Jak rozpalić namiętność w związku?

Kiedy mężczyzna spotyka kobietę... Wie, że jej pragnie. Jest zakochany. A co dzieje się przez kolejnych dwadzieścia lat? Zależy od nas. Małżeński flirt to nie tylko bliskość ciał, ale i bliskość emocjonalna. Jeśli o nie dbamy, osoba, z którą śpimy w jednym łóżku od wielu lat, wciąż będzie atrakcyjna – przekonuje dr Andrzej Depko, seksuolog.

Rozmawiała: Jagna Kaczanowska

Reklama

Twój Styl: W moim małżeństwie – z piętnastoletnim stażem – dzieje się coś niedobrego. Nie ma między nami czułości, namiętności. On ogląda się z zachwytem za innymi kobietami. Chciałabym znowu go w sobie rozkochać. Idę do seksuologa. Pomoże mi Pan?

Andrzej Depko: Nie. Bo żąda pani niemożliwego. Przychodzą do mnie pacjentki z takimi oczekiwaniami. Na przykład kobieta około pięćdziesiątki, mężatka od prawie trzech dekad. „Proszę nauczyć mnie seksu. Mam na to kilka tygodni”, oznajmiła. Rzadko się czemuś dziwię, ale przyznam – tym byłem zdumiony.

W trakcie rozmowy okazało się, że nigdy nie lubiła zbliżeń, ulżyło jej, gdy po narodzinach syna mąż przestał o nią zabiegać. Ale niedawno dowiedziała się, że on ma romans. Wykrzyczał jej: „Gdybyś ty lubiła się kochać, pewnie byłbym ci wierny”. Postanowiła więc, że zostanie superkochanką.

TS: I co? Podjął się Pan zadania?

AD: Powiedziałem jej: „Proszę się zastanowić: przez kilkadziesiąt lat seks nie sprawiał pani przyjemności. Moglibyśmy się zastanowić, skąd się ta niechęć wzięła, powoli ją przełamywać. To będzie trwało wiele miesięcy. W ciągu kilku spotkań mogę jedynie objaśnić techniki seksualne. Powiem pani, jak to się robi. Tylko czy będzie pani szczęśliwa, odbywając stosunek po to, żeby mąż nie odszedł do innej?”.

Więcej się nie pojawiła. Podejrzewam, że nie została superkochanką, nie poderwała własnego męża. Pewnie rozstali się z tego powodu, to często się zdarza.

TS: Nie da się zawrócić w głowie mężczyźnie po piętnastu latach wspólnego związku?

AD: Odpowiem pytaniem na pytanie: a gdzie pani była przez te piętnaście lat? Co pani robiła, by być dla partnera atrakcyjną?

TS: No jak to gdzie byłam!? Tam, gdzie wszyscy: dzieci, dom, praca, codzienne życie, kredyt…

AD: A właśnie. Widzi pani, mężczyzna nie zakochuje się w kobiecie dlatego, że postrzega ją jako dobrą kredytobiorczynię. I odwrotnie. Każdy z nas ma w głowie mapę preferencji. Co się na nią składa? Cechy charakteru, kompetencje, to, że ktoś jest dowcipny, inteligentny, skromny lub przeciwnie – perwersyjny. Ale i cechy fizyczne. Właśnie one najczęściej wyzwalają pożądanie.

Kochamy za to, jaki jest partner, ale zakochujemy się najczęściej przez spojrzenie. To dotyczy obu płci. Jeśli mąż panią „poderwał”, bo był smukłym, pełnym energii Jankiem, z którym jeździła pani na spływy kajakowe, i to było dla pani ważne, atrakcyjne, a teraz leży koło pani Jan, waga 120 kilo, którego jedynym hobby jest oglądanie telewizji, to... No cóż. Może go pani bardzo kochać, ale kochać „się” będzie pani chciała z Jankiem.

I odwrotnie: była pani elegancką kobietką na szpilkach, z włosami do pasa, a teraz nosi rozciągnięte dresy, trampki i krótką fryzurę, „bo tak jest wygodniej”. Czy to dziwne, że mąż wciąż ogląda się za długowłosymi pannicami w butach na wysokim obcasie?

TS: Nie ma już dla mnie nadziei? Mąż mnie zdradzi, bo nie wyglądam tak jak piętnaście lat temu?

AD: Nie to mam na myśli – i nie chodzi o wiek. Można być seksualnie atrakcyjnym dla partnera w każdym wieku, o ile dba się o to, by dobrze wyglądać. Wszystko. To, o czym rozmawiamy, nie jest żadną wydumaną sytuacją. Przychodzą do mnie pacjenci, mówią, że nie ma między nimi żaru, namiętności, a potem właśnie się okazuje, że jedno z nich nie czuje już pociągu do drugiego.

I w tej sytuacji nie pomoże „zrobienie się na bóstwo”, włożenie czerwonej jedwabnej koszulki czy inne rady z poradników. Sprawa jest znacznie poważniejsza: trzeba wciąż dbać o to, by mieć ciało atrakcyjne dla małżonka, niezależnie od wieku. To jest możliwe, znam takie pary.

TS: No dobrze, załóżmy, że mój mąż jakoś o tej prawdzie zapomniał. Mam teraz powiedzieć: „Janie, schudnij, bo nie będzie seksu”?

AD: Może pani próbować dać mu do zrozumienia, że bardziej podobał się pani „kilkadziesiąt kilogramów temu”, że boi się pani o jego kondycję, bo chciałaby częściej się kochać, a on nie jest w formie. To może być dla mężczyzny silna motywacja do rozpoczęcia diety.

TS: A czy ja, skoro naprawdę kocham Jana, powinnam go pożądać, nawet jeśli przytył sześćdziesiąt kilogramów?

AD: Może pani i powinna. Ale czy naprawdę pani go pożąda? Czy też uprawia pani seks tylko dla świętego spokoju albo w ogóle nie współżyje. A przecież seksualność to sfera życia, z której można czerpać wielką przyjemność. Powtarzam: niezależnie od wieku, stażu związku.

TS: Mam wrażenie, że do tej pory z naszej rozmowy wynika, że namiętność, pożądanie to tylko ładne ciało. A Simone de Beauvoir pisała w Drugiej płci: „Erotyzm jest to poryw ku Innemu, w tym jego istota”. Da się być dla męża przez kilkadziesiąt lat ciągle zagadką?

AD: Oczywiście, o ile przez cały czas pamiętamy o tym, by się rozwijać. Partner, który ciągle czegoś się uczy, ma nowe pasje, nie nudzi się życiem, jest właśnie taką zagadką do rozwiązania, ciągle podnieca, zaciekawia.

TS: Bohaterka naszego tekstu zrobiła eksperyment. Jej mąż dużo czasu spędzał w sieci. Podszyła się pod obcą kobietę, zaczęła z nim flirtować. Prowadzili długie rozmowy na czacie. Ona twierdzi, że to był wspaniały „remont” ich małżeństwa – znów pojawiła się w nim namiętność, fascynacja. Dobry sposób na podryw?

AD: Jeśli zadziałał, widać dobry. Po co jednak wymyślać sztuczki, maskarady, manipulować partnerem? Szkoda, że pani znajoma nie włożyła tyle samo wysiłku i determinacji w... bycie z mężem. Bo tak naprawdę czego on potrzebował? Rozmowy, zapewne zachwytu w oczach kobiety, dowodów zainteresowania jego osobą. To dała mu wirtualna znajomość, ale mogła dać mu po prostu własna żona.

Dochodzimy do bardzo ważnej kwestii: seks to nie wszystko. Słusznie zauważyła pani, że nie tylko ciało się liczy. Seks jest ważny, ale nie przeceniałbym jego roli. Myślę, że najistotniejsza w udanym związku jest bliskość emocjonalna: wspólny język, dyskusje, zaufanie, troska. Bez tego nie będzie wspaniałego seksu – pani znajoma sama tego doświadczyła.

Gdy tylko zbliżyła się z mężem, odsłoniła przed nim i pozwoliła jemu się odsłonić, pożycie zaczęło kwitnąć. Bywa, że seks jest jak czubek góry lodowej: jest zły lub nie ma go wcale, bo pod spodem też dzieje się źle. I wtedy – wracając do przykładu Jana – może pani powiedzieć: „Janie, schudnij, bo nie będzie seksu”. A w odpowiedzi usłyszy: „Nie schudnę, bo i tak żadnego seksu z tobą nie chcę”.

TS: Podobno, by stworzyć szczęśliwy związek i wciąż być zakochanym po kilkudziesięciu latach, trzeba dobrać się pod trzema względami: poczucia humoru, zapotrzebowania na seks i klasy społecznej. Prawda?

AD: Zgadzam się, aczkolwiek trochę bym tę definicję uzupełnił. Zabrakło w niej, moim zdaniem, tak istotnego elementu spajającego związek, jakim jest bliskość emocjonalna, o której już mówiliśmy. Bez tejże bliskości samo poczucie humoru nie wystarczy. Natomiast jeśli chodzi o moją dziedzinę, czyli seksualność – ważne, by małżonkowie mieli podobne temperamenty, w skrócie: poziom libido, i kompatybilną ekspresję seksualności. Dobrze jest się zgadzać, jaki lubimy seks, jak często, w jakich pozycjach, jakie pieszczoty.

TS: A da się poderwać męża, który ma mniejszy poziom libido?

AD: Coraz częściej mam pacjentki, które przychodzą z takim właśnie problemem. Mówią: „Mam już dosyć żebrania o seks”. Ale nie zawsze kobieta tak to postrzega. Godzinę przed panią do gabinetu weszła para. Usiedli i on powiedział, że nie jest w stanie kontynuować małżeństwa z nimfomanką. Uważał, że niepohamowany apetyt erotyczny żony szkodzi jemu, ich dziecku, niszczy rodzinę.

Zapytałem ją, jak często chce współżyć z mężem. Zastanawiała się przez chwilę. „Gdybym miała stuprocentową pewność, że to będą regularne stosunki, wystarczyłoby mi raz na dwa tygodnie”. On z kolei uważał, że raz na dwa lata to jest dobrze. A poza tym ona ma już dziecko, więc jego zdaniem w ogóle nie powinna mieć tego typu pragnień.

Bo nie przystoi, żeby kobieta myślała o seksie. Mówimy o młodych, wykształconych ludziach, mieszkających w Warszawie, pracujących w międzynarodowych firmach na wysokich stanowiskach.

TS: I co im Pan poradził?

AD: Zleciłem badania krwi – jemu. Myślę, że cierpi na zaburzenia libido spowodowane niskim poziomem testosteronu. Ludzie często zdają się zapominać, że popęd seksualny jest warunkowany hormonalnie. Cukrzyca, zaburzenia tarczycy, ale i schorzenia wieńcowe wpływają na apetyt na seks, męską erekcję, kobiecy orgazm. Na szczęście są na to leki. Dobrze dobrane regulują libido.

TS: A są ludzie, których nie da się poderwać „na seks”? Bo po prostu go nie lubią, tak jak niektórzy nie lubią brzoskwiń?

AD: Tak. Zdarza się, zwłaszcza w przypadku kobiet, że wychowywano je w przekonaniu: ciało jest brudne, fizyczna przyjemność jest zła, mężczyźni chcą tylko jednego. Są uprzedzone do erotyki i oczywiście każdy kolejny stosunek utwierdza je w przekonaniu, że współżycie jest nieprzyjemne. Zaciskają zęby, myślą, że jakoś się ułoży albo że z czasem „jemu przejdzie”. Znałem też pacjentki, które traktowały seks zadaniowo: chciały mieć dwójkę dzieci. Kochały się z mężami, rodziło się jedno dziecko, drugie – i rezygnowały z pożycia. Bo do niczego nie było im już potrzebne.

TS: Jest na to jakaś tabletka?

AD: Teoretycznie da się podwyższyć poziom libido u każdego. Ale to trochę jak z farbowaniem włosów: odrost zawsze wyjdzie. Jeśli partnerzy są niedobrani w tym względzie, warto, by usiedli we dwoje i wspólnie szukali odpowiedzi na pytanie, na ile seksualność jest nadal istotna w ich życiu.

Na ile spaja związek, buduje, jest nam potrzebna? Dobrze o tym rozmawiać w gabinecie specjalisty, bo łatwo wdać się w przepychankę: „Ja chcę cztery razy, a ty raz, czyli ty chcesz za mało, źle”. Tymczasem nie ma czegoś takiego jak „dobry” albo „zły” temperament seksualny.

Jedni mają większe potrzeby i to jest OK. A drudzy mniejsze. I to też jest OK. Gorzej, gdy kobieta z jednej grupy dobierze się z mężczyzną z drugiej. Mamy konflikt. Jedna ze stron musi się przystosować. Albo zrezygnować.

TS: Zna Pan ludzi, którzy po prostu zrezygnowali z seksu, prób podrywania współmałżonka?

AD: Mam pacjenta, jest żonaty od dwudziestu lat. Z żoną nie współżyje od dziesięciu. Do mnie przychodzi od pięciu, w miarę regularnie. Bardzo ją kocha, nie chce się rozwieść. Za każdym razem, gdy się widzimy, pyta: „Czy jest szansa, że ona mnie zapragnie?”. Mówię: „Nie ma”. Bo gdyby cień tej szansy był, żona przyszłaby do gabinetu, mój pacjent wielokrotnie jej to proponował, ale ona odmawia. I tak już zostanie.

Spotkałem kiedyś inną kobietę – przyszła tylko na kilka wizyt. Chciała wziąć rozwód, jej życie seksualne prawie nie istniało, robiła wszystko, co mogła, żeby „poderwać”, jak pani mówi, męża – bezskutecznie. Zrezygnowała. Gdy drugi syn wyprowadził się z domu, odeszła. Powiedziała: „Mam 44 lata. Prawie połowę z nich poświęciłam na rodzinę i męża. Dosyć. Teraz chcę przeżyć prawdziwą namiętność, mieć świetny seks, a mąż nie chce i nie może mi go dać”. Ludzie nie powinni tkwić w związkach, w których nie mogą zaspokajać swoich elementarnych pragnień.

TS: A jeśli te pragnienia są bardzo różne? Mam koleżankę, która zaproponowała mężowi, żeby zrealizowali najpierw jej fantazję seksualną, potem jego. On marzył o miłości francuskiej. Popłakała się i powiedziała, że tak się nie bawi.

AD: Wymienianie się fantazjami może być ryzykowne, zwłaszcza gdy jedno z partnerów ma restrykcyjne, tradycyjne podejście do ciała i seksualności. Ale może pani znajoma była po prostu za młoda? To, na co nie zgodzi się dwudziestolatka, zaakceptuje trzydziestolatka, a z zachwytem przyjmie czterdziestolatka.

W dobrym małżeństwie ludzie rosną, rozwijają się także seksualnie. Stają się otwarci, odsłaniają swoje pragnienia. Nie muszą ich wszystkich dzielić. Kobieta może pomyśleć: to nie jest wprawdzie moje marzenie, ale czemu by nie spróbować? Zgodzi się na propozycję męża, bo – choć jej samej przedstawiona wizja nie podnieca – pobudza ją widok jego rozkoszy, wie, że dawanie komuś takiej przyjemności, spełnianie tajemnych pragnień, ogromnie zbliża.

To jest fajne, seksowne. I trochę zabezpiecza przed „kradzieżą męża” przez inną kobietę. Bo on wie, że takie rzeczy – odważne, wychodzące poza rutynę – to tylko z żoną. Jest już trwale „poderwany”.

TS: W dobrym związku, nawet jeśli coś zaczęło zgrzytać, przestaliśmy o siebie nawzajem zabiegać, można wrócić do tego, co było między nami fajne, prawda?

AD: W dobrym związku znamy mapę preferencji swoją i partnera, wiemy, co go kręci, podnieca, co on lubi. I jeśli czujemy, że przestaliśmy siebie nawzajem pragnąć, warto usiąść we dwoje któregoś wieczoru przy kieliszku wina. I zapytać: „Czy ja jestem tą dziewczyną, w której zakochałeś się piętnaście lat temu? Czego mi brakuje? Co chciałbyś, żeby się we mnie zmieniło, żebyś znów mógł spojrzeć na mnie i zakochać się, zauroczyć?”.

TS: A nie da się samemu odpowiedzieć na to pytanie?

AD: Proszę pani, jeśli mówimy o seksie, to samemu można się jedynie masturbować. Wszystko, co dotyczy pary, seksualności, namiętności, podrywania, trzeba robić we dwoje. Tylko wtedy warto.

Rozmawiała: Jagna Kaczanowska

Dr Andrzej Depko jest neurologiem, seksuologiem, prezesem Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego, autorem książek i artykułów.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Zobacz również