Ciało może odmawiać posłuszeństwa, ale duch wciąż jest młody

Metryki nie da się oszukać – w końcu to z mężem zrozumieliśmy. Już nie udajemy, że wciąż możemy przenosić góry

Sobotni poranek był pogodny, ale wyjątkowo chłodny jak na październik. Paweł z niepokojem spojrzał na zaokienny termometr. Na ten dzień zaplanował wycięcie starej gruszy w ogrodzie, która przestała owocować i nadawała się już tylko na drewno do kominka. Odradzałam mu tę pracę, ale jak zwykle mruknął tylko:

Reklama

– Dam radę! Mój mąż dawno przekroczył sześćdziesiątkę, miał nadwagę, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Mimo to nie oszczędzał się w pracy. Antek, nasz zięć, nieraz proponował mu pomoc czy w ogrodzie, czy przy naprawie dachu, ale Paweł konsekwentnie odmawiał. – Jeszcze nie jestem taki stary – zapewniał honorowo. Ja też, w ślad za nim, udawałam niezniszczalną. Na pytania córki i zięcia o samopoczucie, zawsze zgodnie odpowiadaliśmy, że wszystko w porządku. Właściwie sama nie wiem, dlaczego tak robiliśmy.

Chyba po prostu nie chcieliśmy narzekać. Wydawało nam się to oznaką słabości, a któż lubi być odbierany jako słaby i, co tu kryć, stary? Tak, starzeliśmy się, ale za nic w świecie nie chcieliśmy się do tego przyznać. Tamtego sobotniego ranka wpadła do nas zaprzyjaźniona sąsiadka. Widząc, jak Paweł boryka się z obcinaniem konarów starego drzewa, nie omieszkała mu wytknąć nieroztropności. – Nie szkoda ci zdrowia? – rugała go. – Od czego masz młodych!

Nie mogą ci pomóc?

Paweł nic nie odpowiedział. Mnie też się dostało po tym, jak z trudem wyprostowałam plecy, by się z nią przywitać. – Wykopywałam kłącza kanny. Przed zimą muszą znaleźć się w piwnicy – tłumaczyłam. – Żebyś ty się nie znalazła na ortopedii – parsknęła Krystyna.

– Nie przesadzaj. Świetnie się czuję. Jeszcze tylko zabezpieczę róże i koniec na dziś. Krystyna przez chwilę przyglądała mi się z niedowierzaniem, kręcąc głową na znak dezaprobaty. Widziałam, że nie dała się oszukać. Trudno się dziwić, wszak znała mnie od dobrych czterdziestu lat. Ciekawe, że przed córką i zięciem potrafiłam ukryć zmęczenie. Kiedy pojawiali się na horyzoncie, prostowałam plecy i przywoływałam uśmiech zadowolenia z życia. Często fałszywy...

– Jesteście jak dzieci – westchnęła Krystyna.

– Wmawiacie Marcie i Antkowi, że dobrze się czujecie, więc w to wierzą. Myślą, że mimo wieku, wciąż jesteście w pełni sił. Pora, by wreszcie się dowiedzieli, że tak nie jest. A ty – zwróciła się do Pawła, którego twarz, na skutek wysiłku, była czerwona niczym mocno dojrzały pomidor, lepiej zostaw to drzewo, zanim dostaniesz zawału.

Paweł rzadko się poddawał, ale tamtego dnia chyba rzeczywiście nie czuł się najlepiej, a może po prostu nie chciał dyskutować z Krystyną, bo rzuciwszy:

– Skończę po obiedzie – odłożył piłę i wrócił do domu. Kilka godzin później – akurat odpoczywaliśmy na kanapie, popijając poobiednią herbatę – na podjeździe zatrzymał się samochód. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam trzech nieznajomych mężczyzn. – Zapraszałeś kogoś? – spytałam męża, a gdy zaprzeczył, w pośpiechu zaczęłam się ubierać, żeby wyjść na zewnątrz.

W progu niemal zderzyłam się z Antkiem. Zdziwiłam się, bo młodzi, choć mieszkali ledwo parę przecznic od nas, raczej nie przychodzili bez uprzedzenia.

Coś się stało?

– Wszystko w najlepszym porządku – odparł. – Wpadłem z kolegami pomóc przy tej nieszczęsnej gruszy. Słyszałem, że tata miał z nią problem... Do wieczora drzewo było ścięte, teren sprzątnięty, a polana równo poukładane w drewutni. – Chyba pora przestać udawać, że wciąż jeszcze na wszystko nas stać – westchnął mąż, kiedy nieoczekiwani pomocnicy odjechali. – I zacząć szanować swoje zdrowie – dodałam.

– Oj tak – westchnął, zerkając na regał, gdzie schowałam jego ulubioną chałwę. Powiedział jeszcze, że co prawda nie przepada za Krystyną, która zawsze wściubia nos w nie swoje sprawy, ale winien jest jej bukiet kwiatów. – Oddała nam wielką przysługę – przyznałam. A potem, zerkając w lustro, dodałam: – Nie warto udawać młodych, skoro już młodzi nie jesteśmy.

– Jesteśmy! Duchem! A że ciało nie zawsze może nadążyć... – To jego problem – wybuchłam śmiechem. Od czasu, gdy przestaliśmy z Pawłem udawać młodzieniaszków, żyje nam się dużo łatwiej. Robimy to, na co mamy siłę, resztę zostawiamy młodym. A kiedy coś nas boli, głośno o tym mówimy. Powiem więcej: narzekamy. W naszym wieku mamy już do tego prawo.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Życie na gorąco

Zobacz również

  • Upływ czasu jest często dużym problemem, szczególnie dla kobiet. Może nawet powodować niebezpieczną dla zdrowia fizycznego i psychicznego gonitwę do urodowej doskonałości. U pań dochodzą do tego... więcej