Phantaruk

Bywają takie dni, że pisanie o grach niewiele różni się od pracy urzędnika. Siedzisz przed komputerem, po raz setny robisz dokładnie to samo i z utęsknieniem czekasz na fajrant. A zegar stoi. Przeklinał modę na audiologi: Cursian

Reklama

O fabule Phantaruka nawet nie będę się rozpisywał, bo i nie ma po co. Opuszczona stacja kosmiczna, coś tam, coś tam, laboratorium, bla, bla, bla, wielki potwór, rzeź, masakra i tragedya, co to jej pojąć nie sposób. Zgodnie z modą wszystko podano za pośrednictwem nudnych, kiepsko napisanych dzienników.

Ktoś zrzędzi, że największymi monstrami są sami ludzie, inny płacze za straconym kompanem, a jeszcze inny przyznaje się do okradania lokalnego magazynu, dowód zostawiając rzecz jasna w ogólnie dostępnym miejscu. Te „odkrywcze” wynurzenia to oczywiście tylko pretekst do przemycenia kodu do najbliższych drzwi.

Bogowie, ile można! Dlaczego developerzy nadal uważają, że cała ta grafomania to fajny pomysł? Obstawiam stosunkowo niskie koszty – nie trzeba tworzyć modeli NPC-ów ani zatrudniać aktorów, którzy obdarzyliby ich głosem. Niby zrozumiałe, ale mam już tego po dziurki w nosie.

Rozgrywka w założeniach miała zapewne przypominać Obcego: Izolację, ale rzecz jasna to nie ta sama klasa (a pisze to gość, który nie rozumie zachwytów nad przygodami pani Ripley). Co gorsza, początek zabawy, a więc w teorii jej najważniejsza, najbardziej reprezentacyjna część, jak w soczewce skupia wszystkie problemy gry.

Wkurza zwłaszcza wszechobecna, gęsta ciemność. Rozumiem, że próżno oczekiwać od horroru tysiąca luksów, ale do diabła, tu niemal zupełnie nic nie widać! No i jeszcze tytułowy Phantaruk. Niby takie zło wcielone, demon zagłady i pogromca wszelkiego życia, a idiota jakich mało. Blokuje się toto na przeszkodach terenowych, łazi noga za nogą i mruczy jak wujek Władek na kacu. Wzrok też ma podobny. Na szczęście dalej jest nieco lepiej.

Nie żeby gameplay skupiony na kręceniu się po stacji i naprawianiu kolejnych podzespołów, które akuratnie postanowiły się skiepścić, nabrał rumieńców – co to, to nie. Akcja często przenosi się po prostu do dobrze oświetlonych pomieszczeń, więc przynajmniej nie trzeba błądzić po omacku.

Phantaruk to typowy współczesny „horror”, któremu wydaje się, że zapaćkanie ekranu mrokiem, wciśnięcie graczowi latarki do łapy i rzucenie co kilka kroków jakiegoś krwawego ochłapu załatwia sprawę. Otóż nie załatwia. Nie jest to może kompletna porażka i czasem potrafi nawet wywołać minimalne zainteresowanie, ale ta płyta dawno już się zgrała. Jeśli nie masz jeszcze dość tego typu klimatów, dolicz jedno oczko. Ja wysiadam.

|CDA|

Artykuł pochodzi z kategorii: Gry i zabawy

Zobacz również