Było mi wstyd, że synek tak się zachowuje

Miałam nadzieję, że mamie uda się zachęcić Antosia do jedzenia. Nie zawiodłam się. Uparciuch... polubił gotowanie

Mój syn jadł wyłącznie grzanki z serem i zupę pomidorową. Każda inna potrawa była niedobra. Pediatra, u którego szukałam pomocy, uspokajał mnie, mówiąc, że mały z tego wyrośnie. Ale lata mijały, a Antoś wciąż był niejadkiem, tylko, że teraz zamiast „be”, mówił hardo: „Nie będę tego jeść!”.

Reklama

Na początku września zadzwoniła moja mama. Widujemy się rzadko, bo mama od kilku lat mieszka w Niemczech, gdzie u boku nowego partnera przeżywa drugą młodość.

– Wybieramy się z Markiem do Polski – oświadczyła. – Możemy się u was zatrzymać? – No pewnie! Antoś się ucieszy! Zresztą ja też już się za tobą, mamusiu, stęskniłam. – Moja mała dziewczynka – mama, wyraźnie się wzruszyła. – Ja też tęsknię... To co, wyjedziecie po nas na lotnisko?

Tydzień później Romek zapakował Antosia do samochodu i ruszyli na lotnisko. Ja tymczasem postanowiłam uszykować coś pysznego. Gdy usłyszałam, że podjeżdżają, kaczka już dochodziła w piekarniku. Pierwszy do domu wpadł Antoś – jak tajfun zaczął biegać dookoła stołu i krzyczeć, że babcia przyjechała, że jest dziadek Marek, że przywieźli mu wieeeelką ciężarówkę, do której cały się zmieści i jeszcze starczy miejsca na misia. Uspokoiłam urwisa i wysłałam do łazienki, by umył ręce.

Dopiero wtedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich moja mama, a za nią Marek i Romek

Panowie oczywiście rozprawiali o ostatnim meczu Borussi. Obaj są zapalonymi kibicami. Przywitałam się z gośćmi i zaprosiłam ich do stołu. – Jak wam minęła podróż? – Całkiem szybko, całkiem wygodnie, nawet... – zaczęła mama.

– Antoś, czemu ty nic nie jesz? – zapytała wnuka. – Bo to niedobre. Chcę grzankę z serem – mruknął mały. Spojrzałam na syna karcąco. – Jedz, nie marudź. W ogóle się nie przejął. – Ja chcę grzankę! Ja-chcę-grzankę! – skandował.

No to pięknie! Aż mi się gorąco ze wstydu zrobiło. – Basiu, on tak zawsze? – domyśliła się mama. – Nooo... – westchnęłam. – Już mi ręce opadają. – Rozumiem – mama pokiwała głową.

Przez chwilę milczała, po czym uśmiechnęła się i oznajmiła: – Zatem plan na jutro jest taki: ty, Basiu, pójdziesz z Romkiem i Markiem do miasta. A ja zostanę z moim ukochanym wnukiem. Trochę się porządzimy w kuchni! Chciałam zaprotestować, ale mama ucięła rozmowę: – Bez dyskusji.

Nazajutrz, zgodnie z planem, wyszliśmy we troje na miasto, a babcia została z Antosiem. Przyznam szczerze, nie bardzo wierzyłam w powodzenie jej misji. Z drugiej strony miałam nadzieję, że znała jakieś tajemne sposoby, które sprawią, że moje uparte dziecko zacznie jeść.

Oby tylko nie zaczęła go podkarmiać słodyczami. Jeszcze tego brakowało... Pokazywałam Markowi miasto, a równocześnie zachodziłam w głowę, co takiego wymyśliła mama.

Gdy wróciliśmy do domu, przywitał nas zapach rosołu i kotletów z kurczaka. Mój syn właśnie kończył układać sztućce. Nie wierzyłam własnym oczom! Mama skróciła mu jeden z moich fartuchów, ramiączka pospinała agrafkami.

– Zapraszam do stołu – powiedział Antoś i odsunął jedno z krzeseł. Potem spojrzał na nas krytycznie, zmarszczył brwi i zarządził: – Najpierw trzeba umyć ręce! Tłumiąc śmiech, pomaszerowaliśmy posłusznie do łazienki.

Nie wypadało się naśmiewać z małego kuchcika, wyraźnie przejętego swoją rolą. Siedliśmy do stołu. Maminy rosół był przepyszny, jak zawsze. Tak pyszny, że… Antoś wcinał, aż mu się uszy trzęsły. Podobnie drugie danie. Zjadł wszystko, łącznie z surówką, której wcześniej nie brał do ust!

Po obiedzie panowie wybrali się na plac zabaw, a ja zostałam z mamą w domu

– Jak to zrobiłaś? – spytałam. – Po prostu mu pozwoliłam... – Pozwoliłaś? Na co? – Na samodzielność. Nie chciałabym się wtrącać w twoje metody, ale Antoś ma już sześć lat, a ty ciągle traktujesz go jak dzidziusia. Brakuje, żebyś go jeszcze karmiła łyżeczką.

Poszliśmy razem na zakupy, mówiłam mu, co ma włożyć do koszyka, potem sam zapłacił w kasie. Jak wróciliśmy, obrałam marchewkę, a on ją pokroił.

– Co?! – Uspokój się, nie stracił żadnego palca – roześmiała się. – Powtarzam ci, to już duży chłopak. Jak kroił tę marchewkę, to zjadł połowę. Potem sypał do zupy przyprawy, sam rozklepał kotlety, umył ziemniaki. No i zjadł bez protestów, to, co sam gotował. – No nie wierzę! – To lepiej uwierz. I po prostu pozwól mu dorastać. Jak ja, skarbie, pozwoliłam tobie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Życie na gorąco

Zobacz również

  • Zostajesz w pracy po godzinach kosztem chwil dla siebie i rodziny? Oto proste sposoby, które pozwolą ci to zmienić i zaoszczędzić cenne minuty. więcej