Jak dbać o małżeństwo?

Zakochałam się. Zaszłam w ciążę. Wyszłam za mąż. To było 25 lat temu. Przez ćwierć wieku tysiące razy obrażałam się na swojego męża. Setki razy miałam ochotę go zamordować ze złości. Co najmniej raz się bałam, że mnie zdradza. Nieustająco go kocham. Miłość może trwać całe dekady. O ile obie strony o to zabiegają. Jestem Michalina. A to fragmenty mojego dziennika.

Reklama

Razem, ale osobno

Dom, dzieci, remont, kredyt, nadgodziny. A my? Nas... chyba nie ma. Żyjemy jak zamknięci w dwóch szklanych bańkach. Nocą śpimy obok siebie i żadne nie sięgnie dłonią do drugiego.

Czerwiec 1989 roku. Mam 20 lat, studiuję filologię polską. Idę na wybory. Moje pierwsze. Ubrana odświętnie: włosy rozpuszczone, batystowa spódnica szyta z koła. Pod samą komisją nagły podmuch wiatru zarzuca mi tę spódnicę na głowę. Nie mogę się wyplątać, szarpię się czerwona ze wstydu. Ktoś do mnie podbiega i pomaga.

Blondyn. Oczy niebieskie. Przystojny. Jeszcze zanim mówi: „Mam na imię Kuba”, jestem zakochana po uszy. Sierpień 1990 roku. Bierzemy ślub – jestem w trzecim miesiącu ciąży. Rodzi się Julia, trzy lata po niej Rozalia. Po kolejnych trzech latach Jaś.

Nasze małżeństwo? Jesteśmy młodzi, kończymy studia (ja zaocznie), pochłania nas codzienność. Kuba zostaje na uczelni – jest asystentem na politechnice, przymierza się do doktoratu. Za jedną jego pensję można kupić dwadzieścia paczek pieluch. Dorabia. Ja też, nocami robię korekty książek. Dzieci rosną: przedszkola, szkoły, obozy harcerskie. Odebrać – zaprowadzić – pomóc w lekcjach – ugotować zupę – zrobić zakupy – zawiesić półkę. Biegamy oboje jak chomiki w kołowrotku. Czasem wieczorem, gdy nie jesteśmy bardzo, bardzo zmęczeni, jest seks. Cichutko, pod kołdrą, żeby tłumiła dźwięki, bo jeśli jesteśmy za głośno, budzi się Jaś – jego łóżeczko stoi w naszej sypialni. Kochamy się szybko. Bez fantazji. Ale czy ja czekuję fantazji? Oczekuję snu.

A poza tym to chyba normalne, wszyscy tak mają, prawda? Monologi waginy i Jej orgazm najpierw przeczytam dopiero po trzydziestce. Clitoris? Brzmi jak nazwa storczyka.

Rok 2000. W spadku po ojcu dostaję mieszkanie, zapisał mi je w testamencie. Niestety, mój przyrodni brat kwestionuje ostatnią wolę taty. Rozprawy. Pisma procesowe. Trwa to miesiącami, latami. „Sprawy rodzinne, nie chcę się wtrącać”, mówi Kuba, gdy proszę go o pomoc. Ach tak?! Obrażam się, czuję się opuszczona, ale nic mu nie mówię. Czekam, aż zacznie sam rozmowę, zauważy, że zrobiłam się milcząca. Nie zaczyna. Przestajemy się zwierzać jedno drugiemu, każde żyje oddzielnie jak w szklanej bańce.

Seks? Nuda. Janek od dawna ma własne łóżko, ale my śpimy z Kubą obok siebie, niewinni jak dwa aniołki.

Rok 2004. Wygrywam sprawę, dostaję mieszkanie: pięć pokoi, ponad trzy metry wysokości, dębowy parkiet. Do remontu. Bierzemy kredyt. Moja mama jest ciężko chora, nie mam głowy do wybierania kafelków, jeżdżenia po centrach handlowych, szukania specjalistów. Liczę, że Kuba zajmie się wszystkim, żebym miała święty spokój. „Wiesz, za każdym razem, kiedy jestem w Praktikerze, widzę mnóstwo par. I tylko ja jestem sam”, rzuca kiedyś Kuba po dwóch kieliszkach wina.

Puszczam to mimo uszu. Podobnie jak jego niekończące się telefoniczne dywagacje z teściową: czy kafelki włoskie, czy z Tubądzina? Któregoś dnia orientuję się, że mój mąż nie rozmawia wcale z matką. No to z kim? „A, to Ewka ode mnie z pracy, nie znasz”, macha ręką. Ewkę poznaję wkrótce na andrzejkach. Wysoka brunetka, zielone oczy, rozmiar 36. Marzenie.

Widzę, jak patrzy na mojego męża, jak się do niego uśmiecha – i wiem, że dla niej on nie jest tylko kolegą z pracy. Ale czy on to wie? Po powrocie do naszego wyremontowanego mieszkania staję przed lustrem w łazience: patrzę na swoje ciało. Po ostatniej ciąży na piersiach pojawiły się rozstępy – blizna po cesarce jest fioletowa i nierówna. Dotykam brzucha. Miękki, za dużo go.

W ogóle od ślubu przytyłam ponad dziesięć kilo. Wzdycham, wkładam nocną koszulę długą do kostek. Tej nocy Kuba wyciąga do mnie dłoń, chce dotknąć. Odwracam się do ściany. Ewa dzwoni coraz częściej. Wysyła sms-y. Nieraz tuż przed północą. Kuba odbiera, czyta, odpisuje. Czuję wściekłość. Wstydzę się powiedzieć, że jestem zazdrosna. Ale nagle zdaję sobie sprawę z tego, że coś mi się wymyka. Co? Małżeństwo. Ktoś mi ucieka. Mąż.

Dociera do mnie, że jeśli nie zadziałam, mogę go stracić. Znamy się piętnaście lat. Ile par naokoło nas się rozpadło, ilu znajomych się rozwiodło... Nie chcę tak. Zawsze było mi z Kubą dobrze, nawet jeśli sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie jak w książkach. Ja w przeciwieństwie do ich bohaterek nie czułam na co dzień uniesień, ziemia się nie trzęsła, niebo nie waliło się na głowę, kiedy uprawialiśmy seks. Był spokój. Zaufanie. Nie było problemów.

To właśnie miłość? Któregoś ranka na klatce schodowej spotykam listonosza. Biorę pocztę: rachunek za prąd, kartkę od cioci z Londynu, rachunek za komórkę Kuby. Billing... Siedzę przez godzinę i wpatruję się w kopertę. Otwieram. Biorę dwa mazaki. Na żółto zaznaczam połączenia do mnie. Na pomarańczowo do Ewy. Zostawiam mu ten rachunek na kuchennym stole. Bez słowa komentarza.

Ja: w sumie 27 minut. Ewa: 214 minut. Kuba jest mądry. Rozumie. Za miesiąc rachunek męża za komórkę jest niższy. Sam mi go pokazuje. Do niej nie dzwonił wcale. Ale do mnie też prawie nie. Rozumiem: Ewa już mi go nie odbierze. To jednak nie znaczy, że on jest znów mój. Co mogę zrobić, żeby było jak wtedy, na początku? Potrafiliśmy przegadać całą noc. Dlaczego teraz nie potrafię zacząć rozmowy? Wymyślam sposób.

Kuba godzinami surfuje w internecie. Znam jego ulubione strony. Loguję się do sieci jako „Marylka”. Zaczynam do niego pisać. Wymyślam sobie tożsamość. Marylka mieszka w Gdańsku, jest szalona, narwana, mąż uwielbia takie kobiety. Znam jego typ. Piszę – jako Marylka – że jeden znany poeta truł się z miłości do mnie. Rzeźbiarz z Pomorza zrobił moją podobiznę naturalnych rozmiarów i zatopił ją w wodach Zatoki Puckiej, zrzucając z kutra rybackiego. Żeby piękno mojego ciała przetrwało na wieki. „Jadę po bandzie”, jak mówi młodzież. I dobrze mi z tym!

Tak mnie ta zabawa wciąga, aż sama trochę się w tę Marylkę zamieniam. Bo jest flirt. I nagle, po tylu latach przerwy, czuję się znowu kobietą. Jak to przyjemnie kogoś kokietować! Zwłaszcza męża. Idę więc za ciosem. Przechodzę na dietę. Zapuszczam włosy i robię sobie blond balejaż. Zaczynam malować paznokcie. Korespondencja „Marylki” i Kuby jest niewinna, ale widzę, jak bardzo dla niego wciągająca. Niewiele trzeba, żeby zaczął się zwierzać! Opowiada o pracy na uczelni, o kłopotach z Rozalką (ach, dobrze to znam!), która często wagaruje.

I nagle jak igiełka w serce: czemu on nie mówi tego mnie? Uznaję, że czas kończyć maskaradę. Przyznaję się do wszystkiego. Śmiejemy się, ale on jest też lekko zażenowany. Pytam: „Dlaczego nie ze mną?”. Milczy. Myśli chwilę. – „Ty masz na wszystko zawsze tysiąc argumentów. Mówię ci, czego potrzebuję, a ty zaraz odpowiadasz: ale nie, bo...”. Zastanawiam się nad tym. Przypominam sobie nasz ostatni spór sprzed tygodnia. Kuba krzyknął: „I wiesz, chciałbym, żebyś osiągnięcia zawodowe mojego ojca szanowała na równi z sukcesami swojego taty”, a ja: „No ale jak na równi? Twój ojciec nie ma nawet matury...”. Kurczę, on ma rację!

Małżeństwo to nie kółko dyskusyjne. Latem jedziemy na wakacje sami, na tydzień na Kretę. Chodzimy na spacery, trzymamy się za ręce. Grecy oglądają się za mną na plaży. Kuba dumny. Kochamy się każdej nocy.

Rok 2005. Zbliża się nasza rocznica ślubu. Mam marzenie: klasyczne monidło, ja w wianku i welonie, Kuba z muchą pod brodą. Nasz ślub był ubożuchny, zdjęcia są paskudne. Chcę mieć pamiątkę do powieszenia na ścianie. Kuba się zgadza, ale ma warunek: chce, żebym wcześniej zrobiła sobie akty. To seksowne. Idę do atelier, słynnego z takich fotografii – pięknych, artystycznych. To nie jest wcale duży koszt, płacę 300 zł. Wręczam mężowi zdjęcia w eleganckiej teczce w trakcie uroczystej kolacji rocznicowej. Przy całej rodzinie!

– „Co to, Jakubku? – dopytuje teściowa słodkim głosikiem. – Nic, mamo, to takie między nami...” – plącze się mój mąż w zeznaniach. Dzieci chichoczą. Może się domyślają? No i co z tego? To chyba dobrze, że między matką i ojcem jest namiętność i fizyczna fascynacja po tylu latach. Bardzo podniecająca ta nasza tajemnica. Cały wieczór przesyłamy sobie porozumiewawcze uśmiechy. Noc cudowna!

Rok 2007. Ostatnio awansowałam w pracy. Często siedzę w biurze do późna. Od kilku miesięcy mam poczucie, że znów coś między mną a Kubą „siadło”. Ha! Po przygodach z Ewą już wiem, że natura, także małżeńska, nie znosi próżni. Co by tu wymyślić, żeby podgrzać atmosferę? „Przeczytaj Inteligencję erotyczną Esther Perel, inaczej spojrzysz na seks i związek!”, namawia mnie przyjaciółka. Im więcej bliskości, tym mniej seksu; Podgrzewanie namiętności; Erotyczne fantazje – prosta droga do rozkoszy czytam tytuły kolejnych rozdziałów.

Wpadam na pomysł. Proponuję Kubie, żebyśmy zrealizowali swoje dwie seksualne fantazje. „After you!”, rzuca kurtuazyjnie, czyli daje mi pierwszeństwo. Zrobię mu niespodziankę: urządzę harem w naszej sypialni. Będę czytała Opowieści z 1001 nocy. A potem będziemy się kochać. Nadchodzi wyczekiwany wieczór. Dzieci u dziadków. Robię atmosferę: na łóżku kładę kolorowe poduszki, na lampki nocne zarzucam purpurowe indyjskie szale, zapalam dziesiątki świec i kadzidełek. Gotowe! Miało być romantycznie, a jest... tandetnie. Czytam te bajki Szeherezady na wdechu, bo się boję, że wybuchnę śmiechem.

„Ogień!”, ryczy nagle Kuba, zrywa się, żeby ugasić płomień – poliestrowy szal indyjski zapalił się od żarówki. Ledwo udaje nam się go ugasić, w powietrzu swąd spalenizny, świece poprzewracane, wosk na pościeli. Katastrofa. Z seksu nici. Otwieramy wino. W sumie jest fajnie.

Rok 2009. Kuba znajduje nowe hobby: artystyczna renowacja mebli. Zaczęło się od komódki, którą odnowił w stylu shabby chic: stanęła w naszej sypialni. Zachwycałam się nią. I mąż na moje urodziny kupił stare lustro i sam je odrestaurował. Godzinami może rozprawiać o bejcach, patynach, wosku. Wcześniej nigdy mnie to nie interesowało. Ale Kuba ma wtedy taki błysk w oku… Cholernie jest seksowny. Mam poczucie, że nie znałam go od tej strony, dowiaduję się nowych rzeczy.

„Naprawdę? Naprawdę?”, reaguję prawdziwym zdumieniem i szeroko otwartymi oczami na kolejne opowieści: o tym, że drewno brzozowe pachnie wilgocią i lasem, a wiśniowe owocami. Zauważam, że ten mój zachwyt działa na Kubę. Kręci go.

Rok 2010. Mamy już szafę, stół i zegar z kukułką. Dzieła mojego męża. Zaczął prowadzić blog o renowacji mebli, całkiem popularny. Siedzi z nosem w komputerze całymi wieczorami i odciągnąć go nie można. Nudzę się. Przypomina mi się Marylka. Znów wchodzę do sieci, tym razem jako „Ilona”, aktorka amatorskiego teatru z Torunia. Kupuję sobie nawet przewodnik po Toruniu, w wakacje jadę tam na dwudniową wycieczkę i wysyłam Kubie pocztówkę. Niemrawo mi idzie. Zdaje się, że mój mąż jest trwale zabezpieczony przed wirtualnym podrywem: a bo to wiadomo, pod którym nickiem czai się żona?

Rok 2012. Całe życie marzyłam, żeby Kuba jeździł ze mną po świecie. Ja tak kocham podróże! Niestety, mąż jest domatorem do sześcianu. Gdziekolwiek nie pojedzie, wciąż narzeka i mówi, że „w Polsce mamy lepsze”. Patriota. Ponad dwadzieścia lat zajęło mi odkrycie, że przecież… mogę jeździć sama! Mówię mu o tym. Mruczy coś – znaczy akceptuje.

Zaczynam polować na tanie bilety do Paryża na Fru.pl. „Kup dwa”, rzuca Kuba. W Paryżu jest bosko. Mąż w ogóle nie marudzi. Planujemy Budapeszt na kolejny rok.

Rok 2013. Zaczynam studia podyplomowe – zaoczną filozofię w Krakowie. Kuba odbiera mnie w niedziele z dworca. Z zapałem opowiadam, czego się dowiedziałam. Znów mamy temat do dyskusji. Któregoś poranka przy śniadaniu on mówi: „Wiesz, czemu cię puszczam do Krakowa? Bo jak bardzo zatęsknię, mam twoje zdjęcia. Te rocznicowe”. Rumienię się. Miło wiedzieć, że wciąż mu się podobam.

Rok 2014. Odwiedziliśmy Budapeszt, Lizbonę. Od zeszłego roku chodzi mi po głowie zwariowany pomysł. Wynajduję numer telefonu do atelier, w którym robiłam akty, prawie dziesięć lat temu. Umawiam się. Trochę się boję efektu. Ale jestem mile zaskoczona. Albo nieźle się trzymam, albo znacznie przychylniej oceniam własne ciało.

Podobam się sobie. Pozuję chętnie, śmiało. Zdjęcia niosę przyjaciółce graficzce. Proszę, żeby zamieniła je w komputerze na puzzle. Tak, żeby można było każdy element wysłać w oddzielnej wiadomości mailowej. I znów wchodzę do sieci. Znajduję w wirtualu Kubę.

Jako „Salomea” wysyłam mu jeden fragment układanki. Kawałek uda. Za dwa dni pępek. Są czarno- białe, lekko nieostre. Sama bym siebie nie rozpoznała. A Kuba? Poznaje? Nie wiem. Przez dwa tygodnie trwa gra. „Czemu nigdy nie malujesz paznokci?”, pyta kiedyś mąż. Tego samego dnia dostał kolejnego puzzla od Salomei – fragment brodawki sutkowej i paznokcia pokrytego ciemnym lakierem.

„No jak, maluję, w zeszłym tygodniu miałam pomalowane...”, odpowiadam lekko skonsternowana. „Tak? Nie pamiętam”, on się uśmiecha, a mnie krew zalewa. Nie poznał! Świnia! W niedzielny poranek siedzimy przy kawie i patrzymy przez okna w jadalni na Warszawę w deszczu. Nagle Kuba wybucha śmiechem. „Pokażę ci coś!”, mówi i ciągnie mnie za rękę do gabinetu. Włącza komputer, grzebie w ustawieniach. – „Wiesz, co to? – pyta. Jakieś cyferki. Nie wiem, nie znam, nie widziałam. – To jest twój numer IP. Przydzielony do tego jednego, jedynego na świecie komputera. Można po nim rozpoznać nadawcę maila – tłumaczy.

– Ty draniu! A ja myślałam, że mnie nie poznałeś! – krzyczę. – Ciebie może nie. Ale twój numer IP od razu!”. Tej nocy kochamy się jak szaleni. On całuje mnie po kolei we wszystkie „puzzle”. W takiej kolejności, w jakiej wysyłałam zdjęcia. Zbliża się nasza dwudziesta czwarta rocznica ślubu. Mamy plany: ulubiona restauracja, stolik ten sam co zawsze, dobra kolacja. W przeddzień idziemy do przyjaciółki na oblewanie nowego mieszkania.

Przyjaciółka nie może znaleźć kieliszków. Wypakowuje więc kubki i do nich rozlewa wódkę. Są znajomi, rozmawiamy. Gdy po dwóch godzinach patrzę na Kubę, orientuję się, że jest kompletnie pijany. Chyba źle ocenił ilość alkoholu przez te kubki! Z trudem holuję go do domu. Zatacza się, bełkoce coś o sensie życia. Chce mnie całować. Boże, jaka jestem wściekła! Gdyby ktoś mi w tym momencie dał do podpisania papiery rozwodowe, nie wahałabym się ani chwili.

Odpycham jego ramię, Kuba traci równowagę, upada. Jacyś ludzie nas mijają, oglądają się z przestrachem. „Tak! Tatusiowi w mordę! Tatusiowi nie! A tatuś też ma swoje potrzeby!”, drze się Kuba na całą dzielnicę. „Cicho bądź, bo ci przywalę!”, cedzę przez zęby, pomagając mu wstać. On znów rzuca się do całowania. Najchętniej spełniłabym groźby, ale kątem oka dostrzegam patrol w policyjnym samochodzie. Zatrzymują się przy nas. I całuję się z tym pijanym kretynem, od którego śmierdzi jak z najgorszej gorzelni. Z moim mężem. Bo co, na dołek mają go zabrać? Przecież go kocham, tego starego osła...

Ech, życie, życie. Następnego dnia nasza rocznica ślubu. Kuba śpi cały dzień i łyka tabletki od bólu głowy. Jest nieszczęśliwy i pełen poczucia winy. Do restauracji nie idziemy. Za to w weekend domówka u przyjaciół. Dalej trochę boczę się na męża o te pijackie wybryki. Słuchamy starych płyt na gramofonie: Mieczysława Fogga, jazzu z lat 20. Znajomy prosi mnie do tańca. Uwielbiam tańczyć! Ale nie mam kiedy i z kim, Kuba tego nie cierpi. Próbuję prowadzić, depcę partnerowi po palcach. Ze łzami w oczach wpadam do pokoju, w którym siedzi Kuba zatopiony w rozmowie, i krzyczę: „Widzisz, to przez ciebie! Przez ciebie podeptałam Adama, bo nigdy ze mną nie tańczysz, a ja tak kocham tańczyć! Zepsułeś naszą rocznicę! I w ogóle się nie starasz, a ja ciągle wymyślam jakieś Marylki, puzzle i wychodzę ze skóry, żeby cię poderwać, a ty nic!”.

Wybiegam zapłakana do salonu. Za pięć minut wchodzi wolnym krokiem mój mąż. W zębach róża! Marynarkę ciska w kąt. Podchodzi do mnie, mocno chwyta mnie pod ramię. „Tango, maestro!”, woła do kolegi przy gramofonie. I tańczymy. Tak tańczymy, że po chwili jesteśmy sami na parkiecie, wszyscy naokoło wiwatują i klaszczą. Warto było czekać ćwierć wieku na takie tango. To prawda, że trzeba do niego dwojga. Jak dobrze, że oboje to rozumiemy.

Spisała Jagna Kaczanowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Zakochałam się w koledze z pracy. Nie zamierzam rozbijać jego rodziny, ale on twierdzi, że nigdy nie był szczęśliwy w małżeństwie. Zapewnia, że od dawna nic go z żoną nie łączy i kocha tylko mnie.... więcej