Borderline: Jak leczyć

Normalna dziewczyna, dzieciństwo bez dramatów. Potem kochający mężczyzna, dobra praca, znajomi. A jednak Dorota wciąż myślała: „coś ze mną nie tak”. Bo wpadała w smutek, złościła się, bała się przyszłości. Bo czasem płakała bez powodu albo wpadała w euforię. W końcu postanowiła, że z „problemami” upora się na terapii. Dokąd ją to zaprowadziło? „Tak, byłam psychochondryczką”, mówi dziś i opisuje swój stan jako koncentrację na emocjach i wynajdywaniu kolejnych symptomów zaburzeń. Wyszła z tego, choć zapłaciła wysoką cenę. Jaką?

Zdjęcie

Borderline to rodzaj zaburzeń osobowości /123/RF PICSEL
Borderline to rodzaj zaburzeń osobowości
/123/RF PICSEL

Dorota, 33 lata: Kiedyś czułam się jak: bohater filmu Woody’ego Allena, który twierdził, że ludzi spotykają wyłącznie tragedie i nieszczęścia. „Tragedie to choroby śmiertelne, kalectwo i ślepota. Cała reszta to nieszczęścia”.

Uważałam podobnie. Każdy związek, nowa praca były pretekstem do nerwów, analiz i zamawiania dodatkowych wizyt u terapeuty. „Jaki deficyt kieruje mną tym razem?”, zastanawiałam się bez względu na to, czy spotkało mnie coś dobrego, czy też zaczęło się chrzanić. Podejrzewałam u siebie: borderline – osobowość z pogranicza nerwicy i psychozy, a nawet syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików), choć w mojej rodzinie nikt nie pił.

Reklama

W przekonaniu, że jestem chora, utwierdzał mnie: internet. Fora, opisy zachowań, skala depresji Becka oraz kwestionariusz SCL-90 mierzący nasilenie objawów psychopatologicznych. To z ich pomocą nieustannie wynajdywałam u siebie symptomy świadczące, że jestem zaburzona. Jak to się zaczęło?

Psychiczna niestabilność

Psychiczna niestabilność zawsze wydawała mi się atrakcyjna. Pamiętam taki obrazek: w liceum z przyjaciółką siedziałyśmy przed blokiem i rozmawiałyśmy o tym, że fajnie byłoby mieć anoreksję. Byłybyśmy wyjątkowe! Co jeszcze pamiętam z tego czasu? Jako nastolatka pisałam wiersze i fascynowałam się biografią Susanny Kaysen, autorki powieści Przerwana lekcja muzyki, u której zdiagnozowano osobowość borderline.

Zaczytywałam się wierszami Roberta Lowella i Sylvii Plath, a zdania w stylu: „nie jestem przy zdrowych zmysłach”, wydawały mi się niezwykłe. Tak jak niezwykli byli ludzie, którzy mnie otaczali. Ojciec, peerelowski dygnitarz, po ’89 roku nawrócił się na katolicyzm i Święta Rodzina zaczęła interesować go bardziej od naszej. Domowy gabinet przerobił na kapliczkę i przesiadywał tam wieczorami, tworząc witraże z podobiznami świętych. Mama, nauczycielka, była lękliwa i neurotyczna.

Niepowodzenia odreagowywała kilkudniowym wyłączeniem się z życia, podczas którego zamykała się w pokoju i wstawała tylko do toalety. Młodszym, słabo uczącym się bratem zajmowałam się wtedy ja. I pocieszałam mamę: „dźwigniesz się z tego, zobaczysz”. Byłam normalna, więc nikt się mną nie przejmował. Chciałam studiować reżyserię, ale ostatecznie wybrałam prawo. Żeby mieć stabilny zawód. Na studiach szło mi nieźle, w życiu również. Do momentu, gdy wyprowadziłam się z domu i uwolniłam od odpowiedzialności za wszystkich. Wtedy całą uwagę skierowałam na siebie. I zaczęłam wsłuchiwać się we własne nastroje, tak jak kiedyś w nastroje mamy.

Borderline w Internecie

„Nie wiem nawet, kim jestem”, powiedziałam terapeutce, gdy pierwszy raz jako 25-latka umówiłam się na wizytę. Odpowiedziała: „To nic dziwnego w twoim wieku”. Po godzinnej rozmowie orzekła, że nic mi nie jest, a lęki nie są niczym nadzwyczajnym.

Wstałam z fotela wściekła: „I za to płacę pani 200 zł?!”. „Potraktowała mnie z pobłażaniem, jak to możliwe? Wybrałam ją, bo jest znana, a okazało się, że jest niedouczona!”, opowiadałam koleżance. Nie kontynuowałam u niej terapii, ale wciąż wydawało mi się, że coś ze mną nie tak. Kupowałam magazyny psychologiczne, z których się dowiadywałam, że człowiek szczęśliwy to człowiek pogodzony ze sobą, z „przerobionym” dzieciństwem.

Akceptuje to, co go spotyka, zna własny potencjał i rozumie, co mówi mu jego złość. Ja tak nie umiałam. Nie potrafiłam się ogarnąć, myśleć pozytywnie. Nie lubiłam swoich tłustych ramion, jednak nawet dwóch dni nie potrafiłam wytrzymać na diecie.

Wszyscy mamy odpały

Gdy ktoś mnie chwalił, udawałam, że to po mnie spływa. I choć zdarzało mi się wyjść rano z domu podekscytowaną, już w południe czułam się tak, jakby przejechał po mnie walec. Szybko się nudziłam. Książki porzucałam wcześniej niż w połowie, tenis po czterech zajęciach, podobnie z hiszpańskim.

Najbardziej interesująca byłam sama dla siebie, uwielbiałam „siedzieć” w swojej głowie. Jak się wtedy czułam? Trudno to określić. „Wszyscy mamy odpały. To nie choroba, to charakter”, mówiły koleżanki, ale mnie się wydawało, że to jednak coś więcej. Borderline. Sporo czytałam o tym w internecie.

Po prostu DDD

Po pierwszy xanax sięgnęłam jako trzydziestolatka. Niedługo potem, gdy po dziesięciu miesiącach rozpadł się mój związek. Któregoś dnia po kolejnej kłótni stwierdziliśmy, że do siebie nie pasujemy. Nawet nie mieszkaliśmy razem, nie snuliśmy planów na przyszłość, ale po rozstaniu byłam w rozsypce. Totalnej! 

Czułam się niezrozumiana i zlekceważona. Ale ciekawsze od wzięcia się w garść było analizowanie, jak to się stało. Wciąż wracałam do tych samych wydarzeń. Zatrzymywałam się na piątkowym wieczorze, gdy podczas kolacji nie mogłam przestać gadać: „Myślę, że szef jest na mnie wykurzony, wiesz, miał taką minę. Kroi się coś złego...

Czasem wszystko mnie przerasta

– Nic się nie kroi, czy możemy wieczorami nie rozmawiać o pracy? – prosił Wojtek. – Ty nic nie rozumiesz, jeśli mnie zwolnią, będę miała problem, dopiero wzięłam kredyt. Czemu nie poszłam do tamtej firmy? Miałam przeczucie, że tu będzie coś nie tak. Czasem wszystko mnie przerasta. – Musisz zacząć panować nad negatywnymi myślami – radził. – A jeśli nie zacznę, to co?! Nie rozumiesz?! Nie mogę stracić tej pracy!”. Zdarzało się, że wpadałam w szał i coś tłukłam. Zawsze potrafiłam jednak ocenić, co ma najniższą wartość i co można poświęcić.

Jakaś gra z samą sobą?

O ścianę uderzał więc kubek z Ikei za 5,99, ale nigdy filiżanka z porcelany czy designerski wazon. „Czy ktoś naprawdę zaburzony też potrafiłby się zatrzymać?”, analizowałam nieraz. Może moje stany to sposób zwrócenia na siebie uwagi?

Jakaś gra z samą sobą? Może, bo gdy trafiłam do działu prawnego firmy konsultingowej, miałam wrażenie, że otaczają mnie niebanalni ludzie. Koleżanki przy winie wyznawały: „Mam osobowość obsesyjno-kompulsywną”. „Ja – zależną”. „A ty, Dorota, jaką masz?”. Wciąż nie wiedziałam. Dziewczyny z firmy przeprowadzały życiowe rewolucje: „Rzuciłam go miesiąc przed ślubem, bo poczułam, że związek mnie nie rozwija”.

„Po półtorej butelki wina przejechałam na rowerze z Żoliborza na Mokotów”. „Sześć miesięcy spędziłam w Indiach, Nepalu i Bhutanie”. A ja? Przed wejściem na pokład samolotu wypijałam neospasminę, tak bałam się latać.

Jazda bez pasów na autostradzie

Największym szaleństwem była jazda bez pasów na autostradzie. Odpięłam je, gdy chłopak mnie wkurzył. – „Co ty robisz? – zapytał. – Mam wszystkiego dosyć. Najwyżej wylecę przez szybę! – wrzasnęłam. Ale on się śmiał: – Nie wylecisz, otworzy ci się poduszka powietrzna”. Byłam żałosna. „Powinnaś łyknąć xanax. Wyciszy cię”, radziła koleżanka z pracy kilka dni po tym, gdy rozstałam się z Wojtkiem. – „To nie uzależnia? – zapytałam – Daj spokój, brałam go miesiącami, gdy straciłam pracę”. Czytałam ulotkę: lek jest stosowany w leczeniu bezsenności, zaburzeń lękowych, w napadach padaczkowych. Byłam więc pewna, że mi pomoże.

Koleżanka odcięła pół listka z tabletkami, a ja dwadzieścia minut później poczułam, jakby ktoś wyłączył wszystkie głosy w mojej głowie. Miałam gdzieś Wojtka i miny szefa. „A dajcie mi spokój, smutni frajerzy!”, myślałam. „Czy tak się czują normalni ludzie?”, zastanawiałam się. „Tak powinni”, przekonywała koleżanka. Celebrowałam ten stan.

Unikam "toksycznych" koleżanek

Wróciłam do domu wcześniej, zamówiłam najbardziej wypasiony zestaw sushi, włączyłam ulubioną muzykę, zasnęłam przed 21. Rano zrozumiałam, że tak jak wczoraj chcę czuć się codziennie. Zaczynałam więc unikać wszystkich, którzy mogą mnie wprowadzić w zły nastrój. „Toksycznych” koleżanek oraz dokuczliwej matki. Gdy ktoś zaczął narzekać, żalić się albo opowiadać o nieszczęściach, zmieniałam temat. 

Nie chciałam zajmować się cudzymi strachami. Selekcjonowałam znajomych, umawiałam się z tymi, którym dobrze się wiodło i nie narzekali. Rozkoszowałam się stanem spokoju, ale xanaxu nie mogłam brać wiecznie. Postanowiłam więc, że zacznę terapię.

Niepokojące objawy

Nie chciałam być po raz kolejny zlekceważona, dlatego spisałam listę wszystkich zaobserwowanych u siebie objawów odpowiadających chorobom, które znalazłam w internecie. Stany lękowe: bo obawiam się o przyszłość. Obniżona samoocena: jestem niezadowolona z siebie. I tak dalej. – „Mam sporo cech osób z syndromem DDA, jednak żadne z moich rodziców nie piło – mówiłam terapeutce.

– Bo może być pani DDD, dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej. Zachowania takich ludzi są podobne do tych, w których rodzinie był alkohol”– zasugerowała. Nie miałam pewności, czy moje dzieciństwo było aż tak złe, żeby nazywać je dysfunkcyjnym, ale ciekawiła mnie ta interpretacja. „Przyjrzymy się temu”, powiedziała psycholog, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak jestem chora. Moja nowa psychoterapeutka była miła, empatyczna i dopiero zaczynała praktykę. Z entuzjazmem przyjęła wiadomość, że mam ochotę przychodzić dwa razy w tygodniu.

Zaczęła się podróż w głąb siebie

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam odwiedzać blogi osób, które borykały się z borderline i cyklofrenią (chorobą dwubiegunową, w której na przemian pojawiają się fazy depresji i manii). Tam obserwowałam ich przypływy i odpływy energii i zaczynałam czuć się coraz gorzej. Podobnie jak oni. – „Czemu masz dzisiaj zły humor? – zapytała któregoś dnia Magda, przyjaciółka ze studiów, która zawsze wydawała mi się normalna.

– Chyba przechodzi mi hipomania” – odpowiedziałam. Coraz częściej mnie irytowała. Nie rozumiałam, czemu nie opowiada o przeszłości, traumach z dzieciństwa, matce, która trzymała ją twardą ręką. „Nie ma ludzi normalnych, ty po prostu nie jesteś świadoma”, mówiłam. Psychologizowałam. Szef koleżanki był nie do zniesienia. Jednego dnia pomocny i miły, innego wrzeszczał.

„Może ma borderline?”, zasugerowałam. Objawy pasują. Zmienność nastrojów, spadek energii przekuwa w agresję, ale i alienację – nie wita się z pracownikami. Koleżanka wybuchnęła śmiechem: „Nie, on jest po prostu palantem”. Z psychoterapeutką konsultowałam wszystkie plany, decyzje, jakby była specjalistką od życia!

Nigdy nie mówiła, co mi jest

Wycofałam się z pomysłu zdawania na reżyserię, bo gdy jej o tym powiedziałam, westchnęła: – „Zastanawiałaś się – zdążyłyśmy już przejść na „ty” – skąd bierze się twoje niezdecydowanie i zmienność? – Z choroby” – odpowiedziałam w myślach. Ale ona nigdy nie mówiła, co mi jest, wciąż tylko miała podejrzenia. Uzależniałam się od jej opinii. „Ja nie wyrażam opinii, to tylko twoje projekcje”, mówiła. Brednie. 

Znałam jej każdą minę i czasami wiedziałam, co powie za chwilę. O, taki przykład – poznałam faceta. Opowiadałam, jak jest miło, ale ona już uśmiechała się z politowaniem. „Bardzo się cieszę, ale pamiętaj, że w twoim stanie nie stworzysz zdrowego związku, popełnisz te same błędy”.

Postrzegam świat jako czarno-biały

„Nie mogę się z tobą widywać. Mam borderline”, napisałam facetowi, z którym chodziłam na randki. Odpisał: „na kiedy?”. Myślał, że to w języku korporacyjnym nowe określenie terminu „deadline”. „Wiesz, należy mieć pewną wyrozumiałość dla nieświadomości innych, ale to bardzo uczciwe, że go poinformowałaś”, chwaliła mnie terapeutka. Doszłam do momentu, w którym uważałam, że każdy film i książka opowiadały o zaburzeniach osobowości i traumach z dzieciństwa. I znowu psycholog mówiła, że nawet moje refleksje to objawy borderline, bo postrzegam świat jako czarno-biały.

Czasem miałam jej dość, ale nie wycofałam się z terapii z lęku, że bez niej będzie gorzej. Tyle że analizowanie dzieciństwa i wszystkich słabych rzeczy, które mnie spotkały, przestawało mi służyć. Podobnie jak psychologizujące koleżanki.

„Miałam ci to powiedzieć już dawno. Zachowujesz się trochę jak moja siostra, która ma dwubiegunówkę”, powiedziała Ewa z pracy, ta od xanaxu. Po raz kolejny wpisałam więc w Google objawy – rzeczywiście, wiele się zgadzało.

Życie jak sinusoida, niska samoocena

Życie jak sinusoida, mała decyzyjność, niska samoocena i wysokie ambicje. Byłam skołowana, więc poszłam do psychiatry, bo po co dłużej zwlekać? „Cierpię na chorobę dwubiegunową afektywną”, oznajmiłam. Po krótkim wywiadzie lekarz stwierdził: „Wie pani, tak to w życiu jest – czasem dobrze, czasem źle. 

Smutek, melancholia to reakcja emocjonalna na życiowe trudności. Nie da się ich tak po prostu pozbyć”. „Ale panie doktorze! Ja potrzebuję leków, proszę mi uwierzyć. Chodzę na terapię, jestem zdiagnozowana”, przekonywałam. No i dostałam leki. Przez dwa pierwsze tygodnie czułam się gorzej, ale potem...

Miałam wszystko gdzieś

Miałam wszystko gdzieś. Budzik dzwonił o siódmej? Przestawiałam na 7.30, potem na ósmą, bywało, że do pracy przychodziłam godzinę spóźniona. Nie przejmowałam się uwagami szefa. „Co mi zrobi? Przecież jestem tu potrzebna”, myślałam. „Nieprofesjonalni terapeuci utrzymują w zdrowych ludziach poczucie, że są chorzy”, wpadłam w radiu na opinię psychologa, ale nie chciałam słuchać dalej. Byłam pijana szczęściem.

Spodobała mi się alfa romeo, więc kupiłam. Na raty, na które nie było mnie stać. „Jakoś to będzie”, myślałam i przechwalałam się świetnym samopoczuciem na forach. Aż internetowe koleżanki zaczęły pisać: „Dorota, dostałaś złe leki. Powinnaś brać lit na stabilizację nastroju! I nic więcej!”. Gdy przestało mi starczać do wypłaty, bo codziennie wracałam do domu z zakupami, zaczęłam się zastanawiać, czy nie mają racji.

Smutek. Tylko tyle

Któregoś dnia odstawiłam tabletki. Zbyt nagle, bo wpadłam w dół. Prawdziwy, straszny. „Osuwam się z rzeczywistości”, wysłałam SMS Magdzie, tej „normalnej”. „Że co?”, odpisała. A przecież byłam normalną dziewczyną. A że niezdecydowaną i neurotyczną? Może nie było to zaburzenie, ale efekt poszukiwań samej siebie i oznaka wrażliwości? Wybuchową? Może taki mam charakter? Ale ja postanowiłam się leczyć. Nieustannie coś przepracowywać. Obwiniać ojca i matkę zamiast żyć. 

Co mnie otrzeźwiło? Prawdziwy problem – zwolnienie z pracy. „Byłaś najlepsza, pełna pomysłów, a dziś trudno się ciebie o cokolwiek doprosić. Smętną miną ciągniesz zespół w dół i wciąż zagadujesz wszystkich, rozprawiając o swoich rozterkach. Dawałem ci taryfę ulgową, ale ile można?”, powiedział szef. Kubeł zimnej wody. Gdy wyszłam z firmy, miałam wrażenie, że się rozpadnę. „Musisz mnie przyjąć natychmiast!”, zadzwoniłam do terapeutki. Płakałam w gabinecie, a potem zrozumiałam, że nie trawię już pytań: „Co czujesz? Z czym ci się to kojarzy?”. Dociekań: „Gdzie w ciele jest ta emocja?

Skup się. W gardle, w brzuchu? Kamień. Dobrzeee!”. Podpowiedzi: „A teraz zastanów się, jak możesz go rozpuścić. Oddechem, młotkiem, jasnym światłem? Nie pomaga? Chcesz odtworzyć psychodramę?”. „Nie chcę! – powiedziałam.

Na xanax też przestało wystarczać

– Nie mam czasu, potrzebuję rozwiązań!” Po raz pierwszy mówiłam, że choć spotykamy się od roku, nie czuję się lepiej. Czyli skoro nie ma poprawy, to tak naprawdę jest gorzej. „Rozumiem, myślisz o odejściu z terapii, ale twoja chęć ucieczki jest efektem stanu, w jakim jesteś”, przekonywała. Momentami zaczynałam w to wierzyć, ale na terapeutyczne sesje za 160 złotych nie miałam już pieniędzy. Na xanax też przestało wystarczać. „Jest jego tańszy polski odpowiednik – afobam”, pocieszali znajomi na forach.

Przez kolejny dzień czytałam ich posty, szukałam wsparcia. Jedni pisali: „marsz na terapię”, drudzy zachwalali uspokajające działanie akupresury, ktoś inny chciał odsprzedać mi pramolan. – „Dorota, czy ty nie możesz żyć tak po prostu? – pytała mnie „normalna” Magda. – Ale jak? – dziwiłam się.

Smutkowi trzeba pozwolić wybrzmieć

– Znajdź hobby. Przestań się w tym wszystkim nurzać”. Co miałam do stracenia? Ale przez kolejne dni snułam się po mieszkaniu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. „Smutkowi trzeba pozwolić wybrzmieć, nie zagłuszać go”, przypomniały mi się słowa psychiatry. Próbowałam, ale bałam się coraz bardziej. Że nie znajdę pracy, że sobie nie poradzę, że jestem nienormalna. „Afobam, afobam”, myślałam i korciło mnie, żeby pójść po receptę. Nie zrobiłam tego, bo zajrzałam na konto. Po opłaceniu rat i czynszu zostało mi 400 złotych. „Nie ma żartów”, pomyślałam. Prawdziwy kryzys zawsze mnie mobilizował. 

To wtedy wpadła mi w ręce książka francuskiego psychiatry, który pisał: „zaburzenia psychiczne mają tak wiele symptomów, że praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie. Dlatego tak wielu z nas chce się leczyć, podczas gdy naprawdę nic nam nie dolega”. Postanowiłam trzymać się tej myśli. Skasowałam konta na psychologicznych forach i numer terapeutki, wyjęłam z piwnicy rower. Zaczęłam dzwonić do znajomych z branży: „potrzebuję pracy”.

Nowa interpretacja

Budzik dzwoni o siódmej. Wstaję. Prysznic, śniadanie, telewizja informacyjna, żeby skupić się na wydarzeniach zamiast na sobie. Prasuję marynarkę, gładko czeszę włosy, idę na spacer z psem, którego wzięłam ze schroniska, by nie troszczyć się wyłącznie o siebie. Do pracy wychodzę punktualnie.

Znalazłam ją po miesiącu w małej kancelarii adwokackiej. Nikt, kto tu pracuje, nie brał psychotropów, ani nie był na terapii. Rozdrażnienie, smutek to dla nich zły dzień, który mija. Ciekawa interpretacja. Kiedyś moja szefowa powiedziała: „Z gorszego dnia nie możesz robić katastrofy. I pod żadnym pozorem nie myśl wtedy o przyszłości!”. Staram się, choć nie zawsze się udaje. Kilka miesięcy temu wybrałam się na wizytę do znanego terapeuty, bo uznałam, że jednak wolę być zdiagnozowana. 

Stwierdził, że według niego jestem zdrowa, ale potrzebuję nauczyć się mechanizmów radzenia sobie z niechcianymi myślami. Zaproponował kilka spotkań. Odmówiłam. Na razie skupiam się na nowej pracy. Złe momenty przychodzą, choć rzadziej. Idę wtedy pobiegać albo dzwonię do znajomych i ich słucham, zamiast wciąż gadać o sobie. Niedawno odezwałam się do koleżanki, która poczęstowała mnie xanaxem. 

Zapytałam: „Jak radzisz sobie z huśtawkami nastrojów, bo ze mną ostatnio jest lepiej”. „Zapomniałam o schizach. Pół roku temu urodziłam dziecko, nie mam czasu, żeby siedzieć w swojej głowie”.

Natalia Kuc

Artykuł pochodzi z kategorii: Psychologia

Więcej na temat:

Zobacz również

  • Zostajesz w pracy po godzinach kosztem chwil dla siebie i rodziny? Oto proste sposoby, które pozwolą ci to zmienić i zaoszczędzić cenne minuty. więcej