Homeschooling - edukacja domowa

Szkolną ławkę zastępują im domowe krzesło, muzeum, las. Kuchnia znakomicie nadaje się do eksperymentów chemicznych. To tzw. homeschoolersi – dzieci uczone w domu przez rodziców. Czy taka edukacja to lek na wady polskiej szkoły?

Reklama

Jasiek Broda z niecierpliwością czekał na IV klasę szkoły podstawowej. Wreszcie miał zacząć zajęcia z przyrody. Fascynuje go świat zwierząt, niestety okazało się, że program nie przewiduje wielu lekcji na ten temat. Od kiedy uczy się w domu, jest inaczej.

– Ostatnio Jasiek z bratem Tomkiem zrobili książkę o dzikich kotach, sami ją zilustrowali, wymyślili teksty – zachwyca się tata chłopców Joszko Broda, muzyk folkowy, multiinstrumentalista, współtwórca popularnego zespołu Dzieci z Brodą.

Trzy lata temu wraz z żoną Deborą, kompozytorką i autorką tekstów, zdecydowali, że będą edukować swoich siedmiu synów i córeczkę w domu.

– Dzieci czasem opuszczały lekcje, jeżdżąc z nami w trasy koncertowe czy na warsztaty muzyczne – tłumaczy Debora Broda. – Teraz nic im nie umyka, a obok gramatyki i ułamków każde poświęca czas na rozwijanie swojej pasji. Jasiek, który uwielbia rzeźbić i malować, uczy się pod okiem naszego przyjaciela, artysty Józefa Wilkonia. Maciek ma talent recytatorski, Iwo i Marysia garną się do muzyki.

Razem omawiamy literaturę, a mąż specjalizuje się w poezji. Ostatnio starsi chłopcy przygotowali kostiumy i zainscenizowali „Pieśń o Rolandzie”, uprawiają też ogródek – dodaje.

– Nauka domowa zawsze jest zintegrowana z życiem codziennym – podkreśla Mirosław Kałużny, szef zespołu Mick & Elli Kaluzny Blues Band, ojciec 9-le- tniego Kevina, 7-letniej Jaqueline i 3-letniego Robina.

Mirosław i Elli, polsko-szwajcarskie małżeństwo muzyków, zdecydowali się na nią, podobnie jak Brodowie, wyłącznie ze względów praktycznych, ponieważ dzieci posyłane do tradycyjnej szkoły musiałyby w czasie tras koncertowych zostawać pod opieką dziadków. Chociaż mieszkają w Szwajcarii, wybrali polski system edukacyjny.

Guwerner i stłuczony klosz

Homeschooling (edukacja domowa) najsilniej rozwinął się w USA i Australii, gdzie ze względu na wielkie przestrzenie dzielące ludzi dostęp do szkół jest często utrudniony. W USA korzysta z takiej nauki ponad 2,5 mln uczniów. W Polsce ta forma edukacji wciąż raczkuje, chociaż jej popularność rośnie. Jeszcze cztery lata temu obejmowała niespełna 50 dzieci, dziś, jak wynika z szacunków dr. hab. Marka Budajczaka, pedagoga, pioniera nauki w domu, już 1500.

W 2009 r. zliberalizowano przepisy – dotąd na nauczanie domowe należało uzyskać zgodę dyrektora szkoły rejonowej, a ten najczęściej odmawiał. Obecnie może ją wydać każda placówka, także prywatna.Powstają przyjazne edukacji domowej szkoły Montessori, jak w Koszarawie Bystrej, czy szkoły Salomon (oddziały w pięciu miastach od Torunia po Warszawę).

Sieć tych ostatnich założyli Paweł i Marzena Zakrzewscy, prawnicy i pedagodzy, którzy sami byli kształceni alternatywnie i uczą tak siedmioro dzieci. – W mojej rodzinie to już tradycja. Babcia Marianna Major-Karwowska jeszcze w latach 30. poszła na studia – tłumaczy Zakrzewski.

W szkołach Salomon z tzw. edukacji alternatywnej korzysta 950 uczniów, w tym 170 obcokrajowców. – Są rodziny dyplomatów, żydzi i muzułmanie, jest sporo chrześcijan, ale są też zdeklarowani ateiści. Gros to przedstawiciele wolnych zawodów, którym łatwiej zgrać edukację z pracą zawodową, ale ci na etacie tworzą kluby złożone z kilkunastu uczniów, których rodzice włączają się w proces dydaktyczny w miarę możliwości. Część rodzin korzysta z pomocy wykwalifikowanych guwernerów.

Choć trwają wakacje, dzień przed moją wizytą Zakrzewscy spędzili pracowicie. Od rana najmłodsze dzieci miały zajęcia z czytania. Potem wszyscy pomagali kręcić klip Mirosławowi Kałużnemu. Była możliwość poćwiczenia gry na fortepianie, gitarze, ukulele. Plastyka polegała na tworzeniu graffiti. Na koniec wychowanie fizyczne – wspólne skoki do basenu.

– A ten stłuczony klosz? – pytam Pawła Zakrzewskiego. Siedzimy przy stole w jego domu w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie. Wokół nas po ogrodzie i salonie krąży siódemka młodych Zakrzewskich i trójka Kałużnych, którzy przyjechali w odwiedziny, oraz „niania” – potężny mastif japoński Cerber. – To ostatnie warsztaty z fizyki – macha ręką ojciec rodziny.

Pan od zajęć z chemii, które odbyły się parę dni temu, był ostrożniejszy. Nim jeszcze rozpakowano palnik, wymierzył odległość od stołu do sufitu. – A potem się zaczęło: wybuchy, gęsta sztywna piana, która powstała ze zwykłego płynu do zmywania – relacjonuje Kałużny.

– Edukacja w domu – brzmi jak sielanka, ale nie jest dla wszystkich. Wymaga dużego zaangażowania i świadomości wychowawczej rodzica – przestrzega dr Urszula Sajewicz-Radtke, psycholog rozwoju z sopockiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Zanim zaczniemy, zastanówmy się, czy robimy to tylko z wygody. Czy potrafimy zaplanować proces edukacji naszych dzieci?

Plan lekcji na lodówce

Agnieszka Potocka, mama 9,5-letniej Hani, 6-letniego Janka i 2-letniej Niny, mieszkająca w Józefowie pod Warszawą, nie ukrywa, że początkowo czuła ogromną presję. – Wstawałam rano, żeby już zacząć, bo nie zdążymy z materiałem – mówi. Najpierw próbowała prowadzić normalne lekcje: polski, matematyka, ale ten schemat szybko ją zmęczył.

– Z czasem zrozumiałam, że rodzicom, którzy sami przeszli „zwykłą” szkołę, trudno wyzwolić się ze sztywnego podziału na 45-minutowe lekcje. A dzieci tak naprawdę najlepiej uczą się poprzez zabawę i im więcej rodzic daje im swobody, tym lepiej – zauważa.

Jej córka sama zaproponowała, by uczyły się blokami. Przez jakiś czas wszystko kręciło się wokół matematyki. Liczyły guziki, odległość do muzeum. – To daje możliwość głębszego wejścia w przedmiot, rozszerzania nauki na inne źródła – twierdzi.

– Hania, która we wrześniu zacznie czwartą klasę, będąc w trzeciej, przerobiła na warsztatach doświadczalnych cały program chemii i fizyki od klasy IV do VI. Na pewno zostanie jej z tego w głowie więcej niż z wkuwania w szkole wzorów i definicji.

Takie nauczanie jest też bardziej interdyscyplinarne. – Jasiek ostatnio wygrał ogólnopolski konkurs plastyczny „Władysław Jagiełło tryumfuje na polach Grunwaldu”. Żeby namalować 16 rysunków, musiał przeczytać kronikę Jana Długosza. Sporo się wszyscy dowiedzieliśmy nie tylko o bitwie, ale i o tym, co nastąpiło po niej – mówi Debora Broda.

Z kolei dzieci Zakrzewskich podczas zeszłorocznej wyprawy do Kolumbii „na własnej skórze poczuły”, czym jest klimat w strefie równikowej. – Mogły spróbować wprost z drzewa świeżą guanábanę, spotkać się oko w oko z grasującym po kuchni ptasznikiem – mówi ich mama. Mirosław Kałużny często szuka z dziećmi w lesie „skarbów”, nad morzem muszelek, w górach kamieni oszlifowanych przez potoki. – Te kamienie, podobnie jak różne kolory gleby, prowokują do pytań o geologię.

Ziemię można też zmieszać z jogurtem i malować naturalnymi farbami. Ostatnio Kevin zafascynował się kataklizmami. Zrobiliśmy wspólnie ich listę. Na YouTube szukaliśmy filmów o tsunami, tornadach, zastanawialiśmy się, co robić, gdy człowiek znajdzie się w trudnej sytuacji.

Badania amerykańskiego statystyka Lawrence’a Rudera przeprowadzone na 20 tysiącach amerykańskich dzieci wykazały, że we wszystkich dziedzinach i na każdym poziomie uczniowie nauczani w domu byli lepsi niż ich koledzy ze szkół publicznych i prywatnych. Co czwarty z nich, gdy decydował się na przejście do tradycyjnej szkoły, trafiał co najmniej o klasę wyżej niż jego rówieśnicy.

– Nasi uczniowie w zeszłym roku zdali maturę średnio na poziomie 91 proc. Szóstoklasiści zdobyli na egzaminie przeciętnie 36 punktów – wylicza Zakrzewski. – Rodzic nie może stać się belfrem, bo każde, nawet najfajniejsze, zajęcia można zabić, zmieniając je w wykład – przestrzega dr Sajewicz-Radtke.

Agnieszka Potocka przyznaje, że musiała hamować w sobie zapędy wykładowcze. – Teraz patrzę, czym dziecko się fascynuje. Mogę mu na spacerze pokazać, jak strzela nasionami niecierpek. A nuż zapyta: ale jak to? A może poszukamy informacji po powrocie? Po co udzielać gotowych odpowiedzi, jeśli dziecko samo je znajdzie?

Objętość w objęciach

Na edukację domową Potoccy zdecydowali się, gdy Hania chodziła do pierwszej klasy, ze względu na jej młodszego brata Janka. – Powtarzał, jak to dwulatek, pojedyncze słowa, ale nie nadążał za tym, co mówią panie w przedszkolu. Okazało się, że cierpi na tzw. specyficzne zaburzenie językowe (SLI, Specific Language Impairment), które dotyka 7 proc. dzieci w wieku przedszkolnym, jednak w Polsce rzadko jest diagnozowane – mówi Agnieszka.

Zdecydowała, że będzie uczyć syna sama, ponieważ wie, jak do niego dotrzeć. Janek miał w domu zajęcia z logopedą, do przedszkola chodził towarzysko dwa dni w tygodniu. Hania także zaczęła uczyć się w domu, co więcej, jej najlepsza przyjaciółka ze szkoły w tym samym czasie również została homeschoolerką.

Potocka, z zawodu architekt wnętrz, nie miała problemu z pogodzeniem edukacji z pracą, bo i tak do tej pory projektowała głównie w domu. Jej mąż Jerzy też z czasem ograniczył dojazdy do Warszawy. Pogodzenie roli rodzica, pracownika i jeszcze nauczyciela bywa trudne.

Czy czasami traci się cierpliwość? – Jasne! – wyznaje. – Uczenie w domu to ciągła praca nad sobą. Ja nie zawsze jestem wypoczęta, niekiedy muszę zająć się ważnym projektem, a dzieci sobą.

Ale fenomenalne jest to, że one, będąc cały czas z nami, uczą się to akceptować. Widzą nas w sytuacjach, kiedy pracujemy, więc wiedzą, że pieniądze nie są „ze ściany”. Obiad też magicznie „nie wyfruwa” z piekarnika czy lodówki, trzeba pomóc mamie obrać marchewki.

W styczniu Joszko Broda nagrywał w studiu w Warszawie nową płytę. Krążek „Debora”, który we wrześniu ukaże się na rynku, powstał… z miłości do żony. Składa się z tematów pochodzących z Beskidów i innych rejonów Karpat, ale zagranych w stylu etno-jazzowym. Dzieci towarzyszyły rodzicom w pracy.

– Mogły zobaczyć, co robi realizator, przekonać się, ile razy trzeba coś powtórzyć, na czym polega montaż, edycja. – Mój ojciec, adwokat, często zabierał mnie z sobą do kancelarii, moi starsi synowie też często towarzyszą mi w spotkaniach, włączam ich w miarę możliwości w realizowane projekty – przyznaje Zakrzewski.

– Nie oczekuję, że wszyscy w przyszłości będą powielać nasz sposób na życie, ale już widzę, że 14-letni Paweł świetnie się czuje w tym zawodzie, podobnie jak 10-letnia Marysia, która lubi spędzać czas u cioci w kancelarii notarialnej. Z kolei 12-letni Ignaś bardzo interesuje się medycyną, a 5-letnia Basia – fotografią.

– Wchodząc w rolę nauczyciela, nie przestaje się być rodzicem. Czasem możemy być dla dzieci zbyt surowi, bo wiemy, że mogły się czegoś nauczyć, ale poprzedniego dnia poszły spać zbyt późno – zaznacza dr Sajewicz-Radtke. – Innym razem jesteśmy zbyt pobłażliwi.

– Możemy sobie na to pozwolić, bo tu nic nie trzeba „zaraz”. Jeżeli mniej pracujemy na przykład w październiku, to nadrobimy to w lutym. Każdy uczy się w swoim tempie, czasem dwie, a niekiedy osiem godzin, jak go coś wciągnie – mówi Debora Broda.

– Nie ma u nas stresu, kartkówek, ale nie działa też reguła „zdać i zapomnieć”. Jeśli tydzień temu nauczyłeś się dodawać ułamki, to za miesiąc dalej powinieneś umieć wykonać to działanie – dodaje.

Surowy pedagog? – Skądże! Kiedy żona przygotowywała Jaśka do egzaminu z matematyki, zapytała: „Co to jest ta objętość?”. Nie wiedział, więc ją objął i powiedział: „To jest objętość”. W szkole by mu się nie upiekło – mówi Joszko Broda.

Bo kolega mnie popchnął

Główny zarzut, z jakim spotyka się homeschooling, to brak socjalizacji. Czy pozbawiając dzieci codziennego kontaktu z rówieśnikami, czegoś im nie odbieramy? – One nie siedzą w piwnicy, przez nasz dom non stop przewijają się dzieci znajomych – podkreśla Paweł Zakrzewski.

Dla Hani Potockiej okazją do spotkań są zajęcia dodatkowe. – Z innymi rodzinami edukującymi domowo w zeszłym roku na przykład chodziliśmy na basen, zimą nasza kuzynka prowadziła zajęcia ze śpiewu, latem dzieci robiły szałasy w ogrodzie – wylicza jej mama.

– Wspólne wyjścia to jedno, ale osobną kwestią jest umiejętność radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Trafiają do mnie do poradni dzieci, które reagują przesadnie, histerycznie, gdy ktoś przychodzi i wyrywa im coś z ręki, mówi im, że są głupie – przestrzega dr Sajewicz-Radtke.

To, na co jej zdaniem rodzice homeschoolersów powinni zwrócić szczególną uwagę, to przygotowanie do życia w świecie poza domem. Może nasze dziecko wybierze pracę w korporacji i musi wiedzieć, co zrobić, jak mu ktoś „wbije nóż w plecy”.

– Zapewniam, że ośmioro dzieci w domu tworzy małe społeczeństwo. Zdarzają się trudne sytuacje, z którymi trzeba sobie radzić – twierdzi Debora Broda. – Sama mam trzynaścioro braci i sióstr. Życie w takiej rodzinie uczy też odpowiedzialności, ktoś jest starszy, ktoś młodszy, ten drugi potrzebuje opieki.

W szkole zdarza się, że warunki dyktuje najsilniejszy albo najbogatszy. Posiadanie rodzeństwa ma też inne zalety. – Nasze młodsze dzieci uczyły się literek, podpatrując i pytając starsze, podobnie tabliczki mnożenia – opowiada Marzena Zakrzewska, a jej mąż Paweł zauważa: – One wręcz nie mogą się doczekać, by podzielić się zdobytą wiedzą. Nie spotkałem natomiast dotąd dziecka szkolnego, które miałoby taki zapał. Uczeń raczej jest zmęczony nauką, odpoczywa od niej.

– Ninka to już chyba będzie się uczyć przez osmozę – żartuje Agnieszka Potocka. – Hania już teraz czyta wieczorem Jankowi. Oni mają frajdę, a ja? Mam wolne.

Homeschoolersi są też mniej podatni na kształtowane przez agresywny marketing dziecięce mody. – Gdy moi chłopcy chodzili do szkoły, trwał szał na kulki do gry z supermarketu. Dostawało się je za konkretną sumę wydaną na zakupy. Tłumaczyliśmy im, że nie muszą ich mieć, że ta moda szybko minie. Kiedyś takie sytuacje zdarzały się często, teraz tego problemu nie ma – opowiada Debora Broda.

– Do 10. roku życia dzieci nie są w stanie w konfrontacji z nauczycielem obronić przekonań, które wyniosły z domu. Kontrować, gdy starszy kolega zarzuca: „Jesteś cienki, bo nie zbierasz kart X” albo: „Za dużo się modlisz”. Dla nas wiara jest ważna i chcemy, by one podzielały nasze wartości – dodaje Potocka.

– Szkoła masowa na pewno przeszkadza dziecku w utrzymaniu sztywnego kręgosłupa moralnego, ale prezentuje mu pełen przekrój społeczny. Jeśli chcemy, żeby było otwarte poznawczo, musimy pokazywać mu cały świat, a nie tylko wycinek, uczyć dokonywać właściwych wyborów, ale i tolerancji – zastrzega dr Urszula Sajewicz-Radtke.

Debora Broda: – Spotykamy się z ludźmi z różnych kultur, religii, o różnych poglądach, ale gdy dzieci są pod naszym okiem, możemy im na bieżąco tłumaczyć, dlaczego mamy inne zdanie na dany temat.

– Wszyscy rodzice muszą pamiętać, że kiedyś ich dziecko się od nich oddzieli. Temu towarzyszy bunt, tym silniejszy, im lepsi i bardziej zaangażowani są rodzice. Ta separacja rozdziera serce, ale pokazuje, że dobrze wychowaliśmy dzieci – podsumowuje psycholog.

Tekst: Agnieszka Fiedorowicz. Fotografował: Karol Grygoruk

Artykuł pochodzi z kategorii: Dzieci

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Zobacz również

  • Córka po urodzeniu syna szybko wróciła do pracy. To ja wychodziłam z nim na spacery, gotowałam obiadki, opowiadałam bajki i grałam w piłkę. Teraz wnuczek ma 11 lat i gdy go całuję, wyciera... więcej