nie mogę w taki sposób pracować, ciągle mamy opóźnienia, urząd skarbowy weźmie nas pod lupę”. Zalegałam z czymś, co się nazywa: sprawozdanie finansowe do KRS. Żeby je złożyć, trzeba było najpierw umówić się z audytorem (kimkolwiek jest!), przekazać mu dokumenty.

Nie byłam w stanie się zebrać. Dlatego zaległości zaczynały się piętrzyć. Przerażały mnie. KRS, ZUS, US – od samych tych nazw robiło mi się niedobrze. Patrzyłam na stos papierów, listę rzeczy do zrobienia i ogarniał mnie paraliż. Dlatego je... odkładałam. Nalewałam sobie wina albo zabierałam córkę do kina, żeby się odprężyć.

Gdy zostawiła mnie jedna księgowa, zatrudniłam inną. Kiedy zobaczyła bałagan w dokumentach, złapała się za głowę. „Niech mnie pani zrozumie, długo chorowałam”, kłamałam. Przyjęłam też na staż asystentkę, Monikę, chrześnicę męża, która studiowała w Warszawie. Donosiła Pawłowi, że nieprecyzyjnie przekazuję jej polecenia i jestem nieogarnięta. Bezczelna. Wypomniałam jej to kiedyś: „Nie widzisz, ile mam na głowie? Podczas gdy ty piłujesz za biurkiem paznokcie, ja robię ważne projekty”.

Ale w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Nie panowałam nad firmą. Żarty się skończyły, gdy zaczęła się kontrola z urzędu skarbowego. Byłam przerażona, myślałam, że to koniec, wlepią mi kary, których nie będę w stanie zapłacić, dostanę wyrok. Uratowała mnie moja asystentka.

Zawiozła wszystkie papiery doradcy podatkowemu. On je uporządkował, wyliczył odsetki. Zajęło mu to tydzień. Asystentka pojechała z tym do skarbówki. Napisała wyjaśnienia. Sama z pomocą doradcy. Kary nie były aż tak duże, od razu je zapłaciłam. Odetchnęłam.

Pierwszy raz od czterech lat, od kiedy prowadzę firmę! Uratowała mnie 23-latka bez doświadczenia zawodowego, która pracowała u mnie za darmo. To jakiś cud! Jak sobie dała radę? Zaproponowałam jej pół etatu. Będzie zajmować się sprawami, których nie ogarniam. Nad resztą muszę zapanować sama. Niedawno po raz kolejny zadzwonił doradca z banku: „Od miesiąca czeka na panią w oddziale nowa karta”. „Idź tam wreszcie, zmuś się – powtarzał mąż. – Przecież ja jej za ciebie nie odbiorę”.

Przypomniałam sobie, że obok jest kwiaciarnia, więc przy okazji mogę kupić pelargonie na balkon. Poszłam. Nie było kolejki! Odebrałam kartę. Zajęło mi to pięć minut. Byłam z siebie dumna.

Ewa 39 lat, specjalistka w firmie doradczej. Mężatka, ma dwóch synów. Grzech numer jeden: Nietypowe poczucie czasu

Ciągle się spóźniam. W zeszłym roku na bilety do teatru wydałam tysiąc złotych, ale zdążyłam tylko na jedno przestawienie. Nie wiem, jak to się dzieje. Patrzę na zegarek i widzę, że mam pół godziny do wyjścia. Gdy po raz kolejny sprawdzam czas, okazuje się, że powinnam była wyjść piętnaście minut temu! Wpadam w popłoch.

Jak to możliwe, że przed chwilą było wpół do trzeciej, a teraz jest za pięć?! Gdy się spieszę, zazwyczaj nie mogę czegoś znaleźć. Kluczy do samochodu, komórki, portfela, parasolki. Wciąż gubię telefon. W firmie ktoś musi do mnie dzwonić, a ja chodzę po biurze, nasłuchując sygnału.

Spóźniam się na święta. Nigdy nie udało mi się dojechać na Wigilię do rodziców punktualnie. Przyjeżdżamy średnio... dwie godziny po rozpoczęciu kolacji. Przeze mnie. Z mojej winy wpadamy też ostatni do samolotu, bo dopiero na lotnisku orientuję się, że wzięłam nieaktualny paszport. Albo wypłacając kasę z bankomatu, zapomniałam jej zabrać.

Tylko ja potrafię myśleć, że kupiłam całej rodzinie bilety do Londynu, choć tego nie zrobiłam. Nie sfinalizowałam internetowej transakcji, bo coś odwróciło moją uwagę. Wyobraź sobie, podchodzimy z walizkami do odprawy i słyszymy: „nie ma państwa w systemie!”.

Chciałabyś widzieć miny moich dzieci, słyszeć męża? W zeszłym miesiącu szykowałam mężowi urodziny niespodziankę. Zaprosiłam troje przyjaciół, zamówiłam indyjskie jedzenie, tort. Do jego powrotu z pracy była jeszcze godzina z hakiem.

Wsiadłam więc na rower, chciałam się zrelaksować, mieszkamy blisko lasu. I stało się to, co zwykle. Zamyśliłam się i straciłam kontakt z rzeczywistością. Jechałam i jechałam, nie wiem dokąd ani jak długo. Nagle zatrzymałam się na leśnej ścieżce. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie miałam komórki. Biegł ktoś z przeciwka, więc krzyknęłam: „Którędy do metra?”. „A tu jest metro?” – zdziwił się.

Wtedy zrozumiałam, że nie jestem już w Warszawie. Poczułam potworne zmęczenie, na dodatek zaczynało padać. Po drodze minęłam rowerzystów, którzy wytłumaczyli, gdzie mam skręcić. „Niemożliwe, że tyle jechałam – myślałam. – Co ze mną nie tak? Dlaczego nie mogę żyć jak normalny człowiek?”

Pod drzwiami spotkałam męża i naszych przyjaciół, siedzieli na schodach i pili piwo. – „Nie wziąłem kluczy, naiwnie wierzyłem, że już będziesz – powiedział. – Zagapiłam się, przepraszam” – próbowałam tłumaczyć. Znajomi pękali ze śmiechu. Znają mnie. Wiedzą, że gdy się zamyślam, wpadam w trans.

Przejeżdżam skrzyżowanie, na którym mam skręcić, obcinam synowi za krótko włosy albo zjadam pudełko lodów, które miało być dla wszystkich.

Jak wyglądają moje spotkania? Wybiegam z biura siedem minut przed, choć dojazd do celu zajmuje mi ponad pół godziny. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Wciąż się komuś tłumaczę: „jest korek, był wypadek, zatrzymała mnie policja, padł mi akumulator, szlaban na parkingu się zaciął, szef wezwał mnie na rozmowę”.

Czasem, gdy umawiam się z kimś w restauracji, kłamię: „już dojeżdżam, będę za pięć minut”, choć wiem, że zajmie mi to 20. Liczę, że mój gość coś zamówi, zrelaksuje się i nie zauważy, że tak długo mnie nie ma.

Gorzej, jeśli spóźniam się na zebranie w szkole syna albo do dentystki, która ma po mnie pacjentów. Trzy tygodnie chodziłam z bolącym zębem, bo wciąż nie udawało mi się dotrzeć do lekarza. Dwa miesiące zwlekałam ze zrobieniem badań okresowych w pracy, aż kadrowa postraszyła, że mogą mnie z tego powodu zwolnić.

Sytuacja sprzed tygodnia. Jechałam w delegację do Wrocławia. Pociąg miałam o 5.50 rano. Wstałam o czwartej. Sukces! „Wreszcie wyjdę z domu bez pośpiechu”, pomyślałam. Zrobiłam dzieciom kanapki, sobie kawę i miałam 40 minut. Luz. No i utknęłam w łazience. Za długo brałam prysznic? Malowałam się, czesałam? Nie wiem.

Usłyszałam pukanie do drzwi. „Ewa, powinnaś już wychodzić z domu”, mówił mój mąż. Spojrzałam na zegarek: pół godziny do odjazdu pociągu, czyli tyle, ile jadę na dworzec. A przecież nie miałam jeszcze wyprasowanej spódnicy, wydrukowanych dokumentów! Krzyk, zamieszanie, poganianie domowników.

Mąż zaczął prasować mi ubranie, młodszy syn drukować papiery, a starszy sprawdzać, na jaki dworzec dojadę najszybciej. „Tyle samo masz na Centralny i Zachodni, ale z zachodniego pociąg odjeżdża pięć minut później”. Dzięki niemu zdążyłam.

Grzech numer dwa: Na ostatnią chwilę

Zimowe wakacje w Tajlandii. Znaleźliśmy bilety w niezłej cenie i niedrogi hotel. Przed urlopem wzięłam dodatkowe zlecenie: napisanie dla klienta wniosku o dotację unijną. Termin jego złożenia mijał w dniu wylotu.

Pisałam wniosek ze znajomym specjalistą, ale ostatnia jego część należała do mnie. Za późno się do tego zabrałam. Tak późno, że dzień przed wylotem chodziłam po domu i krzyczałam: „nigdzie nie jadę, jestem w d...!”. „Nie denerwuj się, siadaj i pisz, a ja nas spakuję”, mówił mąż.

Gdy zobaczyłam, ile mam roboty, zwątpiłam, czy starczy mi doba. Ale się nie poddałam. Nie poszłam spać, wypiłam pięć kaw, zdrzemnęłam się pół godziny z głową na biurku. Z domu wychodziliśmy o jedenastej rano. Wyglądałam jak zombie i nawet nie wiedziałam, co mam w walizce.

Kończyłam pisać wniosek w samolocie do Paryża, gdzie mieliśmy przesiadkę. Stamtąd musiałam go wysłać. Kiedy na lotnisku nie mogłam połączyć się z internetem, wpadłam w panikę. Krzyczałam, że dalej nie lecę, muszę znaleźć sieć. Młodszy syn zaczął płakać. Wreszcie ktoś z obsługi pomógł mi się zalogować. Udało się.

W samolocie do Bangkoku odetchnęłam, ale spojrzałam na dzieci i męża. Byli źli i zmęczeni. „Wszystko kręci się wokół ciebie. Mam tego dość”, powiedział mi syn. Na wakacjach chciałam im to wynagrodzić. Spełniałam wszystkie zachcianki – rejsy, nurkowanie, wycieczki na słoniach. Myślę, że byli szczęśliwi.

Grzech numer trzy: Słaba pamięć

Z podziwem patrzę na kobiety, które wychowują trójkę dzieci, robią karierę, jeżdżą czystym samochodem, pieką chleb na zakwasie i same gotują obiady. Dla nas gotuje sąsiadka, która w ten sposób dorabia do emerytury.

Czasem chcę przygotować rodzinie coś pysznego. Znajduję przepis, kupuję świeżą rybę, szparagi, jarmuż. Ale dzieje się jakoś tak, że nie mam kiedy ugotować. Bo gdzieś wychodzimy albo mam coś na głowie. Szparagi więdną, ryba się psuje. Wciąż sobie przyrzekam, że będziemy się lepiej odżywiać. Dużo wydaję na drogie suplementy diety i zioła.

Obiecuję sobie, że będziemy zażywać je regularnie, ale ostatecznie zapominam. Przeterminowana lewoskrętna witamina c ląduje w koszu. Podobnie jak olej z wątroby rekina. Chciałabym, żeby było inaczej. Pamiętam, jak zeszłej wiosny postanowiłam urządzić piękny balkon.

Kupiłam drewniane meble, lampiony i kilka drogich egzotycznych drzewek. Zapomniałam je przesadzić, zaniedbałam podlewanie. Większość uschła do lipca. Jestem niesumienna, jestem bałaganiarą. Nie wiem, co mam szafie. Góry byle jak wrzuconych ubrań najczęściej leżą w całym domu, ale gdy przychodzą goście, sprzątam. Czyli wrzucam je do szafy jak popadnie.

Często coś kupuję, bo zapominam, że mam identyczny ciuch. Czarną ołówkową spódnicę znalazłam niedawno w szafie z pościelą. Mąż zasugerował kiedyś, żebym znalazła coacha, który pomoże mi się ogarnąć. Poszłam. Kazał mi pisać plan dnia, przyklejać kartki, rysować drzewo, a na nim opisywać... nie pamiętam dokładnie co. Nie robiłam tego, więc przestałam też do niego chodzić.

Zdaję sobie sprawę, że mam wiele wad, ale nie chcę się za to biczować. Znam ludzi świetnie zorganizowanych, poukładanych, z idealnym porządkiem na biurku, ale najczęściej wydają mi się znerwicowani albo mało zdolni. Jakby tym porządkiem chcieli przykryć własne braki.

Gdy coś mi się sypie, myślę: „Nie martw się, masz też talenty”. Rzeczywiście. Nie zrzędzę synom, że mają nieporządek. Wolę, żeby czytali książki, niż układali skarpetki w szufladzie. Potrafię cierpliwie odrabiać z nimi lekcje, mąż tego nie umie. Sprawdzam się w sytuacjach awaryjnych.

Gdy dziecko choruje, nie panikuję, staję na wysokości zadania. Kiedy przyjaciółki z pracy mają problem, jadę do nich nawet w nocy. W zamian one kryją mnie u szefa. Gdy dopytuje: „Czemu Ewki jeszcze nie ma?!”, wymyślają wiarygodną historię, po której on przestaje się czepiać.

Natalia Kuc

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również