RimWorld

Jeżeli masz pamięć jak słoń, zapewne doświadczasz właśnie małego déjà vu. W produkcję Tynana Sylvestra „już graliśmy” na łamach CDA nieco ponad dwa lata temu. Dziś z okazji steamowej premiery wczesnej wersji gry zaglądamy do ObrzeżoŚwiata ponownie. Kopie kosmoziemniaki: enki

Reklama

Gatunek: survival/RTS

Producent: Ludeon Studios data wydania: nieznana jak zagrać: wczesny dostęp na steamie (ok. 123 zł) MULTI: brak www.rimworldgame.com

Oko na RimWorld miałem od mniej więcej półtora roku, a nęcił mnie przede wszystkim wizją pobawienia się w budowanie kosmicznej kolonii w stylu Dwarf Fortress pożenionego z Prison Architectem.

Wziąłem się z nim za bary zaraz po jego premierze we wczesnym dostępie, a pierwszą decyzją, którą musiałem podjąć przed rozpoczęciem rozgrywki na dobre, był wybór jednego z trzech „sztucznointeligentnych” reżyserów rozgrywki.

Mają oni za zadanie niczym w Left 4 Deadach sprawiać, żeby było emocjonująco i nieprzewidywalnie. Klasyczna Kasandra, na przykład, jest tą domyślną, o zbalansowanych poglądach na rodzaje wydarzeń, które powinny się przytrafiać graczowi.

Oprócz niej entuzjaści absolutnego braku nieprzewidzianych wrażeń mogą wybrać Przyjazną Phoebe, a uzależnieni od adrenaliny – anarchistycznego do szpiku kości Losowego Randy’ego. (RimWorld ma niemal pełne fanowskie spolszczenie, choć gry słów związanej z nazwiskami AI nie udało się odpowiednio przetłumaczyć).

Happy little accidents

Najpierw założyłem Derry – trzyosobową kolonię rozbitków, do których po kilku dniach, staraniem wyżej wspomnianej Kasandry, dołączył czwarty. Dave po prostu przypałętał się i został.

Zupełnie inaczej niż w przypadku kolejnej gry zarządzanej przez Randy’ego, w której chciałem sobie błogo ułożyć życie pojedynczym kolonistą, a już po kilku minutach dostałem alert o tym, że jakiś dziadunio ucieka przed wandalem i dołączy do mnie, jeśli mu pomogę.

No to pomogłem i tyle mi zostało z pustelnictwa, a jeszcze chwilę później do gromadki wprosiła się lekko świrnięta narkomanka-nudystka. Na szczęście również szybko przyszła fala upałów i zanim wszyscy zdążyli zebrać materiały na generator (nie mówiąc o klimatyzatorze), pozapadali na udary i porzuciłem rozgrywkę, zatrzymawszy ją w czasie tuż przed ich nieuchronną męczarnią.

O trzeciej próbie powiem tylko tyle, że był to scenariusz ściągnięty z Warsztatu Steama. Miał tytuł „Couple” sugerujący zmagania pary kochanków-rozbitków. Niefortunny o tyle, że po losowaniu postaci okazało się, że ona to matka, a on to syn. I to do tego piroman, który w trymiga dostał załamania nerwowego i sfajczył wszystkie początkowe zapasy.

Wróćmy do Derry. W Derry nie było katastrof, tylko „małe, wesołe wypadki”. Jak na przykład wtedy, gdy zainstalowałem akumulator energii z turbiny wiatrowej oraz kuchenkę elektryczną na świeżym powietrzu. (A raczej koloniści zainstalowali – w grze rysujesz tylko plany, to oni wszystko budują, pichcą, tworzą, ścinają czy brudzą sobie ręce przy stanowisku do wytrzewiania ubitej zwierzyny).

Gdy spadł deszcz, zwarcia popaliły przewody i uszkodziły urządzenia. Innym razem, zniecierpliwiony tym, że nie potrafiłem utrzymać kota jednego z kolonistów poza spiżarnią, po prostu kazałem zwierzaka zarżnąć, co odbiło się stałym pogorszeniem nastroju jego byłego już właściciela. Kilkakrotnie, zwykle pojedynczo, nawiedzali mnie bandyci, którym następnie usypywałem zgrabne mogiłki w rzędzie.

Raz w wyniku „tajemniczej zarazy” padły mi wszystkie plony ziemniaków i kukurydzy. Na szczęście w pobliżu kręciło się stadko tłustych bawołów, a niedługo później odwiedziła mnie karawana z innej osady. Obecnie okolicę przykrył śnieg, ale dajemy radę.

Gra na poziomie

Wielu z systemów napędzających RimWorld nie zdążyłem jeszcze tknąć. Wymiany organów wewnętrznych i tworzenia protez. Chronienia się przed toksycznymi chmurami. Ba, nie uwarzyłem nawet ani jednego kufla piwa! Wszystko to już jednak zaszyto w kod gry, która wciąż jest rozwijana.

Przyznam na koniec, że choć bawię się dobrze, obiecywałem sobie po grze nieco więcej. Rozgrywka toczy się tu na jednej płaszczyźnie fizycznej – nie da rady dokopać się do podziemnego leża smoczyska, które zmiecie przerażonych kolonistów wraz z całą fortec... osadą.

Zamiast starożytnych dziwów w ruinach czeka co najwyżej „sprasowana machineria”, z której da się wykuć kilofem elektroniczne komponenty. To nie jest Dwarf Fortress 2.0, którego szukasz. Ale i tak będziesz miał frajdę.

|CDA|

Artykuł pochodzi z kategorii: Gry i zabawy

Zobacz również

  • Wieprz jest dziki, wieprz jest zły, wieprz ma dla was drugiego Shadow Warriora. Flying Wild Hog jest z nami już od siedmiu lat, a wciąż niewiele o nim wiadomo. Na tle innych developerów... więcej