Co mówią o tobie ulubione seriale?

Jesteś fanką „Dr. House’a”, natomiast twoja sąsiadka nie może oderwać się od „Gry o tron”. Kochasz wszystkie sezony „Seksu w wielkim mieście”, choć twoja przyjaciółka tego nie rozumie. Seriale to lustro, w którym przeglądają się nasze lęki, tęsknoty i pragnienia. Sprawdź, o czym świadczy twój wybór. Tekst: Renata Bożek

Zdjęcie

/Arch./Wawa
/Arch./Wawa

Kiedyś seriale były uważane za rozrywkę drugiej kategorii. Dzisiaj ekscytują się nimi wszyscy: od profesorów uniwersytetów po gimnazjalistów. Wybór tytułów jest ogromny, ale nie myśl, że dokonujesz go przypadkowo. Dowiedz się, co tak naprawdę może pociągać cię w ulubionym serialu i czego możesz się z niego nauczyć.

Reklama

Dr House

„Niektórzy lekarze mają kompleks Mesjasza – chcą zbawiać świat. On ma kompleks Rubika – musi rozwiązać zagadkę” – tak tytułowego bohatera opisuje jego przyjaciel. Wspomniany doktor, arogancki i sarkastyczny geniusz, zajmuje się tylko tajemniczymi przypadkami, których nie zdołali zdiagnozować jego koledzy po fachu.

Dlatego ten serial przypomina raczej trzymający w napięciu thriller niż historię o szlachetnym doktorze. Medyczne śledztwa pasjonują ludzi, którzy lubią myśleć niekonwencjonalnie i chodzić własnymi drogami. Wierzą w siłę umysłu i logiczne rozwiązanie tego, co na pozór niewytłumaczalne.

Gdy House mówi: „Podobno nie można żyć bez miłości. Ja osobiście uważam, że tlen jest ważniejszy”, śmieją się ze zrozumieniem. Co nie znaczy, że świat emocji i wzruszeń jest im obcy. Bynajmniej! Ten serial chętnie oglądają osobowości typu T, czyli lubiące ryzyko, szukające dreszczu podniecenia.

Zagadki fascynują także te z nas, które skarżą się na monotonię i przewidywalność w codziennym życiu. Potrzebę mocnych wrażeń zaspokajają, obserwując wyścig z czasem na oddziale diagnostycznym szpitala w Princeton.

Czego można nauczyć się od dr. House’a? Odwagi wyrażania niepopularnych przekonań i przełamywania schematów. Tego, że warto walczyć do końca, bo w życiu jak w filmie zdarzają się nieoczekiwane zwroty. House udowadnia, że opłaca się unikać stereotypowego myślenia i bronić swoich racji. I że poczucie humoru pomaga zwalczyć stres.

Seks w wielkim mieście

Sercowe perypetie czterech niezależnych i świetnie ubranych singielek z Manhattanu przyciągają nowoczesne i wykształcone kobiety. To bajka o współczesnych księżniczkach, których nie dotykają zwolnienia, debety na koncie i samotne wieczory.

Choć są wyzwolone i bezpruderyjne, nie zawsze mają pewność, dokąd zaprowadzi je ich tryb życia. Na szczęście ich przygody zawsze kończą się dobrze: kariera rozkwita, ukochany się oświadcza, na świecie pojawiają się upragnione dzieci. Fanka tego serialu ma wyrafinowany gust.

Odrzuca tradycyjne kobiece role, a od życia bierze to, co chce, nie oglądając się na konwenanse. Bardzo ceni sobie przyjacielskie relacje z koleżankami i umie je pielęgnować. Co jednak ukrywa, często nawet przed sobą? Niekiedy doskwiera jej brak poczucia bezpieczeństwa, obawa przed bliskością. Jest wrażliwa i ma rzycielska. Chętnie ucieka w ekranowy świat przyjęć, szykownych ubrań i romansów z mężczyznami „z wyższej półki”. Bo oglądając ten serial, może na godzinę zapomnieć o szarej rzeczywistości.

Czego można nauczyć się od „Seksu w wielkim mieście”? Że czasem dobrze jest zrewidować swe oczekiwania wobec życia i mężczyzn. Bo wieczne poszukiwania ideału mogą maskować strach przed nawiązaniem głębokiej relacji i ujawnieniem swoich słabości. Nie warto tracić energii na porównywanie się z innymi i przywiązywać nadmiernej wagi do wizerunku. Dopasowywanie się do oczekiwań otoczenia i zagłuszanie własnych pragnień z reguły kończą się frustracją.

House of Cards

Historia kongresmena Franka Underwooda, robiącego karierę po trupach, odsłania nie tylko kulisy polityki, ale i naturę mrocznych pragnień. Każdy z nas odczuwa przecież chęć zakosztowania władzy. Podobnie jak pokusę odpłacenia pięknym za nadobne ludziom, którzy nas skrzywdzili.

Oburzając się na manipulacje głównego bohatera, w głębi duszy czujemy satysfakcję, że obnaża zakłamanie i oszustwa. Uwielbienie dla sprytnego polityka może wskazywać czasem na kłopoty z realizacją zamierzeń i na zbytnią uległość wobec szefa lub bliskich. Zazdrościmy Underwoodowi zimnej krwi, ponieważ sami zbyt często dajemy się ponieść emocjom tam, gdzie bardziej przydałby się chłodny dystans.

Wielbiciel „House of Cards” bywa rozgoryczony tym, że w dzisiejszych czasach trudno coś osiągnąć uczciwością i ciężką pracą. Ten serial pokazuje jeszcze coś, o co w prawdziwym życiu niełatwo – model dobrego związku. Frank i jego żona Claire stoją za sobą murem, razem tworzą drużynę nie do pokonania. Są wobec siebie lojalni i pomimo skoków w bok razem wytrwale dążą do celu.

Czego można nauczyć się od „House of Cards”? Opanowania oraz planowania. Tego, że sukces zależy od sposobu, w jaki potrafimy radzić sobie z gniewem i bólem, które są udziałem każdego bez wyjątku. Underwood z trudnych doświadczeń wyciąga wnioski na przyszłość, nie pozwalając, by go osłabiły lub wytrąciły z równowagi.

Wie, że niezwykle istotny jest także dobór partnerów: zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym. Bo z dobrą drużyną nawet Biały Dom jest do zdobycia.

Gra o tron

Opowieść, w której siedem rodów z krainy przypominającej średniowieczną Europę walczy o władzę, należy do najpopularniejszych produkcji ostatnich lat. Oprócz znanych z dzieciństwa mitów i baśniowych symboli, jest w niej mądrość i prawda. Serial nie ulega schematom, w których bohaterowie ze wszystkiego wychodzą zwycięsko. Śmierć i niesprawiedliwość dotykają tych, do których zdążyliśmy się przywiązać.

Upodobanie do „Gry o tron” świadczy, że cenimy sobie takie wartości jak honor i od waga, pomimo że wierność ideałom nie jest tu nagradzana. Wojna o żelazny tron staje się projekcją tego, co dzieje się w psychice widza. Jest odbiciem wewnętrznej walki – konfliktu dobrych skłonności z destrukcyjnymi impulsami.

Śledzenie skompliko wanych powiązań między postaciami wy maga wyobraźni, ot wartego umysłu. Autor książek, na podstawie których oparto scenariusz, George R.R. Martin, skonstruował miniwszechświat rządzący się swoimi prawami. Ukazały się książki kucharskie z daniami z Westeros i cytatami bohaterów.

Czego można nauczyć się od „Gry o tron”? Hartu ducha w obliczu trudności. Tego, że dobrze postępować właściwie dla własnej satysfakcji, niekoniecznie dla interesu. Bo sens życiu nadaje szczytna idea, nie pogoń za pieniędzmi i wygodą. Nie należy się zniechęcać brakiem wrodzonych predyspozycji. Odpowiednia ilość ćwiczeń, czas i wiara w sukces nawet z ofiary losu uczynią wojownika.

Ranczo

Amerykanka polskiego pochodzenia, rozczarowana swoim małżeństwem oraz pracą w Nowym Jorku stawia wszystko na jedną kartę: porzuca Stany i przeprowadza się na polską prowincję. Nie tak zupełnie w ciemno, bo właśnie odzyskała po babci dworek w Wilkowyjach.

Jako osoba dynamiczna i nowoczesna wnosi powiew wielkiego świata na poczciwą, ale ciut zacofaną wieś. Przygody Lucy śledzi przed telewizorami ogromna i różnorodna widownia: lekarki, nauczycielki, niepracujące mamy.

Co przyciąga je do serialu? Tęsknota za spokojnym życiem blisko natury, wśród przyjaznych i dobrodusznych ludzi. Choć Wilkowyje leżą z dala od wielkich miast, ich mieszkańcy nieźle odnajdują się w rzeczywistości. Na oczach widzów zmieniają się na lepsze: kształcą się i awansują. Wieś się cywilizuje, powstają nowe drogi i ładniejsze domy, jeździ się lepszymi samochodami.

Problemy znajdują tutaj szybkie rozwiązania: feministka dogaduje się z księdzem, nowoczesność z tradycją, młody ze starym. Wystarczy wierzyć, że każdy jest kowalem własnego losu i wziąć sprawy we własne ręce.

Na przekór tego w życiu wielbicielki „Rancza” nie wszystko układa się po jej myśli. Bo w swej serdeczności i ufności zbyt mocno wierzy w siłę pozytywnego myślenia oraz dobroć innych. Trudno jej prosić o pomoc. Często ma nieuzasadnione niskie mniemanie o sobie i daje sobie wmówić prawdy głoszone przez autorytety.

W przywiązaniu do „Rancza” widać tęsknotę za czasami, kiedy życie rządziło się jasnymi prawami, a świat był bezpieczny. Liczną widownię tej produkcji stanowią osoby, które cenią przede wszystkim tradycję i wartości rodzinne.

Czego można nauczyć się od „Rancza”? Tego, że bardziej liczy się realistyczna ocena sytuacji i swoich umiejętności oraz konkretne działanie, a mniej fantazjowanie o idealnym życiu. Serial po kazuje, jak budować lokalną wspólnotę złożoną z ludzi o różnych przekonaniach, ale zjednoczonych przez wspólny cel. Przekonuje także, że tolerancja oraz pogoda ducha bardzo przydają się w rozwiązywaniu wszelkich, nawet trudnych konfliktów.

Opinia eksperta: Katarzyna Kucewicz psychoterapeutka, L’atelier des psychologues Kucewicz & Piotrowicz

Coraz częściej serialowi bohaterowie zastępują nam bliskich, a weekend przed telewizorem spotkania z przyjaciółmi...

Katarzyna Kucewicz: Producenci dokładają wszelkich starań, żeby przykuć nas do telewizora. Tu nie chodzi już tylko o dobrze skonstruowany scenariusz i gwiazdorską obsadę. Seriale są specjalnie montowane. Akcja wciąż przenosi się do innych pomieszczeń, „przeskakuje” do różnych bohaterów. Wszystko po to, by utrzymać ciągłe napięcie.

Stosuje się różne triki, np. gdy w „House of Cards” Frank Underwood zwraca się bezpośrednio do widzów. Tak nawiązuje z nimi intymną więź.

O.: Czy musimy się obawiać, że zarywamy noc, bo nie możemy się oderwać od kolejnych odcinków?

K.K.: Niekoniecznie. Zwłaszcza że teraz producenci wypuszczają od razu całą serię na DVD, więc trudno oprzeć się takiej pokusie. Zjawisko „binge watching”, czyli oglądanie odcinków jeden po drugim, może być jednak niepokojącym objawem.

Żeby sprawdzić, czy zaburza nam ono funkcjonowanie, radzę policzyć, ile czasu w tygodniu przeznaczamy na telewizję, sport, naukę. Bowiem przesadne zafiksowanie się na jednej aktywności sprawi, że zaniedbamy pozostałe i zaczniemy odczuwać dyskomfort i uczucie przesytu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Olivia

Zobacz również

  • Już w przedszkolu wkraczamy na arenę walki o władzę. Wszędzie spotykamy potencjalnych sojuszników, osoby neutralne i wrogów. Aby w tej grze przeforsować własne interesy, musimy nauczyć się reguł... więcej