Tato, będę tatą - historia młodych ojców

Zostali ojcami, chociaż sami dopiero wchodzili w dorosłe życie. Popełniali błędy i dojrzewali razem ze swoimi dziećmi. Muzyk, fotograf, lekarz i student nie mają jednak wątpliwości: zostać tatą w młodym wieku to wybór nie tylko dobry, ale wręcz znakomity. Tekst: Wika Kwiatkowska

Na zdjęciu z Majką, Różą i Wiktorią

Kiedy 20-letni Robert Friedrich wyjeżdżał na wakacje ze swoją dziewczyną Dobrochną, miał jasną wizję najbliższej przyszłości: starać się o dziecko po to, aby móc wziąć ślub i wreszcie razem zamieszkać. I gdy po powrocie powiadomił swojego ojca, że sam zostanie tatą, usłyszał: „Ale czy ty, synu, dasz radę? Oceń swoje możliwości…”.

Reklama

Z perspektywy czasu, już jako doświadczony muzyk rockowy, twórca Arki Noego, a przede wszystkim 45-letni mężczyzna i ojciec siedmiorga dzieci – Friedrich lepiej rozumie ojcowskie wątpliwości.

– Obiektywnie byłem słabym kandydatem na męża i ojca – przyznaje, kiedy spotykamy się na warszawskim Ursynowie po koncercie jego zespołu Luxtorpeda. – Mimo że od 19. roku życia grałem w Turbo, nie mogłem z tego utrzymać rodziny. Byłem odbierany jako szarpidrut i obibok, który siedzi w domu, bzdęgoląc na gitarze.

Podobnie niedojrzałymi kandydatami na ojców mogli się wydawać: 22-letni student psychologii, 23-letni student medycyny, a tym bardziej 19-letni licealista. Wszyscy oni musieli wcześnie zmierzyć się z sytuacją, która wywraca życie człowieka do góry nogami i zmusza go do konfrontacji z samym sobą.

Dziecko-zderzenie czołowe

Mikołaj Grynberg, fotograf, poznał Junonę na uniwersytecie. Studiowali psychologię. – Chociaż razem byliśmy dopiero od trzech miesięcy, wiedziałem, że chcę mieć z nią dziecko. I to natychmiast! – opowiada przy kawie w jednej z jego ulubionych żoliborskich kawiarni.

– Kiedy powiedziała mi, że jest w ciąży, myślała, że będę chciał się ewakuować. A ja wtedy wreszcie poczułem, o co mi w życiu chodzi! To mnie postawiło do pionu. Byłem szczęśliwy. Nie miałem w swojej zarozumiałości cienia wątpliwości, że damy sobie radę, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Grynberg z wdzięcznością wspomina reakcję swojej mamy. – Przyszedłem i powiedziałem: „Mieszkam z taką koleżanką i to jest właśnie ta ważna koleżanka”. Mama na to: „Świetnie, bardzo się cieszę, tylko nie zróbcie sobie od razu dziecka”.

Na co ja: „Właśnie przyszedłem ci powiedzieć, że będę miał dziecko”. Ona: „Super, tak się cieszę!”. W ułamku sekundy wszystko zaakceptowała, pokochała Junonę, a potem stała się cudowną babcią. Bo tak naprawdę to co miała powiedzieć? My i tak podjęliśmy już decyzję. Nie wszyscy rodzice są aż tak wyrozumiali.

Gdy przyszły maturzysta Mikołaj Szczepkowski zakomunikował swoim bliskim, że zostanie tatą, reakcją był wielki gniew. – Teraz Aurelka jest ich cudowną wnusią i perełką, ale wtedy było ciężko – wspomina. Zresztą jego samego wiadomość o dziecku też zaskoczyła: – Na pewno były i przerażenie, i strach. Ale od początku chciałem podjąć to wyzwanie. Na szczęście ciąża trwa długo i można sobie wiele rzeczy poukładać – tłumaczy teraz, kiedy Aurelia ma już trzy latka.

Mikołaj w ciągu tych dziewięciu miesięcy równolegle przygotowywał się do matury i przyjścia na świat córki.

Piotr Gryglas, obecnie popularny pan doktor z „Dzień dobry TVN”, specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog i hipertensjolog, a w 1993 roku student trzeciego roku akademii medycznej, z zadowoleniem przyjął wiadomość o tym, że będzie miał potomka. Zwłaszcza że z Elą byli parą od pierwszej klasy liceum.

– Pochodzę z tradycyjnej rodziny, dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, że trzeba dbać o dziecko, które się stworzyło, które jest moim przedłużeniem – stwierdza. Z tego okresu najlepiej zapamiętał jedną „przygodę”. – W jakimś piątym miesiącu ciąży Ela miała skurcz macicy. Obudziła mnie o drugiej w nocy i powiedziała: „Coś się dzieje, strasznie boli mnie brzuch”. I rzeczywiście, było tak, jakby jej ktoś włożył twardą piłkę. Z wykładu z farmakologii przypomniało mi się, jak doświadczony profesor tłumaczył: „Pamiętajcie, najstarszym lekiem anksjolitycznym, czyli przeciwlękowym i rozluźniającym mięśniówkę gładką, jest alkohol”. Miałem gonitwę myśli – macica to przecież mięsień zbudowany z mięśniówki gładkiej! Pobiegłem do barku po wino, na szczęście było, nalałem cały kieliszek i mówię: „Pij”. Żona się broniła: „Jak to, w ciąży?”. Ale wypiła duszkiem i po jakichś 10 minutach rozluźniła się, brzuch zrobił się miękki.

Rano przerażeni pobiegliśmy do ginekologa. Najpierw usłyszeliśmy, że dzieci robią dzieci, ale potem lekarz ją zbadał i powiedział, że wszystko jest w porządku, pochwalił też postępowanie, ale na wszelki wypadek… dał preparat rozkurczowy. Mnie nie przyszło to do głowy, bo ginekologia jest dopiero na szóstym roku!

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

Narodziny dziecka to chwila, kiedy dojrzali mężczyźni tracą zimną krew. A cóż dopiero takie „świeżynki”… Mikołaj Grynberg: – To były czasy (Alex, rocznik '89), gdy ojcowie nie mieli wstępu na porodówki. Ale lekarz, który mieszkał na naszym podwórku, powiedział, że mnie wpuści, tylko nikt nie może się dowiedzieć, że jestem ojcem.

Miałem udawać studenta medycyny, więc włożyłem odpowiednie ubranko, wszedłem i – podręcznikowo – zasłabłem. Musiałem wyjść, a lekarze nabijali się ze mnie, że biedna kobieta nie dość, że musi urodzić, to jeszcze obcym facetem się zajmować. Nic nie widziałem, po omacku trafiłem do pokoju, w którym zostawiłem ubranie, namacałem wersalkę, usiadłem i słyszę: „No co, kolego, pierwsze koty za płoty?”.

Jakiś lekarz, który tam siedział, zaproponował mi lufę. Ja, młody psycholog, mówię: „Nie, chcę to przeżyć świadomie”. On na to: „Dlatego nie od razu pół litra, tylko lufę!”. Nie przyjąłem jej, relanium też nie. Wróciłem na porodówkę, gdzie padło pytanie: „Już po położnictwie czy przed?”. A ja nie miałem pojęcia, na którym roku jest położnictwo…

Robert Friedrich, który nie miał zaprzyjaźnionego lekarza, nie został nawet wpuszczony do szpitala, gdy na świat przychodziło jego pierwsze dziecko (Maria, rocznik '89). – Dostałem telefon ze szpitala: „Będę rodzić” i pierwsze, co zrobiłem, to wysprzątałem pokój. Ale tak go wyszorowałem i wymyłem, że pachniało jak w pralni – mieszkaliśmy w starej kamienicy i miałem wizję, że dziecko musi mieć sterylne warunki. Kiedy Majka się rodziła, była noc i biegłem do szpitala kilka kilometrów. Czekałem przed budynkiem i w końcu dostałem informację: „Jest! Urodziła się dziewczynka – Maria”.

Majka była na świecie, ale nie mogłem jej zobaczyć. Dobrochna nawet nie miała możliwości mi jej pokazać, więc narysowała mi dziecko na kartce. Przekazała ją przez pielęgniarkę i ja z tą kartką biegałem po wszystkich znajomych, pokazując, jaką mam piękną córkę! Potem kupiłem bukiet, a raczej wiadro tulipanów, ale okazało się, że do szpitala nie wolno wnosić kwiatów. Postawiłem je pod ołtarzem w kościele, a w pudełku po czekoladkach ukryłem miniróżyczki i tajnie je przesłałem.

Po trzech dniach odebrałem dziewczyny i dopiero wtedy pierwszy raz zobaczyłem Majkę. To, że tak długo musiałem czekać na tę chwilę, było straszne, dlatego następne dzieci, jeżeli nie było przeciwwskazań, rodziliśmy w domu.

Student medycyny Piotr Gryglas był rozczarowany, że nie może do końca uczestniczyć w porodzie swojego pierworodnego, bo Adam (rocznik '94) musiał się urodzić przez cesarskie cięcie. – Na szczęście, kiedy przywieźliśmy syna ze szpitala, miałem miesiąc wolnego. Byłem dobrze przygotowany merytorycznie, już po zajęciach z pediatrii na noworodkach: umiałem dziecko rozebrać, przewinąć, umyć, ale też zbadać – opukać, osłuchać, radzić sobie z odparzeniami.

Żona była osłabiona, sam zająłem się maluchem. Donosiłem go na karmienie, przewijałem i z powrotem kładłem do łóżeczka. Przez długi czas nie słyszeliśmy, jak płacze, bo gdy tylko zakwękał, od razu ktoś przy nim był. Nasze mamy myślały, że jesteśmy niedoświadczeni i na pewno zrobimy maluchowi krzywdę, jednak my uważaliśmy, że sami wszystko robimy najlepiej. Najbardziej obrażona była na nas teściowa, która przyjechała pomóc, ale po tygodniu wyjechała. Moim zdaniem zajmowała się dzieckiem dosyć niezdarnie, ostrzegałem ją: „Utopisz tego dzieciaka!”.

Podobnego zdania był Robert Friedrich: – Majki nie pozwalałem nikomu dotknąć, tylko ja ją przewijałem, kąpałem. Czasem mogła to zrobić Dobrochna, ale wolałem sam, bo wiedziałem, że wtedy dziecko przeżyje – śmieje się. – A jakieś babcie, ciocie – broń Boże! Każda mówiła co innego, a my szukaliśmy własnej drogi. To były czasy, kiedy nie było jednorazowych pieluch, więc siadało się i prasowało tony tetrowych. Nie mieliśmy pralki – w kotle szarym mydłem się prało. Kupę własnymi rękami trzeba było spierać, i to było fajne. Myślę, że moja córka ma tego świadomość i bardzo mnie kocha.

Jeszcze dalej w swojej „zachłanności na niemowlę” posunął się Mikołaj Grynberg. – Alex urodził się w listopadzie, kiedy zaczęliśmy trzeci rok studiów – wspomina. – Junona była jeszcze w szpitalu, a ja natychmiast, nie mówiąc jej o tym, pobiegłem do dziekanatu i wziąłem urlop na dziecko. Żeby móc spędzić z nim pierwszy rok. Na studiach byłem prymusem, ze średnią pięć i stypendium naukowym. Zostawiłem to wszystko jednego dnia.

Gdy Junona przyszła do dziekanatu w tej samej sprawie, usłyszała: „Ale Mikołaj dostał już wolne. Nie możecie obydwoje wziąć urlopu na dziecko”. Przywoziłem Aleksa na karmienia na uczelnię, stawałem przed salą, ledwie Alex pisnął, Junona wychodziła, karmiła i wracała na zajęcia. Spędziłem genialny rok. Przy mnie zaczął raczkować, chodzić.

Mikołaj Szczepkowski, teraz po trzecim roku afrykanistyki na UW, zgadza się, że dopóki dziecko się nie urodzi, nie wiadomo, jak to naprawdę wygląda. – Wyobrażałem sobie, że to będzie absorbujące, że trzeba będzie przekierować swoją uwagę na małego człowieka i trochę się temu poświęcić. Ale okazało się, że trzeba się poświęcić o wiele bardziej – przyznaje. – Na początku musieliśmy nauczyć się obsługi noworodka. Siostry mojej żony Marty mają dzieci, ich doświadczenie stało się dla nas bardzo pomocne. A potem na zmianę zajmowaliśmy się Aurelką, chcieliśmy, żeby to było takie „nasze”, ale też pokazać, że damy sobie radę.

Aurelka (rocznik 2010) urodziła się w marcu, w maju zdawałem maturę. To była dodatkowa motywacja: jest mi ciężko, ale pokażę wszystkim, że się uda. Mnie trudna sytuacja mobilizuje.

Mieszanka wybuchowa

Oczywiście młodym rodzicom zdarzają się wpadki. Piotr Gryglas śmieje się na wspomnienie jednej z nich: – Adam urodził się w środku zimy. My, jak to sumienni rodzice – kąpiele, wietrzenie, żeby mały się dotlenił. Kiedy miał około dwóch tygodni, wyszliśmy na spacer. Była śnieżyca, wózek się poślizgnął, przewrócił, dziecko wypadło na śnieg, ale pozbieraliśmy się i dalej spacerowaliśmy.

Gdy po godzinie wróciliśmy do domu, zaczęły się urywać telefony od naszych mam: „Mam nadzieję, że nie byliście dzisiaj na spacerze?”. „Właśnie wróciliśmy, a co się stało?”. „Jest 30 stopni mrozu!”. Adam się zahartował, jest mocny. Oczywiście, teraz bym tak nie postąpił. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że możemy niemowlęciu zaszkodzić. Byliśmy odważniejsi, a może trochę młodzieńczo zarozumiali.

– Z Aleksem do trzeciego miesiąca życia chodziliśmy na różne balangi, spał tam pod stołem albo w wannie – wspomina Grynberg. Ale potem zaczął protestować – o ósmej chciał spać i koniec. I imprezy się skończyły. Na pewno narobiliśmy mnóstwo głupot. Gdy syn chodził do przedszkola, przeżywał swój okres buntu. „Nie jesteś królem, nie będziesz mi mówił, co mam robić!”, kontestował. Wystawiałem go do jego pokoju i mówiłem: „Jak będziesz gotowy gadać, to przyjdź”. Aż ktoś starszy i mądrzejszy, psycholog, powiedział mi: „Zastanów się, co ty robisz! Gdy on pokazuje ci emocje, ty mówisz – one są niefajne. Jak będziesz chciał mi pokazać takie emocje, jakie ja chcę widzieć, wtedy będę z tobą”.

Przemyślenie tego chwilę mi zajęło. Przestałem go karać, kiedy był z czegoś niezadowolony, tylko dalej rozmawialiśmy. I to zaprocentowało. Gdybym wtedy nie posłuchał, tylko jako zarozumiały dwudziestokilkulatek pomyślał, że to kolejne osoby, które mi się wpieprzają w życie, zrobiłbym mu krzywdę. Dzisiaj muszę się dłużej zastanowić, zanim podejmę jakąś decyzję.

Wolność w ryzach

Mikołaj Szczepkowski od początku musiał godzić studia z opieką nad córeczką: – W odróżnieniu od połowy studentów, którzy studiują, bo nie mają nic innego do roboty, bardzo doceniam to, że dzięki pomocy rodziców mogę się uczyć. Najtrudniejsze było dla mnie przyjęcie nowej sytuacji, zaakceptowanie tego, że całe życie trzeba przeorganizować.

Nawet nie marzę o wyjeździe na jakiś festiwal muzyczny, bo wiem, że nie miałbym z tego frajdy – martwiłbym się o Aurelkę, że jest w tłumie, że powinna już iść spać. Nie mam takiej wolności wyborów i swobody ruchów jak moi rówieśnicy, bo z tyłu głowy cały czas jest myśl, że wszystko trzeba układać pod dziecko.

Piotr Gryglas wspomina pierwsze lata jako życie w ciągłym pędzie: – Studia, nauka, kolokwia, dziecko uczyło się razem z nami. Potem dostałem etat w akademii medycznej i, jak to młody lekarz, miałem wiele obowiązków – od stażu po kolejne stopnie specjalizacji. Ale radziliśmy sobie, rodzice nam pomagali finansowo. Kiedy ma się dzieci młodo i dorasta wraz z nimi, doskonale pamięta się jeszcze własne dzieciństwo.

Wspominam 19 lat życia Adama jako zabawę z młodym człowiekiem, podczas której sam się świetnie bawiłem. Ciągle robiliśmy eksperymenty chemiczne, pirotechniczne. Zresztą i ja, i dzieci (Adam ma młodszego o prawie sześć lat brata Michała) do dzisiaj uwielbiamy takie szaleństwa. – Nigdy nie miałem poczucia, że jestem zbyt młody i niedojrzały, ale może to dowód na to, że taki byłem – mówi Mikołaj Grynberg. – Całe wychowanie odbywało się bardzo naturalnie, jednak wiedzieliśmy, że jesteśmy rodzicami, a nie kolegami. Stawialiśmy granice. Te mury były bardzo szerokie, ale jak już Alex i trzy lata młodsza Tosia na nie wpadali, to tak fest, głowy sobie na nich rozkwaszali. I bardzo się dziwili.

Oda do młodości

Czy istnieje właściwy moment, żeby powiedzieć sobie: teraz nadszedł czas na dziecko? Racjonalne myślenie i naturalny egoizm skłaniają do tego, aby odpowiedź brzmiała: nie teraz. Bo jeszcze studia, lepsza praca, większy dom – życiowe przeszkody piętrzą się bez końca…

– Każdy z nas jest trochę samolubny, chciałby dbać tylko o siebie i pracować dla siebie, natomiast rodzina to ogromny obowiązek, pasmo wyrzeczeń, kompromisów i pracy dla kogoś, czy to się nam podoba, czy nie – mówi Piotr Gryglas.

– Oczywiście podejście, że najpierw trzeba skończyć studia, uporządkować swoje życie zawodowe, a później mieć dzieci, jest bardzo rozsądne, ale nie jestem pewien, czy potem one są do końca szczęśliwe… Poza tym uważam, że to właśnie późne, a nie wczesne rodzicielstwo jest nierozsądne! Każdy wiek ma swoje prawa. Gdybym teraz został ojcem, ciągle bym się denerwował, czy nie zachoruję, czy doprowadzę dziecko do dorosłości…

Mikołaj Grynberg nie ma wątpliwości: – Nie mogę sobie wyobrazić tego, że moje dzieci rodzą się później – ja bym po prostu nie dożył… zapiłbym się. Teraz zaś nie oddałbym swojej wolności. Jak chcę spać dłużej, to śpię, jak chcę dłużej czytać, to czytam.

– Kiedy byłem młody, „emigrowałem” w sztukę – opowiada Robert Friedrich. – Kolejny zespół, okładka, kolejne teksty, piosenki, instrumenty. Rozum czasem oszukuje – pojawiają się lęk, strach przed tym, że się traci życie – a dzieci, obowiązki to tracenie siebie. Ale prawdziwe życie to miłość. Żona. Dzieci to owoc tej miłości. Gdy urodziła się Majka, parę rzeczy mi się poprzestawiało, pomyślałem: dostałeś pod opiekę człowieka i nie wolno ci go zmarnować! A dzięki temu, że tak wcześnie zostałem ojcem, mogę się cieszyć wnukiem, wciąż czując się młodym.

Związani sercem

– Dziecko zmusza do działania i mobilizuje – mówi Mikołaj Szczepkowski. – Zmienia się skala trudności: dla mnie codzienne wyzwania młodych ludzi, takie jak egzaminy, w ogóle przestają być problemem. Ja muszę rozwiązać inny: z kim w czasie egzaminu zostawię dziecko? Bycie ojcem mnie wzmocniło – myślę sobie, że teraz mogę góry przenosić.

Mikołaj Grynberg dzięki dziecku odkrył pasję, która przerodziła się w zawód – fotografię. – Pierwsze w życiu zdjęcia zrobiłem, jak Junona była w ciąży – wspomina. Sfotografowałem ją zenitem taty i oddałem zdjęcia do wywołania w punkcie Polifoto. Wyszły ohydne. Najładniejsze w nich było to, że były biało-czarne. Gdy je odebrałem, to pomyślałem sobie, że ja tak Junonę kocham, a te zdjęcia takie paskudne… Zapytałem, jak można je „zreperować”. Odpowiedzieli, że oni mi tego nie zreperują – no to kupiłem powiększalnik, trzy kuwety i do dzisiaj jestem fotografem.

– Życie bez dzieci? – zastanawia się Piotr Gryglas. – Każdy sobie chyba wyobraża, co by było, gdyby jednak był wolny i miał czerwone ferrari. Miewam czasem takie przemyślenia. Bywam zły, że muszę na nich wszystkich pracować – mówi ze śmiechem. – Ale to są tylko momenty.

Tak naprawdę dzieci bardzo stabilizują, cementują rodzinę. Mimo że po Majce przyszły na świat kolejne dzieci – Wiktoria, Róża, Franciszka, Brunon, Henryk i Urban – nie zrujnowały kariery Robertowi Friedrichowi. – W niczym nie przeszkodziły mi się realizować, nagrałem ponad 30 płyt, jestem spełniony w 300 proc.! – mówi z uśmiechem. I dodaje: – Sam zachęcam swoje dzieciaki: „Odwagi! Jeśli się kochacie, weźcie ślub i żyjcie razem! To jest piękne, cudowne!”. My z żoną wiele lat temu związaliśmy się sercami. I tak to trwa.

Piotr Gryglas, 44 lata Specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog i hipertensjolog. Pan doktor z „Dzień dobry TVN”. Miał 24 lata, kiedy urodził się jego syn Adam. Po prawie sześciu latach pojawił się Michał.

Mikołaj Szczepkowski, 23 lata Studiuje afrykanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Aurelia urodziła się, jak miał 19 lat, dwa miesiące przed jego maturą.

Mikołaj Grynberg, 47 lat

Fotograf, autor książki „Ocaleni z XX wieku”. Gdy miał 23 lata, urodził się jego syn Alex. Tosia – dwa i pół roku później.

Artykuł pochodzi z kategorii: Dzieci

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:

Zobacz również

  • Mój 14-letni wnuk dostaje kieszonkowe od rodziców i natychmiast je wydaje na słodycze i niepotrzebne gadżety. Potem, gdy chce iść z kolegami do kina albo kupić zapiekankę, prosi mnie lub dziadka o... więcej