Szkoła – nowe wyzwania

O problemach szkolnych myślimy przeważnie w kontekście nauki. A przecież wiążą się one z wieloma innymi zmartwieniami niż tylko złe oceny dziecka. Dowiedz się, jak możesz je rozwiązać.

Zdjęcie

/Arch./Wawa
/Arch./Wawa

73 proc. Polaków jest przeciwnych wcześniejszemu posyłaniu dzieci do pierwszej klasy. Tylko 35 proc. sześciolatków rozpocznie we wrześniu naukę.

Nowy rok szkolny wielu rodziców wita z większymi obawami niż radością. Martwią się nie tylko o sprawy związane z lekcjami. Przejmują się też relacjami uczniów z nauczycielami i rówieśnikami, ewentualną nietolerancją, mobbingiem. Boją się, czy sprostają finansowym wymaganiom.

Reklama

Silniejszy stres niż jedynka z matematyki wywołuje u dorosłych sytuacja, kiedy ich córka albo syn nie są akceptowani przez otoczenie. Rodzice narzekają też, że w wielu sprawach zostają ze swymi rozterkami sami. Instytucja szkolnego psychologa nie sprawdza się. Z jego pomocy korzysta niewielki procent pytanych.

Boję się, że moja córka nie dojrzała jeszcze do nauki - martwi się Monika, 29 lat, mama 6-letniej Malwiny

Urodziłam w sylwestra. Zależało mi, żeby zdążyć z porodem jeszcze w starym roku, bo pomyślałam, że to fajne obchodzić urodziny w takim wyjątkowym dniu. Wtedy w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, że Malwinka rozpocznie naukę z dziećmi starszymi prawie o rok. We wczesnym wieku te kilka miesięcy to jednak bardzo dużo.

Prędko się o tym przekonałam. Ponieważ chciałam wrócić do pracy, córka poszła do przedszkola we wrześniu, kiedy nie miała jeszcze ukończonych trzech lat. Na początku nie było żadnych kłopotów.

Ale po kilku tygodniach zauważyłam, że nie uczestniczy w zabawach, woli trzymać się z boku. Długo nie miała bliskiej koleżanki. Dopiero kiedy do przedszkola przyszły młodsze dziewczynki, zaprzyjaźniła się z jedną z nich.

Wychowawczyni musiała poświęcać jej więcej czasu niż innym dzieciom. Nie dlatego, że Malwina jest nieinteligentna. Była po prostu na innym etapie rozwoju niż dzieci urodzone dziesięć miesięcy wcześniej. Teraz idzie do pierwszej klasy, ale boję się, że nie jest do tego wystarczająco przygotowana.

Znów usiądzie w kącie

Moja córka jest wrażliwa i nieśmiała. Ponieważ koledzy z przedszkolnej grupy byli śmielsi i lepiej rozwinięci, nabrała przekonania, że jest od nich gorsza. Kiedy rysuje, nie chce niczego pokazać, dopóki praca nie jest skończona. Zasłania kartkę rączką, wciąż robi poprawki. Zresztą każdą czynność wykonuje niezwykle starannie, ale bardzo długo. Łagodną krytykę przeżywa do tego stopnia, że nie wiemy z mężem, jak udzielać jej wskazówek. Boi się tłumu.

W dużej grupie zamyka się w sobie, nie odpowiada na pytania, nawet jeśli nie są dla niej trudne. Bardzo żałuję, że tak wcześnie posłałam ją do przedszkola, bo wydaje mi się, że gdybyśmy odczekali jeszcze dziewięć miesięcy, sytuacja byłaby inna. Może Malwina nabrałaby więcej pewności siebie, gdyby nie musiała konkurować z bardziej przebojowymi dziećmi?

Poszłam z nią do pani psycholog, ale ona uznała, że moja córka intelektualnie sobie poradzi. A przecież nie chodzi tylko o liczenie i czytanie, ale także o umiejętności społeczne. Martwię się, że w klasie usiądzie na szarym końcu i znowu nie nawiąże z nikim kontaktu. Staramy się z mężem zachęcić ją do szkoły i opowiadamy, jak tam będzie ciekawie, że pozna nowe koleżanki. Malwina nie protestuje, ale widzę, że się boi. A my boimy się razem z nią.

Warto dać dziecku czas, który wyrówna jego szanse

Sławomira Rozbicka, psycholog, www.wsparciepsychologiczne.pl: To, co panią niepokoi w zachowaniu córki, może być rzeczywiście spowodowane „nierównym startem” przedszkolnym. W tym okresie dziewięć miesięcy to spora różnica w rozwoju psychomotorycznym. Dlatego Malwina może mieć inny stopień gotowości do podjęcia obowiązków szkolnych niż starsze dzieci.

Jednak jej zachowanie może być też związane z indywidualnymi cechami charakteru. Proszę się tym nie martwić. Z badań wynika, że to, co początkowo utrudnia dziecku komunikację, wcale nie musi prowadzić do negatywnych skutków w przyszłości. Należy jednak dopasować jego możliwości do wymogów otoczenia – w tym także nauczycieli i rówieśników.

Niestety, szkoła nie zawsze traktuje uczniów indywidualnie, a koledzy nie muszą wykazać się wyrozumiałością. Lepiej więc dać córce czas, który wyrówna jej szanse. Najprostszym rozwiązaniem jest opóźnienie edukacji Malwiny o rok. Gdyby jednak było to niemożliwe, namawiam na poświęcenie córce mnóstwa uwagi.

Niech nie zostanie sama ze swymi obawami. Proszę odrabiać z nią lekcje i omawiać konfliktowe sytuacje. Wsparcie oraz mądra obecność opiekunów powinny okazać się najbardziej pomocne.

Zdjęcie

/Mat. Prasowe
/Mat. Prasowe

Syn nie chce nawet słyszeć o zmianie szkoły - przyznaje Sylwia, 38 lat, mama 14-letniego Tomka

Na początku października czeka nas przeprowadzka. Wreszcie przestaniemy gnieździć się we czwórkę w dwóch pokoikach w bloku. Przez kilka lat budowaliśmy dom na działce teściów pod miastem. Kosztowało nas to wiele wyrzeczeń i pracy, ale w końcu się udało.

Ja, mój mąż i córka nie możemy się już doczekać jesieni. Niezadowolony jest tylko syn. Bo nie chce nawet słyszeć o zmianie szkoły.

Ostatecznie to tylko dwa lata

Tomek skończył pierwszą klasę gimnazjum. Chodził do niej z kolegami, których poznał jeszcze w osiedlowej podstawówce. Są bardzo zżyci, razem tworzą drużynę piłkarską, jeżdżą na obozy sportowe. Syn wiedział, że kiedy zamieszkamy na peryferiach, będzie musiał zmienić szkołę, ale dopiero teraz ta perspektywa stała się dla niego czymś realnym.

Kiedy zaczęliśmy załatwiać formalności, zbuntował się i zapowiedział, że nie ma najmniejszego zamiaru się przenosić. Chociaż jego stare gimnazjum znajduje się ponad trzydzieści kilometrów od domu i nie ma do niego bezpośredniego autobusu, orzekł, że będzie tam codziennie dojeżdżać. Tłumaczyliśmy, że musiałby wstawać o wiele wcześniej, a jest przecież strasznym śpiochem.

Dotąd droga do szkoły zabierała mu dziesięć minut i nie wie, co to znaczy marznąć zimą na przystankach. Ale nasze tłumaczenia na nic się zdały. Mąż zaciągnął Tomka do nowego gimnazjum, żeby pokazać mu nowoczesne boisko, lecz ono również go nie przekonało.

Początkowo bagatelizowaliśmy jego opór, ale teraz coraz częściej wahamy się, czy nie ustąpić. Syn jest w trudnym wieku i boję się, że takie negatywne nastawienie odbije się na jego wynikach w nauce.

A co będzie, jeśli nie zaakceptują go nowi koledzy? Nasłuchałam się o mobbingu wśród nastolatków i boję się, że mogłaby stać mu się jakaś krzywda. Ostatecznie to tylko dwa lata... Nie wiem, co robić.

Nie zamykajmy drogi powrotu

Ryszard Lichuta, psycholog, www.wsparciepsychologiczne.pl: Słusznie obawia się pani o to, czy syn odnajdzie swoje miejsce w nowym środowisku. Etap gimnazjum bywa dla młodych ludzi wyzwaniem. Nastolatki są rozdarte wewnętrznymi konfliktami. Z jednej strony chcą przynależeć do grupy, z drugiej lęk przed odrzuceniem powoduje trudności w nawiązywaniu relacji.

Sądzę, że te wszystkie czynniki sprawiają, że Tomka przeraża wizja wywalczenia sobie pozycji w nieznanej mu grupie. Dlatego nie upierałbym się przy zmianie szkoły. Zanim podejmiecie państwo ostateczną decyzję, niech syn kilka razy pokona nową trasę w porannych godzinach.

Będzie mu łatwiej ocenić stopień niewygody, jaki go czeka. Jeśli zmieni gimnazjum, dobrze byłoby zorganizować na początku roku imprezę powitalną dla kolegów. Warto też zostawić mu możliwość powrotu do dawnej szkoły na wypadek, gdyby coś jednak poszło nie tak.

Zdjęcie

/Mat. Prasowe
/Mat. Prasowe

18 proc. uczniów szkół ponadpodstawowych bardziej obawia się rówieśników niż nauczycieli.

Wiem, że gdy córka wyjedzie, nie wróci już do domu na stałe - martwi się Zuzanna, 43 lata, mama 16-letniej Antosi

Ze zdolności córki zdaliśmy sobie sprawę bardzo wcześnie. Wystarczyło jej dać kartkę oraz kilka kredek, żeby siedziała spokojnie dwie godziny.

Jej rysunki wcale nie przypominały prac rówieśników. Uwzględniała w nich perspektywę, skupiała się na detalach, śmiało łączyła kolory. Już w przedszkolu wygrywała wszystkie konkursy plastyczne. Opłacaliśmy jej więc indywidualne zajęcia. Z tą samą pasją, z jaką malowała, zaczęła rzeźbić i szyć. Zainteresowała się nawet robieniem witraży, choć to bardzo trudna technika.

Kiedy miała 12 lat, za projekt witrażu zdobyła główną nagrodę w międzynarodowym konkursie. Pieniądze z wygranej przeznaczyła na wakacyjny kurs mozaiki. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że to nie zwykłe hobby, a pasja, z której Antosia będzie prawdopodobnie kiedyś żyć.

Ona sama zapewniała nas, że nie wyobraża sobie, by mogła zajmować się czymś innym.

Mam rozdarte serce

Nauczycielka zasugerowała, żeby po gimnazjum poszukać jej dobrego liceum plastycznego. Pomogła nam je nawet znaleźć. Pech, że znajduje się ono w mieście oddalonym od naszego miejsca zamieszkania o ponad 400 kilometrów.

Dla mnie to wielki problem. O tę szkołę toczę batalię z Antosią i całą rodziną już od ponad roku. Przekonuję ich, że w Polsce jest przecież wiele liceów plastycznych, do których córka może chodzić.

Oni argumentują, że tylko to jako jedyne znalazło się w europejskim rankingu szkół o takim profilu. Że wykładają w nim profesorowie Akademii Sztuk Pięknych, że organizowane są wyjazdy za granicę, a najlepsi uczniowie dostają stypendia i mieszkają za darmo w internacie. Rzeczywiście, program zajęć robi duże wrażenie, nie przeczę.

Ja jednak swoje wiem. Gdy Antosia wyjedzie teraz do Wrocławia, nigdy już nie wróci do domu. A ja nie mam ochoty się z nią rozstawać. Przecież niedawno była małą dziewczynką! Jeszcze nie nacieszyłam się nią na tyle, by wypuszczać ją samą w świat. Nie mam wątpliwości, że ona sobie poradzi. Zawsze była poukładana i pracowita. Pewnie jestem egoistyczna, ale nie dorosłam do takiej decyzji.

Czuję, czym to się skończy. Najpierw będzie przyjeżdżać na weekendy, a potem przestanie, bo nauka, nowi znajomi, duża odległość... Powoli zacznie żyć swoimi sprawami, o których nie będę miała pojęcia. Nie będę codziennie słuchać jej zwierzeń, nie pomogę jej w rozwiązywaniu kłopotów. Aż wreszcie staniemy się sobie całkiem obce.

Mąż przekonuje, że musimy myśleć o dobru Antosi. Ale ja mam rozdarte serce. Na samą myśl o nowym roku i pakowaniu jej walizek ogarnia mnie taki smutek, że chce mi się płakać.

Zdolne dziecko jest powodem do dumy

Iza Kurzejewska, psycholog, www.mediapark.pl: Dzieci dorastają szybciej, niż się spodziewamy. Ich dorosłość często zastaje nas kompletnie nieprzygotowanych do rozstania. A to boli, zwłaszcza gdy wychowujemy jedynaków.

Słusznie jednak pani zauważyła, że w tym przypadku problem dotyczy bardziej pani niż córki. I to pani musi wykonać teraz pracę nad sobą – zapanować nad lękami i pozwolić dziecku rozwinąć skrzydła. Na tym właśnie polega nasza rola jako rodziców: zapewnić najlepsze warunki do rozwoju, a potem wypuścić dziecko w świat.

Namawiam panią do krótkiego podsumowania i znalezienia plusów sytuacji. Po pierwsze, Antosia nie stwarza żadnych problemów wychowawczych i została obdarzona ponadprzeciętnym talentem. Po drugie, pragnie swoje zdolności rozwijać, a państwo na szczęście mogą jej w tym pomóc.

Dobre liceum plastyczne otworzy przed nią wiele nowych możliwości. Ograniczanie córki na tym etapie spowoduje tylko negatywne konsekwencje: jej żal i pretensje, wreszcie pani poczucie winy. Trzeba się liczyć z tym, że Antosia i tak wyjedzie na studia. Nie uda się przecież zatrzymać jej w domu. Zresztą, czy rzeczywiście na tym pani zależy? Odległość niekoniecznie musi osłabić wasze więzi. Wprost przeciwnie, wspólny czas może stać się bardziej cenny i pożytecznie spędzany.

Jestem przekonana, że obserwowanie dalszych sukcesów córki i kibicowanie jej poczynaniom da pani ogromną satysfakcję. A smutek z powodu rozstania jest całkowicie zrozumiały i nie da się go uniknąć. Z czasem te przykre momenty zrównoważą pozytywne emocje – świadomość, jak wyjątkowe ma pani dziecko i że jako matka zrobiła pani wszystko, by tę wyjątkowość wspierać.

Jak przygotować syna do klasy integracyjnej? - chce wiedzieć Aleksandra, 40 lat, mama 9-letniego Krzysia

Mój syn od trzech lat chodzi do podstawówki, która jest też naszą szkołą rejonową. Pod koniec ubiegłego roku pani dyrektor poinformowała nas, że od września szkoła zostanie połączona z mniejszą placówką posiadającą oddziały integracyjne.

Dowiedzieliśmy się, że do klasy dołączą dzieci niepełnosprawne, a także te z ADHD. Większość rodziców była z tego powodu niezadowolona. Ja jednak uznałam, że to szansa, by Krzyś poznał trochę inny świat. Teraz mam jednak problem, jak przygotować go do tych zmian.

Nie rozumie, że ktoś jest chory

Krzyś nigdy nie zetknął się z niepełnosprawnymi. Dotąd przyjaźnił się z silnymi i wysportowanymi chłopcami. Imponuje mu zwłaszcza Bartek, przebojowy chłopiec o cechach przywódcy. Przyznam, że trochę niepokoi mnie ta fascynacja.

Bartek bywa agresywny, wciąż wdaje się w bójki, a mój syn ślepo go naśladuje. Krzyś sam tryska energią, nie potrafi usiedzieć w miejscu. Jeszcze nie rozumie, że są dzieci, w których obecności należy zachować większą ostrożność.

Opowiadałam mu, że teraz będzie musiał zwracać uwagę, czy poprzez swoje zachowanie nie robi nikomu krzywdy. Przestrzegałam, że powinien mniej szaleć i nie szturchać innych, jak to ma w zwyczaju. To go chyba zniechęciło do nowej klasy. Miesiąc temu zabrałam go więc na imprezę, którą organizowała fundacja opiekująca się chorymi dziećmi.

Po raz pierwszy zobaczył tam ludzi na wózkach. Zmartwiłam się, bo nie chciał do nich podejść, marudził i narzekał, że się nudzi. A po powrocie do domu zaczął krzyczeć, że nie ma ochoty uczyć się z „nimi”. Niestety, nie pomagają mi też moi teściowie.

Od początku byli przeciwni, żeby Krzyś uczył się w klasie integracyjnej. Wciąż robią mi wyrzuty, że nie zaprotestowałam przeciwko połączeniu szkół. Bo teraz ci „opóźnieni” z pewnością obniżą poziom.

Wprawdzie nie wypowiadają swoich opinii w obecności syna, ale on czuje, że ma w nich oparcie. Mąż pociesza, że wszystko na pewno samo się jakoś ułoży. Ja nie jestem tego taka pewna.

pokażmy dziecku, na czym polega szacunek

Anna Miżowska, psycholog, www.instytutbadanpsychologicznych.pl: Cenna jest chęć uwrażliwienia dziecka na innych. Ważne, żeby nie odbywało się to na zasadzie przymusu lub kary (np. za kontakty z agresywnym kolegą), bo wówczas na pewno nie osiągniemy pożądanego efektu. Zwracając Krzysiowi uwagę na potrzeby otoczenia, należy pamiętać także o jego emocjach.

Martwi się pani, czy syn jest wystarczająco wrażliwy i czy potrafi kontrolować znaczne pokłady energii. A może jego zafascynowanie Bartkiem wynika z mniejszej pewności siebie? Te obawy oraz negatywne komentarze rodziny mogą utrudnić synowi adaptację w nowej sytuacji.

Taka zmiana wymaga od dorosłych poświęcenia mu więcej uwagi. Warunkiem dobrego funkcjonowania w nowym otoczeniu będzie pokazywanie mu na co dzień, na czym polega szacunek dla ludzi i tolerancja. Dobrze jest dużo rozmawiać z Krzysiem i odpowiadać na jego pytania. Ale zarazem nie przedstawiać mu nowych kolegów jako całkiem odmiennych od niego.

Chcesz wiedzieć więcej? „Jak przetrwać w szkole i nie zwariować”, Jan Wróbel, Czerwone i Czarne

Tekst: Maria Barcz

Artykuł pochodzi z kategorii: Dzieci

Olivia
Więcej na temat:

Zobacz również

  • Szkoła z naszego dzieciństwa

    Nie było komputerów. Zamiast rewii mody - niebieskie mundurki. A jednak tamtą szkołę wspominamy ciepło! Wydaje się nam bardziej przyjazna niż ta dzisiejsza. więcej