Szkoła z naszego dzieciństwa

Nie było komputerów. Zamiast rewii mody - niebieskie mundurki. A jednak tamtą szkołę wspominamy ciepło! Wydaje się nam bardziej przyjazna niż ta dzisiejsza.

Zdjęcie

Mundurki i fartuszki miały swoje plusy /123/RF PICSEL
Mundurki i fartuszki miały swoje plusy
/123/RF PICSEL

Partyjnymi hasłami wiszącymi na ścianach i napuszonymi akademiami z okazji rocznicy rewolucji nikt z uczniów się nie przejmował. Taszczyliśmy tornistry na plecach, skupieni raczej na tym, jak uniknąć odpytywania i z kim wymienić historyjki obrazkowe z gumy do żucia "Donald".

Mundurki i fartuszki miały swoje plusy

Reklama

W klasach i na szkolnym korytarzu nie było tak widać różnicy w zamożności rodzin jak dziś. Obecna rewia mody może zawstydzać biedniejsze dzieci. Mundurki szyto najpierw z satyny, a gdy rozpowszechniły się tworzywa sztuczne - ze śliskiego, nylonowego materiału. Dziewczynki miały zwykle fartuszki do kolan. Chłopcy - bluzy, koniecznie z białym kołnierzykiem przypinanym na guziki, żeby go można go było odpinać i prać częściej niż fartuch, bo szybciej się brudził. Harcerze raz w tygodniu zakładali szare mundurki z chustą ściągniętą lilijką, skórzanym pasem i sznurem.

Makijaż w szkole średniej? Farba na włosach albo paznokcie polakierowane wyzywającym kolorem? O nie! Dziewczyna, która aż tak się zapomniała, musiała jak najszybciej doprowadzić się do porządku. Jeżeli miała pecha, to już w drzwiach szkoły mogła być zawrócona do domu.

Najważniejsza w szkole była... pani woźna

Tak przynajmniej się wydawało zwłaszcza młodszym uczniom. To ona czuwała rano przy wejściu, a w szatni sprawdzała, czy młodzież zmienia buty. Na jej żądanie należało pokazać podeszwę. Czasem przy drzwiach do szkoły stał cały komitet powitalny złożony z nauczycieli wyznaczonych przez dyrekcję. Sprawdzali tarczę na rękawie kurtki - z numerem lub nazwą szkoły. Uczniowie podstawówek zwykle nosili niebieskie, a szkół średnich - czerwone. Tarcza musiała być przyszyta do ubrania w trzech miejscach. Na agrafce ani szpilce się nie liczyło! W razie wpadki delikwent wracał do domu z poleceniem przyszycia. Za karę miał nieusprawiedliwioną nieobecność na pierwszej lekcji.

W klasach pachniało mokrą kredą

A tablicę ścierało się za pomocą wilgotnej gąbki. Jej wypłukanie było obowiązkiem dyżurnego. Uczniowie sprawowali tę funkcję po kolei, co tydzień kto inny. Jednym z najmniej lubianych przedmiotów był język rosyjski. Jego obowiązkowe nauczanie od piątej klasy podstawówki po maturę przyczyniło się do tego, że dzisiejsze starsze pokolenia w ogóle słabo znają języki obce. Uczniowskiego entuzjazmu nie budziły też przymusowe czyny społeczne ani pochody pierwszomajowe. Większą sympatią darzyliśmy wykopki ziemniaków w PGR-ach. Na polu trzeba było trochę popracować, ale większość z nas lubiła te jesienne wyjazdy w plener.

Jeżeli ktoś się przeziębił, miał w szkole... lekarza. Nad zdrowiem uczniów czuwała higienistka, która ważyła i mierzyła, pilnowała terminów szczepień. Gdy coś bolało, dawała tabletkę albo zapisywała do doktora, który przyjmował w szkolnym gabinecie. W miastach zęby leczył szkolny dentysta. Gdy wyznaczył uczniowi wizytę, nauczyciel mógł wpisać nieobecność, ale... usprawiedliwioną.

Z lat szkolnych zostało nam wiele anegdot

- Przy drzwiach do toalety stał nauczyciel z wyciągniętą ręką, żeby kłaść na niej zakazane papierosy - wspomina Piotr z Wrocławia - Kiedyś jeden chłopak, wychodząc z WC, powiedział, że nie ma papierosów i... rzucił 50 groszy, niby jako opłatę za korzystanie z toalety. Ale była potem awantura!

Sama pamiętam, jak w trzeciej klasie liceum jedna z moich koleżanek, Kamila wróciła z olimpiady plastycznej w Warszawie z zielonym włosami. Zbulwersowana wychowawczyni odesłała ją do domu, żeby umyła głowę. Dziewczyna nie chciała się na to zgodzić. Sprawa oparła się aż o dyrekcję! Rodziców wezwano do szkoły. W efekcie Kamila musiała ostrzyc się na krótko.

Rodzice trzymali raczej stronę nauczycieli

Nikt nie słyszał o agresji, zastraszaniu pedagogów przez uczniów. A już wsadzanie profesorowi kosza od śmieci na głowę, co kilka lat temu zdarzyło się w szkole w Toruniu, było absolutnie nie do pomyślenia. Nauczycieli otaczał szacunek, czasem nieco podszyty strachem, a szczególnie lubiliśmy naszych wychowawców. Nawet jeśli nie zawsze byli mili i opiekuńczy.

Dorota Filipkowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Dzieci

Naj

Zobacz również

  • Moje dziecko to kidult

    Niesamodzielne dorosłe dzieci na garnuszku rodziców, czyli właśnie kidults, to coraz większy problem. Jak mu zapobiec? więcej